Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 210
Перейти на страницу:

Me­ekhań­ska pie­cho­ta. We­te­ra­ni.

— Jak two­ja zdo­bycz, Jan­ne?

— Wierz­ga, kha-dar. — Ptasz­nik uniósł jeń­ca, od­wró­cił twa­rzą do sie­bie i par­sk­nął ci­cho. — Ale ła­pa­łem już gor­sze rze­czy.

— Chy­ba jak kuś­kę wsa­dzi­łeś nie tam, gdzie trze­ba. — Da­ghe­na brzęk­nę­ła pal­cem na cię­ci­wie. — Na co cze­ka­ją? I cze­go nic nie mó­wią, psia­krew?!

— Wi­dzą, że nie ucie­ka­my, a mo­gli­by­śmy. Więc chcą po­ga­dać. — La­skol­nyk mie­rzył wzro­kiem zbli­ża­ją­cych się pie­chu­rów. — Zo­ba­czy­my, co po­wie­dzą.

Ka­ile­an wy­ko­rzy­sta­ła mo­ment, by rzu­cić okiem na więź­nia, i cmok­nę­ła, zdzi­wio­na. Jan­ne zła­pał dziew­czy­nę. No oko czter­na­sto-, może pięt­na­sto­let­nią. Drob­na, szczu­pła, czar­no­wło­sa i czar­no­oka, przy­po­mi­na­ła Leę, gdy­by nie to, że była chu­da jak szcza­pa, a wło­sy mia­ła ostrzy­żo­ne pra­wie do go­łej skó­ry. Ale ro­ze­rwa­na na pier­si ko­szu­la od­kry­wa­ła wszyst­ko. Dziew­czy­na.

No, albo bar­dzo dziw­ny chło­piec. Ni­g­dy nie wia­do­mo, jak to jest tu, na Da­le­kim Po­łu­dniu.

— Nie gap­cie się na nią — wark­nę­ła, po­pra­wia­jąc sza­blę i wy­żej uno­sząc tar­czę. — Chło­py, po­ka­zać ka­wa­łek cyc­ka, a da­dzą się po­za­rzy­nać jak pi­ja­ne pro­sia­ki.

Nikt nie zdą­żył jej od­po­wie­dzieć, bo cięż­ko­zbroj­ni pie­chu­rzy zbli­ży­li się na ja­kieś dzie­sięć kro­ków, a wte­dy La­skol­nyk uniósł dłoń i wark­nął:

— Stać!

Za­trzy­ma­li się, pod­pie­ra­jąc drzew­ca­mi włócz­ni, gi­zarm i kos. Nie wy­glą­da­li ani na prze­stra­szo­nych, ani na zde­ner­wo­wa­nych. Lek­ko­zbroj­ni sta­nę­li nie­co z tyłu, trzy­ma­jąc broń w po­go­to­wiu. Przez chwi­lę oba od­dzia­ły mie­rzy­ły się wzro­kiem.

— Je­ste­ście da­le­ko od domu, jak ro­zu­miem — ode­zwał się pie­chur sto­ją­cy po­środ­ku li­nii. — Da­le­ko i wca­le nie jest pew­ne, czy do tego domu wró­ci­cie, jak ro­zu­miem. Ale, jak ro­zu­miem, chcie­li­by­ście wró­cić.

Męż­czy­zna ce­dził sło­wa nie­spiesz­nie, wręcz fleg­ma­tycz­nie. Siwa bro­da i po­kry­ta zmarszcz­ka­mi twarz nada­wa­ły mu wy­gląd sie­dem­dzie­się­cio­lat­ka, lecz naj­wy­raź­niej wca­le nie był tak sta­ry. Są­dząc po dło­niach i mu­sku­lar­nych przed­ra­mio­nach, nie był star­szy niż Ko­ci­mięt­ka czy La­skol­nyk.

— Omi­nę­li­ście Po­mwe — kon­ty­nu­ował, prze­ska­ku­jąc wzro­kiem mię­dzy kon­ny­mi. Je­śli za­sko­czy­ła go obec­ność ko­biet w od­dzia­le, na­wet nie mru­gnął. — To do­brze, jak ro­zu­miem. Nie lu­bi­my ni­ko­go, kto ma ja­kieś in­te­re­sy z tam­tym mia­stem. Jesz­cze z nim nie skoń­czy­li­śmy.

Wbił swo­ją włócz­nię w zie­mię i zro­bił trzy kro­ki na­przód.

— Tu­tej­szym kup­com trud­no te­raz wy­na­jąć miej­sco­wych straż­ni­ków, jak ro­zu­miem. Więc pew­nie szu­ka­ją na­iw­nych w ka­ra­wan­se­ra­jach. Lu­dzi z pół­no­cy, jak ro­zu­miem. Me­ekhań­czy­ków. My­ślą, że to ich ochro­ni. Ale się mylą, jak ro­zu­miem. — Wska­zał ręką na dziew­czy­nę, któ­rą trzy­mał Jan­ne. — Ma­cie ko­goś, kto na­le­ży do nas. Od­daj­cie ją.

Ka­ile­an nie spo­dzie­wa­ła się, że usły­szy śmiech. Gło­śny, szcze­ry, cie­pły. A po­tem Gen­no La­skol­nyk wy­je­chał przed sze­reg, zdjął hełm, wy­pro­sto­wał się i wy­ce­dził:

— Więc chodź i weź ją so­bie, Luko-wer-Kly­tus.

Na mgnie­nie oka wszyst­ko uci­chło, po­tem ktoś z gru­py lek­ko­zbroj­nych ru­szył do przo­du, lecz jed­no­cze­śnie siwy pie­chur wrza­snął:

— Stać!!! Nie ru­szać się!!!

