Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 104
Перейти на страницу:

– Pojedziesz do Żytomierza? – Archijerej spojrzał na niego uważnie.

– Tak. Chcę się przyjrzeć wierzycielom sztabsrotmistrza. Mitrofaniusz zastanawiał się przez chwilę, po czym przytaknął z aprobatą.

– No cóż, praca. Mówiłeś wszakże o dwóch wersjach? Radca stanu ożywił się. Najwyraźniej druga wersja odpowiadała mu znacznie bardziej niż pierwsza.

– Wiadomo, że granica osiedlenia, wewnątrz której znajduje się gubernia wołyńska, to arena działalności różnego typu organizacji antysemickich, w tym także najbardziej skrajnej, „Chrystusowych opryczników". Tym żydożercom nie wystarczają same pogromy, nie cofają się nawet przed mordami politycznymi. Proroka Manujłę „oprycznicy" muszą nienawidzić jeszcze bardziej niż prawdziwych Żydów, albowiem według nich, odciągając Rosjan od prawosławią, zdradza on wiarę i naród. Postawiłem sobie pytanie: czy Racewicza nie wykupili „oprycznicy"? Może postanowili wykorzystać człowieka, którego zgubili Żydzi?

– No cóż, to bardzo prawdopodobne – przyznał Mitrofaniusz.

– Znowu wychodzi na to, że muszę się wybrać do Żytomierza. Czy przyjąć pierwszą wersję, czy drugą, początków należy szukać tam.

– Ależ to niebezpieczne – zatrwożył się biskup. – Jeśli masz rację, są to ludzie zdecydowani na wszystko, zarówno pierwsi, jak i drudzy. Dowiedzą się, po co przybyłeś, i zabiją.

– Skąd mieliby wiedzieć? – Matwiej Bencjonowicz uśmiechnął się chytrze. – Nie oczekują mnie tam i zupełnie nie znają. Zresztą nie o mnie należy myśleć, władyko, tylko o niej.

Przewielebny zawołał z żalem:

– Jakże ja ci zazdroszczę, Matiusza! Będziesz pracował, a ja niczym nie mogę pomóc. Chyba że modlitwą.

– „Chyba że"? – Prokurator z żartobliwą wymówką pokręcił głową. – Cóż za pomniejszenie roli modlitwy, i to w ustach księcia Cerkwi!

Matwiej Bencjonowicz przygotował się do przyjęcia błogosławieństwa. Chciał ucałować dłoń archijereja, ale ten objął go za ramiona i przycisnął do szerokiej piersi tak mocno, że duchowemu synowi zabrakło tchu.

W Berdyczowskim zaszła istotnie jakaś zasadnicza przemiana i nie tyle nawet natury zewnętrznej, co wewnętrznej.

Wybierając się do Żytomierza, w ogóle nie myślał o zagrożeniach, a przecież dawny Matwiej Bencjonowicz, z racji nadmiernie rozwiniętej wyobraźni, drżał wobec wydarzeń zupełnie nieważnych, czasami wręcz śmiesznych, jak wygłoszenie mowy w klubie albo głupia wizyta u dentysty.

Nie strach, lecz gorączkowa niecierpliwość, niejasne poczucie, że czas ucieka – oto co zawładnęło zawołżskim prokuratorem, kiedy opuszczał domowników.

Przeżegnał mechanicznie wszystkie trzynaścioro dzieci (pięcioro młodszych już spało, bo pora była późna) i pospiesznie ucałował żonę.

Tu surowa Maria Gawriłowna zrobiła coś niesłychanego. Objęła Berdyczowskiego swymi pełnymi rękami za szyję i cichutko powiedziała:

– Matiuszeńka, bądź ostrożny. I wiedz, że bez ciebie nie ma dla mnie życia.

Matwiej Bencjonowicz osłupiał. Po pierwsze, nie sądził, że żona cokolwiek podejrzewa. Po drugie zaś, Maria Gawriłowna nigdy nie była skłonna do osobistych wynurzeń – można rzec, że zupełnie ich nie uznawała.

Prokurator zaczerwienił się, odwrócił niezręcznie i pospiesznie wyszedł na ulicę, gdzie czekała służbowa kolaska.

A jidisze kop, czyli „Jasnowłosy Anioł"

W miarę zbliżania się do Żytomierza wzmacniało się dziwne wrażenie. Zupełnie jakby Matwiej Bencjonowicz znalazł się na jakichś torach, z których nie można zjechać ani zawrócić, dopóki nie osiągnie się punktu końcowego, choć nikt go nie wybierał i nawet nie znał jego nazwy.

