Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 104
Перейти на страницу:

– Aj-aj, czy coś pan zapomniał? – zaniepokoił się portier.

– Tak. Z powrotem na stację – rzucił ostro Berdyczowski, wychodząc.

Usłyszał, jak portier głośno powiedział w jidysz do pejsatego szwajcara:

– Te przechrzty są gorsze od gojów.

Ten w odpowiedzi zacytował, tyle że już po hebrajsku, groźne słowa proroka Izajasza, które Matwiej Bencjonowicz często słyszał w dzieciństwie od ojca: „A zetrze zlośniki i grzeszniki społem: a którzy Pana opuścili, będą wyniszczeni".

Dobry nastrój minął.

Na głównej ulicy Kijowskiej zaniepokojony prokurator wstąpił do salon de beaute i kupił patentowaną amerykańską farbę „Jasnowłosy Anioł".

Znalazł inny hotel – „Wersal", który jednak Wersalem absolutnie nie był. Wszedł tam z naciągniętym na oczy kapeluszem i podniesionym kołnierzem.

Nad umywalką w pokoju zaczął przefarbowywać się na jasnowłosego anioła, nie zapomniał też o brwiach.

Ach, trzeba było przewidzieć to wcześniej! Tu przecież granica osiedlenia, a nie bogobojny Zawołżsk, gdzie nie potrafią tak biegle rozpoznawać człowieka po wyglądzie.

Rezultat przeszedł wszelkie oczekiwania. Matwiej Bencjonowicz niepokoił się trochę z powodu swego wyraźnie niesłowiańskiego nosa, ale „blondynowatość" poradziła sobie i z nosem: było żydowskie haczysko, a zamieniło się w dumny bukszpryt o orlim, nawet rasowym wyglądzie.

Przyglądając się w lustrze swojej odmienionej fizjonomii, radca stanu dostrzegł w niej wszelkie oznaki arystokratycznej degeneracji, aż po przykre wklęsłości pod kośćmi policzkowymi i cofnięty podbródek. Chociaż czemu się tutaj dziwić? Każdy Żyd, nawet największy mizerota, posiada genealogię, której mogą pozazdrościć Romanowowie i Habsburgowie na dokładkę.

Przed wstąpieniem na ścieżkę wojenną Berdyczowski, aby dopełnić bojowego kamuflażu, przebrał się w mundur frakowy, na którym promieniście błyszczały gwiazdy piątej rangi (żydożerca był „radcą dw", to jest urzędnikiem zaledwie siódmej rangi).

Przyjrzał się sobie i z prawej, i z lewej strony. Widok go zadowolił.

Jak szlachcic ze szlachcicem

– Czy raczy pan mnie poinformować, panie Berdyczowski, dlaczego pana, prokuratora z odległej guberni, interesują dane na temat żytomierskiej sekcji „Chrystusowych opryczników"? – zapytał cicho Siemion Likurgowicz Gwozdikow, otyły osobnik z nalanymi policzkami i niezdrową żółcią pod oczyma.

Matwiejowi Bencjonowiczowi nie spodobało się w tym pytaniu absolutnie wszystko: i to, że zostało zadane po długim milczeniu, i to, że miało kontrujący charakter, a już zupełnie nie do przyjęcia była intonacja, z jaką policmajster wymówił podejrzane nazwisko.

– Jak pan mnie nazwał? – zmarszczył się gość. – Berdyczowski? To co, przypominam panu żydowskiego handlarza z Berdyczowa? Berg-Dyczowski – wyskandował i uniósł brew, jakby miał zamiar umieścić w oku monokl. – W czasie ślubu mojego pradziada i prababki, jedynej potomkini Dyczowskich, postanowiono połączyć obydwa herby, żeby nie wygasł starożytny ród.

W oczach radcy dworu pojawiło się przerażenie, a nalana twarzyczka oblała się czerwienią. Gwozdikow tak przeżył swoją gafę, że aż uniósł się na krześle.

– Mój Boże, ależ to... Stokrotne przeprosiny... Nie dosłyszałem przez telefon. Wie pan, ta łączność jest okropna!

Żeby wzmocnić efekt, należało ów gwoździk jeszcze raz stuknąć w główkę. Matwiej Bencjonowicz lekceważącym gestem oddalił to śmieszne nieporozumienie, zniżył konfidencjonalnie głos i pochylił się w stronę rozmówcy.

– Powiedzcie, Gwozdikow – to nazwisko szlacheckie? Policmajster spurpurowiał jeszcze bardziej.

– Nie, w zasadzie jestem ze stanu mieszczańskiego. Na razie dosłużyłem się tylko osobistego szlachectwa...