Wszy­scy za­mar­li. Na za­ro­pia­łe dup­sko sta­rej kozy, ależ on miał głos! Jak­by ry­czał przez mo­sięż­ną tubę.

Męż­czy­zna też ścią­gnął hełm i ru­szył w stro­nę kha-dara, a z każ­dym kro­kiem jego twarz młod­nia­ła.

— Ge­ne­rał? Ge­ne­rał La­skol­nyk? Ale dla­cze­go? Co…?

Za­bra­kło mu słów, więc tyl­ko mach­nął ręką i roz­po­starł ra­mio­na. La­skol­nyk za­śmiał się, ze­sko­czył na zie­mię i pa­dli so­bie w ob­ję­cia.

— No — Ko­ci­mięt­ka wsu­nął sza­blę do po­chwy i za­rzu­cił tar­czę na ple­cy — chy­ba naj­trud­niej­szą część mamy za sobą.

— Że­byś nie za­pe­szył, łaj­zo. — Łuk Da­ghe­ny po­wę­dro­wał do saj­da­ka, ona sama prze­cią­gnę­ła się, aż coś chrup­nę­ło jej w sta­wach. — Jan­ne, Ka­ile­an już mó­wi­ła, że­byś prze­stał się ga­pić na cyc­ki tej ma­łej.

— Mam na imię Koło. — Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nią wy­raź­nie roz­złosz­czo­na. — I nie je­stem mała.

— Koło? — brwi Dag po­wę­dro­wa­ły w górę. — Ta­kie okrą­głe, od wozu? Dziew­czy­no, do krą­gło­ści to ci bra­ku­je ja­kichś pięć­dzie­się­ciu fun­tów. Ty to le­d­wo szpry­chą je­steś. Puść ją, Jan­ne, niech do­łą­czy do swo­ich.

Ptasz­nik po­sta­wił dziew­czy­nę na zie­mi i lek­ko pchnął w stro­nę pie­szych.

— Idź. — Spoj­rzał na resz­tę cza­ar­da­nu. — I co te­raz?

— Cze­ka­my. — Ko­ci­mięt­ka przy­po­mniał im, że jest za­stęp­cą La­skol­ny­ka. — Broń pod ręką, ko­nie trzy­mać krót­ko. Miłe po­wi­ta­nie czy nie, na ra­zie uwa­ża­my na wszyst­ko. A po­tem się zo­ba­czy.

* * *

— Tak. To do nie­go po­dob­ne. Wła­ści­wie ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łem.

Trud­no było oce­nić, czy ce­sarz mówi to z re­zy­gna­cją, czy z po­dzi­wem. A jesz­cze trud­niej prze­wi­dzieć, jak te wie­ści wpły­ną na los zgro­ma­dzo­nych w kom­na­cie. Przez ostat­nią go­dzi­nę zdą­żył im już przy­po­mnieć, że są zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi, za­leż­ny­mi od jego woli. Że jest pa­nem ich losu. Te­raz jed­nak wszy­scy wie­dzie­li, że jest ktoś, nad kim ce­sarz nie do koń­ca pa­nu­je.

Gen­no La­skol­nyk.

— Jak to ujął, po­je­chał się ro­zej­rzeć. — Mimo wagi prze­ka­zy­wa­nych wie­ści, Eu­se­we­nia była zdu­mie­wa­ją­co spo­koj­na. — A nasz re­zy­dent w Ko­no­we­ryn, Kciuk, nie miał wła­dzy ani środ­ków, by mu w tym prze­szko­dzić. I tyle. Mógł tyl­ko skie­ro­wać go w miej­sce, gdzie ist­nia­ła szan­sa, że ge­ne­rał spo­tka się z wła­ści­wy­mi ludź­mi.

— Wła­ści­wy­mi? — Kre­gan-ber-Ar­lens po­pra­wił się na krze­śle. — To zna­czy?

— Ar­mia nie­wol­ni­ków gro­ma­dzi się na Wiel­kiej Wy­ży­nie Ha­le­syj­skiej — kon­ty­nu­owa­ła hra­bi­na Wam­lesch. — A do­kład­nie na te­re­nie przy­gra­nicz­nym mię­dzy Ko­no­we­ryn a Wa­he­si. Ko­lej­ne gru­py ucie­ki­nie­rów kie­ru­ją się w tam­tą stro­nę, co moim zda­niem świad­czy o tym, że po­wsta­nie było do­brze za­pla­no­wa­ne, a co waż­niej­sze, na­dal roz­wi­ja się tak, jak chcie­li jego przy­wód­cy. Część od­dzia­łów po­wstań­czych, li­czą­cych od kil­ku­na­stu do kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi, dzia­ła poza wy­ży­ną: ra­bu­ją ka­ra­wa­ny, prze­ci­na­ją szla­ki han­dlo­we, wznie­ca­ją bun­ty tam, gdzie same nie wy­bu­chły, ata­ku­ją od­osob­nio­ne plan­ta­cje, go­spo­dar­stwa i ko­pal­nie, wcią­ga­ją w za­sadz­ki mniej­sze grup­ki woj­ska. Tak mó­wią ra­por­ty, któ­re wy­sy­ła­ją nam nasi agen­ci z wszyst­kich księstw Da­le­kie­go Po­łu­dnia. Wo­le­li­by­śmy, żeby ge­ne­rał nie na­tknął się na tych zbroj­nych, tym bar­dziej że nie­któ­re od­dzia­ły skła­da­ją się z nie­wol­ni­ków in­nych na­cji. Więc Kciuk wy­słał go w górę Tos, tam, gdzie naj­ła­twiej spo­tkać na­szych. Me­ekhań­czy­ków.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)