Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Meekhańska piechota. Weterani.
— Jak twoja zdobycz, Janne?
— Wierzga, kha-dar. — Ptasznik uniósł jeńca, odwrócił twarzą do siebie i parsknął cicho. — Ale łapałem już gorsze rzeczy.
— Chyba jak kuśkę wsadziłeś nie tam, gdzie trzeba. — Daghena brzęknęła palcem na cięciwie. — Na co czekają? I czego nic nie mówią, psiakrew?!
— Widzą, że nie uciekamy, a moglibyśmy. Więc chcą pogadać. — Laskolnyk mierzył wzrokiem zbliżających się piechurów. — Zobaczymy, co powiedzą.
Kailean wykorzystała moment, by rzucić okiem na więźnia, i cmoknęła, zdziwiona. Janne złapał dziewczynę. No oko czternasto-, może piętnastoletnią. Drobna, szczupła, czarnowłosa i czarnooka, przypominała Leę, gdyby nie to, że była chuda jak szczapa, a włosy miała ostrzyżone prawie do gołej skóry. Ale rozerwana na piersi koszula odkrywała wszystko. Dziewczyna.
No, albo bardzo dziwny chłopiec. Nigdy nie wiadomo, jak to jest tu, na Dalekim Południu.
— Nie gapcie się na nią — warknęła, poprawiając szablę i wyżej unosząc tarczę. — Chłopy, pokazać kawałek cycka, a dadzą się pozarzynać jak pijane prosiaki.
Nikt nie zdążył jej odpowiedzieć, bo ciężkozbrojni piechurzy zbliżyli się na jakieś dziesięć kroków, a wtedy Laskolnyk uniósł dłoń i warknął:
— Stać!
Zatrzymali się, podpierając drzewcami włóczni, gizarm i kos. Nie wyglądali ani na przestraszonych, ani na zdenerwowanych. Lekkozbrojni stanęli nieco z tyłu, trzymając broń w pogotowiu. Przez chwilę oba oddziały mierzyły się wzrokiem.
— Jesteście daleko od domu, jak rozumiem — odezwał się piechur stojący pośrodku linii. — Daleko i wcale nie jest pewne, czy do tego domu wrócicie, jak rozumiem. Ale, jak rozumiem, chcielibyście wrócić.
Mężczyzna cedził słowa niespiesznie, wręcz flegmatycznie. Siwa broda i pokryta zmarszczkami twarz nadawały mu wygląd siedemdziesięciolatka, lecz najwyraźniej wcale nie był tak stary. Sądząc po dłoniach i muskularnych przedramionach, nie był starszy niż Kocimiętka czy Laskolnyk.
— Ominęliście Pomwe — kontynuował, przeskakując wzrokiem między konnymi. Jeśli zaskoczyła go obecność kobiet w oddziale, nawet nie mrugnął. — To dobrze, jak rozumiem. Nie lubimy nikogo, kto ma jakieś interesy z tamtym miastem. Jeszcze z nim nie skończyliśmy.
Wbił swoją włócznię w ziemię i zrobił trzy kroki naprzód.
— Tutejszym kupcom trudno teraz wynająć miejscowych strażników, jak rozumiem. Więc pewnie szukają naiwnych w karawanserajach. Ludzi z północy, jak rozumiem. Meekhańczyków. Myślą, że to ich ochroni. Ale się mylą, jak rozumiem. — Wskazał ręką na dziewczynę, którą trzymał Janne. — Macie kogoś, kto należy do nas. Oddajcie ją.
Kailean nie spodziewała się, że usłyszy śmiech. Głośny, szczery, ciepły. A potem Genno Laskolnyk wyjechał przed szereg, zdjął hełm, wyprostował się i wycedził:
— Więc chodź i weź ją sobie, Luko-wer-Klytus.
Na mgnienie oka wszystko ucichło, potem ktoś z grupy lekkozbrojnych ruszył do przodu, lecz jednocześnie siwy piechur wrzasnął:
— Stać!!! Nie ruszać się!!!
