Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Ojczyzna w niebezpieczeństwie
Do niebezpiecznego przedsięwzięcia Matwiej Bencjonowicz przygotował się rzetelnie, choć był zażenowany, a nawet ironizował na swój temat, mamrocząc: „To ci dopiero wojownik. Dziecinada, doprawdy dziecinada..."
Przede wszystkim w sklepie z bronią kupił rewolwer lefocher. Sześciostrzałowy, ze składanym spustem, za trzydzieści dziewięć rubli. O składanym spuście subiekt powiedział: „Rozumne urządzenie, zwłaszcza jeśli nosi się broń w kieszeni. Nie zahaczy się i niepotrzebnie nie wypali". Za tę samą cenę, jako podarek od firmy, Berdyczowski otrzymał jeszcze jednostrzałowy pistolecik kamizelkowy, który w całości mieścił się w dłoni. „Niezastąpiona rzecz przy nocnej napaści – wyjaśnił subiekt. – Ten drobiazg posiada wyjątkową jak na swój kaliber siłę rażenia".
„Drobiazg" miał język spustowy zwyczajny, nieskladany, więc prokurator zaniepokoił się. Wyobraził sobie, że pistolecik, obrócony lufą w dół, nagle wystrzeli. Pocisk o wyjątkowej sile rażenia przebije i pierś, i bok. Cholera.
Przełożył zabawkę do kieszeni spodni.
Nie, tak też niedobrze.
Wreszcie wymyślił: podniósł nogawkę, wsunął za pasek skarpetki. Żelazo nieco ugniatało kostkę, ale można było wytrzymać.
Notatka, przysłana do hotelu przez Gwozdikowa, była krótka i dziwna: „O północy na bulwarze nad rzeką pod latarnią".
Należało sądzić, że chodzi o rzeczkę Kamionkę, ponieważ nad Teterewem, największą rzeką w Żytomierzu, z powodu skalistych brzegów bulwarów nie było. Zresztą i Kamionka też się tu nie wyróżniała – Berdyczowski nie zastał tam niczego, co by można nazwać bulwarem. Za to zagadkowe „pod latarnią" wyjaśniło się od razu: na brzegu paliła się tylko jedna latarnia, inne były ciemne i, zdaje się, pozbawione szkieł.
Odprawiwszy dorożkarza, prokurator stanął w niewielkim kręgu światła. Podniósł kołnierz – od rzeczki ciągnęło wilgocią. Czekał.
Dookoła było czarno, to znaczy nic w ogóle nie było widać.
Matwiejowi Bencjonowiczowi natychmiast przywidziało się, że z ciemności ktoś mu się przygląda.
Początkowo skulił się, ale zaraz powiedział sobie: „No pewnie, że patrzą. I bardzo dobrze, że patrzą".
Radca stanu uwolnił się od niepokoju w bardzo prosty sposób. Wyrzekł szeptem jedno tylko słowo: „Pelagia", a strach od razu ustąpił miejsca podnieceniu; zwierzyna momentalnie zamieniła się w myśliwego.
Niecierpliwie pokręcił głową i gniewnie tupnął nogą. Gdzie jesteście, diabelskie pomioty? Ciemność jakby czekała na ów magiczny znak. Poruszyła się, zaszurała i w obrębie słabego naftowego oświetlenia pojawiła się postać, która wydała się Berdyczowskiemu gigantem. Figura dala znak ręką.
Radca stanu, znowu niepewny siebie, postąpił w stronę nieznajomego, ów jednak odwrócił się i ruszył przodem, oglądając się od czasu do czasu i czyniąc przyzywające gesty.
Nogi przewodnika głucho stąpały po brukowanej jezdni. Olbrzym szedł wyprostowany, a plecy miał nienaturalnie sztywne.
Posąg Komandora – wzdrygnął się Matwiej Bencjonowicz, ledwie za nim nadążając. Z bulwaru skręcili w krzywy zaułek, gdzie nie było już jezdni, tylko mokra po niedawnym deszczyku ziemia. Z jednej strony szczelny płot, z drugiej mur, za którym były albo magazyny, albo jakieś warsztaty. Oświetlenia żadnego.
Berdyczowski potknął się na wyboju i przeklął – nie wiedzieć dlaczego półgłosem. Mur doprowadził do bramy, nad którą paliła się lampa. Prokurator przeczytał na szyldzie: „Zakłady czyszczenia jelit Sawczuka".
Przeczytał i wzdrygnął się. Znaki znakami, ale ze strony Opatrzności było to już prawdziwe szyderstwo, jeśli nie chamstwo. Rzecz w tym, że w brzuchu porządnie jednak wystraszonego radcy stanu zachodziły rozmaite mało przyjemne procesy.