A przy tym po drodze, którą Berdyczowski przemierzał pierwszy raz w życiu, tu i tam pojawiały się wskazówki, przeznaczone jakby wyłącznie dla niego. Wydawało się, że Opatrzność niezbyt ufa zdolnościom umysłowym radcy stanu i uważa za konieczne wysyłać mu sygnały: tak ma być, to właśnie twój kierunek, nie wahaj się.

Zaczęło się od tego, że pociąg, którym Berdyczowski jechał z Niżniego Nowogrodu, dowiózł go do Berdyczowa, gdzie trzeba było się przesiąść na żytomierską wąskotorówkę.

Kiedy zaś Matwiej Bencjonowicz przybył do stolicy wołyńskiej guberni, okazało się, że obydwa interesujące go urzędy – komitet więziennictwa i zarząd policji – mieszczą się nie gdzie indziej, tylko na ulicy Wielkiej Berdyczowskiej.

Już wtedy prokuratora ogarnęło całkowicie mistyczne poczucie, że to nie on gdzieś się kieruje, ale że to jego kierują, i dlatego nadstawiał uszu i szeroko otwierał oczy, żeby, nie daj Boże, nie przeoczyć jakiegoś ważnego znaku.

I co sądzicie?

Na dworcu podsłuchał przypadkowo rozmowę dwóch żydowskich handlarzy. Skarżyli się, jak to trudno jest żyć w mieście i jakie to nieszczęście, kiedy szef policji jest „żydożercą". Do tej chwili Berdyczowski zamierzał udać się najpierw do komitetu więziennictwa, do którego miał pismo z kancelarii zawołżskiego gubernatora, ale tu postanowił wnieść korektę: zacząć właśnie od policyjnego „żydożercy".

Zdecydował zatrzymać się w najlepszym hotelu, o nazwie „Bristol", gdzie w recepcji lśnił lakierem aparat telefoniczny Mixa-Genesta i pysznił się wykaz miejskich abonentów, mieszczący się na jednej stroniczce.

Tragarz z wydatnymi wargami, pociągając nosem, postawił walizkę gościa przy recepcji. Królował tam portier – wyniosły, ze złotym łańcuszkiem na brzuchu.

– Z pociągu, Naumie Sołomonyczu – oznajmił tragarz. – Migiem dopadłem, tak i tak, powiadam, proszę do nas, do „Bristolu".

– Spisałeś się, Kola – pochwalił portier.

Uważnym spojrzeniem obrzucił eleganckie palto Matwieja Bencjonowicza, przyjrzał mu się przez chwilę i słodko się uśmiechnął.

Berdyczowski patrzył tymczasem na aparat. W tym atrybucie postępu także dostrzegł znak z góry. Oto numer policmajstra: „3-05, radca dw. Gwozdikow Siem. Lik.". Co oznacza „Lik.", nie było wiadomo.

Niemniej jednak wykręcił numer i poprosił panienkę o połączenie. Nie działał logicznie, tylko pod wpływem impulsu.

Wymienił swoje nazwisko, stanowisko i rangę, umówił się na spotkanie. Rozłączył się bardzo z siebie zadowolony – zdaje się, że żytomierskie śledztwo zaczyna się w dobrym tempie.

Tu jednak oczekiwała Berdyczowskiego niespodzianka.

Portier, który otworzył już księgę gości i nawet zamaczał obsadkę w kałamarzu, zwrócił się z uszanowaniem:

– Witamy uniżenie waszą ekscelencję. Jakiż to zaszczyt dla naszego zakładu. Miło, kiedy Żyd jest tak ważnym człowiekiem.

Kręcący się obok szwajcar (absolutnie taki, jaki powinien być szwajcar – w liberii i z bujną brodą, a przy tym z długimi pejsami) dorzucił:

Afalejidn gesukt![11]

– Skąd u was przekonanie, że jestem Żydem? – zmartwiał Berdyczowski.

Portier uśmiechnął się tylko.

– Chwała Bogu, nie pierwszy raz na ludzi patrzę.

– Oj, panie generał, albo to nie widać po panu, że jesteś pan ajidisze kop[12] – dodał szwajcar. Matwiej Bencjonowicz przeklinał w myślach swoją nieostrożność. Za chwilę cały żydowski Żytomierz dowie się o intrygującym przyjezdnym, w dodatku z wszelkimi przerysowaniami. Już jest „generałem" i „ekscelencją", a pod wieczór stanie się zapewne ministrem.

– Tragarz! – zawołał do zaziębionego prokurator. – Bierz walizkę i wołaj dorożkarza!

вернуться

11

Żeby wszystkim Żydom tak było (jidysz).

вернуться

12

Żydowska głowa (jidysz).

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)