Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
Demony Leningradu [calibre 3.42.0] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]

Электронная книга - «Demony Leningradu [calibre 3.42.0]». Краткое содержание книги:

Demony Leningradu [calibre 3.42.0]
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 86
Перейти на страницу:

Zacisnąłem pięści, z trudem powstrzymując złość, jednak wiedziałem, że Poliakow ma rację. Jeszcze w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym wywiad wojskowy miał wielu lepszych ode mnie lub dorównujących mi doświadczeniem oficerów dochodzeniowych. Jednak kiedy skończyła się Wielka Czystka, została ich garstka. Teraz, biorąc pod uwagę wojenne straty, było takich może z pięciu. Tatarczuk i Bondariew działali gdzieś na tyłach wroga, organizując antyniemiecką partyzantkę, pułkownika Szulgina przydzielono do osobistych poruczeń Gławkoma, Mitia Woronin walczył o życie w szpitalu polowym gdzieś pod Stalingradem, a kapitana Riabko widziano ostatni raz na stepach Krymu. Któż więc zostaje? Oczywiście Razumowski...

– Więc jak? Co zdecydowałeś?

– Niech będzie – wymamrotałem. – Załatw, żeby przydzielili do grupy dochodzeniowej moich chłopaków. Możesz to zorganizować?

– Bez problemu – odparł z wyraźną ulgą Poliakow. – A co z Wierą?

– Niech zostanie tam, gdzie jest – mruknąłem.

Na treningu wytłuką jej co najwyżej parę zębów, a tu nie wiadomo, jak będzie. Miałem złe przeczucia.

– To co, zbieramy się? Mogę cię podrzucić na Arbat – zaofiarował się milicjant.

– Jedźmy. Tu już niczego nie zwojujemy – zgodziłem się z westchnieniem. – Jeszcze jedno: ten lekarz, Nikonow, naprawdę jest taki dobry?

– Przed rewolucją był wykładowcą Cesarskiej Wojskowej Akademii Medycznej w Petersburgu. Jednym z najbardziej znanych rosyjskich naukowców.

– Naprawdę walczył po stronie Kołczaka?

– Naprawdę. Dlaczego pytasz?

– Tak tylko, z ciekawości...

– Aha, z ciekawości. Jasne. Jedziemy?

– Jedziemy.

Maria Aleksandrowna zgromiła mnie surowym spojrzeniem, siostra dzielnie jej w tym sekundowała. Obie starsze panie wyglądały na zaniepokojone.

– Nie powinien pan pozwalać, żeby Wiera wdawała się w awantury z takim... takimi... – Marii Aleksandrownie najwyraźniej zabrakło określeń.

– Przecież mnie przy tym nie było – zauważyłem łagodnie. – Ona sama się wdała.

– Wszystko jedno! – zmarszczyła brwi Praskowia Aleksandrowna. – Pan za nią odpowiada!

Dopiero teraz połapałem się, o co chodzi – staruszki bały się o Wierę. Zapewne dobrze i z nie najlepszej strony znały menela, którego obiła panna Turkuł. I obawiały się, że pijaczek zemści się na dziewczynie. Stąd i dziwne zachowanie obu pań. Stąd wymówki, które Wiera wzięła za niezadowolenie z jej postępku. Cóż, mogłem uspokoić staruszki, tyle że chyba nie miało sensu wchodzić w detale i opisywać stanu, w jakim znajduje się poszkodowany żulik, czy też wgłębiać się w szczegóły misji, jaką zleciłem chłopakom po awanturze z pijakiem. Na moje polecenie Drozd i Kotuszew obeszli okoliczne podwórka i zatroszczyli się o to, żeby każdy okoliczny chuligan pojął, że zaczepianie Wiery to bardzo głupi pomysł. Z tego, co wiedziałem, chłopcy przystąpili do dzieła z prawdziwym entuzjazmem – my, z wojennoj razwiedki, nie pozwalamy krzywdzić przyjaciół. Podejrzewałem, że przez najbliższe kilka miesięcy ulica, na której mieszka panna Turkuł, będzie jedną z najspokojniejszych w Moskwie...

– Ten, jak mu tam?

– Wańka Sielin – podpowiedziała skwapliwie Praskowia Aleksandrowna.

– Ten Sielin nie zaczepi już nigdy Wiery. Ani was, drogie panie – stwierdziłem z lekkim ukłonem. – Słowo oficera.

– Ale jak się napije... – zaczęła Maria Aleksandrowna.

Siostra powstrzymała ją uniesieniem dłoni. Starsza pani nie była głupia, wyczuła, co mam na myśli.

– Jest pan pewien? – spytała. – Bo w naszym wieku nie dałybyśmy już rady jej obronić. Ani siebie...