Prokurator zawahał się – czy warto kontynuować rozmowę z tak podejrzanym partnerem? Westchnął, ale okazał się wielkoduszny.

– To nic, Bóg da, a dosłużycie się i rodowego. Na nas, szlachcie, trzyma się gmach rosyjskiego państwa. Sam monarcha – wskazał na portret, który kiepską jakość nadrabiał rozmiarami –jest przecież w końcu tylko pierwszym ze szlachetnie urodzonych. To nasi przodkowie ustanowili Michała Romanowa carem. Toteż spoczywa na nas odpowiedzialność. Zgadzacie się?

– Tak – zgodził się Gwozdikow, który słuchał z wielką uwagą. – Ale, ekscelencjo, ja nie całkiem...

– Już wyjaśniam. Widzę uczciwego, porządnego człowieka i patriotę. Nie będę ukrywał: dowiadywałem się o was u kompetentnych ludzi. – Matwiej Bencjonowicz znacząco zniżył glos. – I dlatego przechodzę od razu do celu mojej wizyty. Z racji swoich obowiązków wiecie niewątpliwie wszystko o ruchach społecznych i organizacjach, jakie istnieją w Żytomierzu.

– Jeśli chodzi panu o nihilistów, to raczej Ochrana...

– Nie o nihilistów – znowu przerwał policmajstrowi Berdyczowski. – Całkiem przeciwnie. Interesuje mnie organizacja wiernopoddańcza, państwowotwórcza. Ta, którą wspomniałem na początku rozmowy. Rzecz w tym, że u nas, w guberni zawołżskiej, też namnożyło się Żydków. Pozwalają sobie na bardzo dużo. Przejęli bank gubernialny, założyli paskudną gazetkę, wypierają rodowitych zawołżczan z handlu. Tak więc my, patrioci, postanowiliśmy zapoznać się z waszymi doświadczeniami. Wiele dobrego opowiada się o żytomierskich „oprycznikach". Jeśli pomożecie mi się z nimi skontaktować, dokonacie naprawdę ważnej rzeczy.

Siemion Likurgowicz czuł się wyraźnie pochlebiony, ale zachowywał ostrożność.

– Ja, panie radco stanu, do „opryczników" nie należę. Nie wolno mi choćby z racji stanowiska. Tym bardziej że sam pan wie – ich metody nie zawsze są zgodne z przepisami prawa...

– Przecież nie przyszedłem do was oficjalnie. Nie jak prokurator do naczelnika policji, ale jak szlachcic do szlachcica – odparł z wyrzutem Matwiej Bencjonowicz.

– Rozumiem – pospieszył uspokoić go policmajster. – I mówię to wyłącznie po to, żeby uniknąć jakiejkolwiek dwuznaczności. Do „opryczników" nie należę i nie wszystkie ich akcje popieram, w szczególności te, które zagrażają mieniu albo życiu i zdrowiu. Czasami trzeba skarcić po ojcowsku, bez tego nie sposób. To ludzie gorący, trafiają się też szalone głowy, ale serca mają czyste. Co jakiś czas trzeba tylko ich powstrzymywać, żeby nie nabałaganili.

– Jakże to słuszne, co mówicie! – zawołał gość. – Jestem niezwykle rad, że zwróciłem się właśnie do was. Rozumiecie, dlatego chciałbym sam utworzyć w Zawołżsku drużynę „opryczników", żeby nie puścić tego na żywioł. Życzyłbym sobie, by tak rzec, być u źródeł i dyskretnie nadawać kierunek.

– No tak. Ja także dyskretnie kieruję. A nauczyć się u naszych zuchów jest czego. – Gwozdikow zamilkł z powagą, jak przystoi solidnemu człowiekowi, który rozważa wszystkie „za" i „przeciw" przed podjęciem odpowiedzialnej decyzji. – Dobrze, panie Berg-Dyczowski. Jak szlachcic szlachcicowi. I skontaktuję, z kim trzeba, i wyjaśnię, w jakim celu pan przyjechał. Sam przy spotkaniu nie będę mógł być obecny – łaskawie proszę o wybaczenie... Matwiej Bencjonowicz uniósł dłonie: rozumiem, rozumiem.

– ...A z pańskim tytułem też radzę się nie ujawniać. I jeszcze jedno... – Gwozdikow delikatnie spuścił wzrok. – Polecę pana esaułowi jako Dyczowskiego, bez „Berga". Bo nasi Rosjanie, proszę wybaczyć, Niemców też nie za bardzo poważają.

– Ach, proszę dać spokój, jaki ze mnie Niemiec! – zawołał szczerze Berdyczowski.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)