Berdyczowski zatrzymał się przed wąską furtką. Z drżeniem w głosie zapytał posągu Komandora:
– Co to takiego? Po co?
Na odpowiedź nie miał nadziei, ale olbrzym (chłopisko rzeczywiście niemal sążniowego wzrostu) odwrócił się i odpowiedział nieoczekiwanie cienkim, usłużnym głosem:
– To, łaskawy panie, zakład, gdzie czyści się kiszki.
– W jakim sensie?
– W zwyczajnym. Na kiełbasy.
– Aa – uspokoił się nieco Matwiej Bencjonowicz. – Ale po co mamy tam iść? Komandor zachichotał, co potwierdziło wyraźnie, że dotychczas milczał nie w groźnych zamiarach, ale z powodu prowincjonalnego onieśmielenia wobec przyjezdnego.
– Miasto raczy pan sam widzieć jakie: żydostwa więcej niż Rosjan. A tu miejsce najlepsze. Bo kiełbasa świńska. Wśród robotników nie ma ani jednego Żyda, sami tylko Rosjanie albo Chochoły.
Potajemne zebranie drużyny „Chrystusowych opryczników" odbywało się w kancelarii zakładu.
Był to zapuszczony pokój, dosyć przestronny, ale z niskim sufitem, z którego zwieszało się kilka lamp naftowych.
Krzesła w dwóch rzędach, a naprzeciwko nich stół, nakryty rosyjską flagą. Na ścianach ikony, przemieszane z portretami ojczystych bohaterów: Aleksandra Newskiego, Dymitra Dońskiego, Suworowa, Skobielewa. Główne miejsca w owej galerii zajmowały wizerunki Iwana Groźnego i panującego monarchy.
Przewodniczył niemłody mężczyzna w marynarce i wąziutkim krawacie, ale z długimi włosami, ostrzyżonymi na okrągło.
Przed stołem stał chudy osobnik w rubaszce – najwyraźniej prelegent. Słuchaczy było około dziesięciu.
Wszyscy odwrócili się w stronę przybyłych, ale Berdyczowski ze zdenerwowania nie przyjrzał się dokładnie twarzom. Zdaje się, że większość była brodata i także ostrzyżona po rosyjsku.
– A oto i drogi gość – powiedział przewodniczący. – Łaskawie prosimy. Jestem esaułem. „Oprycznicy" wstali, ktoś zadudnił basem:
– Życzymy zdrowia, wasza ekscelencjo.
Z przejęcia Matwiej Bencjonowicz o mało nie zaczął poprawiać, że nie jest żadną ekscelencją, ale w porę się pohamował. Energicznie, po wojskowemu skinął głową, od czego opadł mu na czoło kosmyk anielskiego koloru.
„Esauł" (tak chyba nazywało się stanowisko przywódcy „opryczników") wyszedł zza stołu i ruszył w stronę prokuratora.
Tu Berdyczowski znowu omal nie popełnił faux pas – chciał już ściskać rękę. Okazało się, że nie należało wyciągać dłoni, tylko rozewrzeć ramiona. Tak właśnie postąpił przewodniczący: ze słowami „Rusi chwała!" przycisnął gościa do piersi i po trzykroć ucałował w usta.
Pozostali także postanowili przywitać znacznego człowieka, tak więc całować się trzeba było ze wszystkimi – ogółem jedenaście razy, przy czym za każdym razem wygłaszano sakramentalną formułkę, sławiącą ojczyznę.
Zapachy, z jakimi zmuszony był zapoznać się gorąco witany pan Berg-Dyczowski, nie odznaczały się różnorodnością: tani tytoń, surowa cebula, przetrawione przez żołądki opary spiritus vini. Tylko ostatni z całujących, ówże przewodnik, który doprowadził Matwieja Bencjonowicza na zebranie, roztaczał woń wody kolońskiej i fiksatuaru. Cmoknął też nie tak jak inni, ale subtelnie, z wyciągniętymi w trąbkę ustami. Fryzjer, zrozumiał prokurator, ujrzawszy podkręcone włosy na skroniach i rozczesaną na boki bródkę.
– Proszę tutaj. – „Esauł" wskazał gościowi honorowe miejsce.
Wszyscy wlepili wzrok w „ekscelencję", oczekując najwyraźniej powitalnego przemówienia, do czego radca stanu absolutnie nie był przygotowany. Znalazł się jednak – poprosił o kontynuowanie, „albowiem przyszedł nie mówić, tylko słuchać; nie pouczać, tylko uczyć się". To się spodobało. Skromnemu „generałowi" zaklaskano, zakrzyknięto: „Jak miło!", i przerwany raport ciągnął się dalej.