– To naprawdę nie będzie konieczne – zapewniłem. – Wasi sąsiedzi, szczególnie ci bardziej agresywni, zostali... uświadomieni. Myślę też, że już nigdy nie zapomną zapłacić za bimber.

– Rzeczywiście – przyznała Maria Aleksandrowna. – Kilku z nich już wczoraj oddało zaległe pieniądze. Z przeprosinami. To do nich niepodobne, bo miejscowi bywają trochę... – zawiesiła głos – niewychowani.

Przytaknąłem grzecznie, nie dodając, że obecnie kieruje nimi przede wszystkim strach. Zapewne błyskawicznie skojarzyli, że nie tylko nie opłaca się wchodzić w drogę pannie Turkuł, ale i ociągać ze spłatą długów. Drozd i Kotuszew to młodzi, sympatyczni chłopcy – patrząc na nich, łatwo zapomnieć, że są też doświadczonymi oficerami, weteranami dziesiątków starć i operacji. I że walczyli, i zwyciężali z dużo groźniejszymi przeciwnikami niż ci, których można spotkać na ulicach Moskwy. Naprawdę trzeba by być zupełnym kretynem, żeby ich drażnić. A wątpiłem, aby znalazł się w okolicy choć jeden taki idiota.

Uspokoiwszy staruszki, pomaszerowałem do domu. Byłem śmiertelnie zmęczony.

Natasza czekała na mnie z ciepłą kąpielą i obiadem. Jak zwykle. Chyba mógłbym się do tego przyzwyczaić... Zjadłem zupę, przegryzłem chlebem i położyłem się spać, rozwichrzywszy przedtem czuprynę małemu Lońce. Dzieciakowi najwyraźniej nie przeszkadzał fakt, że sąsiad, którego do tej pory spotykał tylko na schodach, nagle stał się elementem jego życia. Nie żebym się specjalnie zajmował maluchem – nie miałem na to ani czasu, ani ochoty, ale chłopiec nie potrzebował wiele. Wystarczyła odrobina zainteresowania ze strony mężczyzny, jakiegokolwiek mężczyzny. Większość okolicznych dzieciaków nie miała i tego – ich ojcowie siedzieli w okopach albo w niemieckiej niewoli. Chyba że gryźli piach...

Obudziłem się, kiedy weszła do pokoju – to także stało się naszym zwyczajem. Ze względu na pracę sypiałem o najrozmaitszych porach dnia i nocy, ale Natasza zawsze budziła mnie pocałunkami. Nie wnikałem, na ile były efektem wdzięczności, a na ile ewentualnego uczucia. Tylko cywile dzielą włos na czworo, żołnierze nie mają na to czasu.

Otworzyłem oczy, kiedy usta Nataszy przesunęły się na moją szyję – zmierzchało. Musiałem przespać parę godzin. Byłem pewien, że obudziła mnie w porę i że mam możliwość zamiany niewinnych, no, niemal niewinnych pocałunków w coś dużo poważniejszego. Lońka spał już o tej porze w mieszkaniu Pokrowskich.

Przyciągnąłem nagą pod szlafrokiem dziewczynę do siebie, umościłem się pomiędzy gładkimi, gorącymi udami. Natasza pachniała kwiatami i sobą. To był jedyny zapach, który pozwalał mi zapomnieć o wojnie. Na chwilę... Kochaliśmy się niespiesznie, niczym doświadczona, ale jeszcze nieznudzona sobą para. Później leżeliśmy w przyjaznym milczeniu.

Westchnąłem, kiedy ciszę przerwał dzwonek telefonu. Zapewne ktoś pilnie potrzebował majora Razumowskiego...

– Tak? – rzuciłem szorstko w słuchawkę.

– Wysyłam po ciebie samochód, mamy stawić się obaj na Łubiance. Czeka na nas towarzysz Beria – usłyszałem zmęczony głos Poliakowa.

– W porządku, zaraz schodzę.

Rzuciłem się do łazienki, ogoliłem błyskawicznie, ochlapałem twarz zimną wodą. Natasza czekała już z mundurem w rękach. Wymamrotałem zdawkowe podziękowanie, ubrałem się i ruszyłem do wyjścia.

– Zaczekaj! – zawołała.

– O co chodzi? Spieszę się!

Zniknęła na moment, powróciła z jakąś szmatą, kilkoma wprawnymi ruchami przywróciła połysk moim butom.

– Dziękuję – powtórzyłem.

Bez słowa nastawiła policzek. Pocałowałem ją z wahaniem. Nie byłem pewien, czy chcę, aby nasza znajomość wyszła poza obszar erotyki. A w tym momencie w żadnym z nas nie było nawet cienia zmysłowego napięcia, które stanowiło tło naszego związku. W oczach Nataszy dostrzegłem jedynie troskę doprawioną odrobiną czułości. A może po prostu była dobrą aktorką?

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)