Wszyscy zamarli. Na zaropiałe dupsko starej kozy, ależ on miał głos! Jakby ryczał przez mosiężną tubę.
Mężczyzna też ściągnął hełm i ruszył w stronę kha-dara, a z każdym krokiem jego twarz młodniała.
— Generał? Generał Laskolnyk? Ale dlaczego? Co…?
Zabrakło mu słów, więc tylko machnął ręką i rozpostarł ramiona. Laskolnyk zaśmiał się, zeskoczył na ziemię i padli sobie w objęcia.
— No — Kocimiętka wsunął szablę do pochwy i zarzucił tarczę na plecy — chyba najtrudniejszą część mamy za sobą.
— Żebyś nie zapeszył, łajzo. — Łuk Dagheny powędrował do sajdaka, ona sama przeciągnęła się, aż coś chrupnęło jej w stawach. — Janne, Kailean już mówiła, żebyś przestał się gapić na cycki tej małej.
— Mam na imię Koło. — Dziewczyna spojrzała na nią wyraźnie rozzłoszczona. — I nie jestem mała.
— Koło? — brwi Dag powędrowały w górę. — Takie okrągłe, od wozu? Dziewczyno, do krągłości to ci brakuje jakichś pięćdziesięciu funtów. Ty to ledwo szprychą jesteś. Puść ją, Janne, niech dołączy do swoich.
Ptasznik postawił dziewczynę na ziemi i lekko pchnął w stronę pieszych.
— Idź. — Spojrzał na resztę czaardanu. — I co teraz?
— Czekamy. — Kocimiętka przypomniał im, że jest zastępcą Laskolnyka. — Broń pod ręką, konie trzymać krótko. Miłe powitanie czy nie, na razie uważamy na wszystko. A potem się zobaczy.
* * *
— Tak. To do niego podobne. Właściwie niczego innego się nie spodziewałem.
Trudno było ocenić, czy cesarz mówi to z rezygnacją, czy z podziwem. A jeszcze trudniej przewidzieć, jak te wieści wpłyną na los zgromadzonych w komnacie. Przez ostatnią godzinę zdążył im już przypomnieć, że są zwykłymi śmiertelnikami, zależnymi od jego woli. Że jest panem ich losu. Teraz jednak wszyscy wiedzieli, że jest ktoś, nad kim cesarz nie do końca panuje.
Genno Laskolnyk.
— Jak to ujął, pojechał się rozejrzeć. — Mimo wagi przekazywanych wieści, Eusewenia była zdumiewająco spokojna. — A nasz rezydent w Konoweryn, Kciuk, nie miał władzy ani środków, by mu w tym przeszkodzić. I tyle. Mógł tylko skierować go w miejsce, gdzie istniała szansa, że generał spotka się z właściwymi ludźmi.
— Właściwymi? — Kregan-ber-Arlens poprawił się na krześle. — To znaczy?
— Armia niewolników gromadzi się na Wielkiej Wyżynie Halesyjskiej — kontynuowała hrabina Wamlesch. — A dokładnie na terenie przygranicznym między Konoweryn a Wahesi. Kolejne grupy uciekinierów kierują się w tamtą stronę, co moim zdaniem świadczy o tym, że powstanie było dobrze zaplanowane, a co ważniejsze, nadal rozwija się tak, jak chcieli jego przywódcy. Część oddziałów powstańczych, liczących od kilkunastu do kilkudziesięciu ludzi, działa poza wyżyną: rabują karawany, przecinają szlaki handlowe, wzniecają bunty tam, gdzie same nie wybuchły, atakują odosobnione plantacje, gospodarstwa i kopalnie, wciągają w zasadzki mniejsze grupki wojska. Tak mówią raporty, które wysyłają nam nasi agenci z wszystkich księstw Dalekiego Południa. Wolelibyśmy, żeby generał nie natknął się na tych zbrojnych, tym bardziej że niektóre oddziały składają się z niewolników innych nacji. Więc Kciuk wysłał go w górę Tos, tam, gdzie najłatwiej spotkać naszych. Meekhańczyków.