Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
Niejednokrotnie już król czuł się upokorzony, że kardynał, który miał policję znakomitą, choć daleką jeszcze od doskonałości policji nowoczesnej, wiedział lepiej niż on sam o jego sprawach małżeńskich. Miał więc nadzieję, że w rozmowie z Anną Austriaczką dowie się czegoś i powróci do Jego Eminencji z sekretem znanym lub nie znanym kardynałowi, co podniesie go nieskończenie w oczach ministra.
Udał się więc do królowej i wedle swego zwyczaju zaczął od nowych pogróżek wobec jej przyjaciół. Anna Austriaczka opuściła głowę i w milczeniu słuchała potoku słów czekając, aż to się wreszcie skończy. Ale nie tego chciał Ludwik XIII; Ludwik XIII pragnął rozmowy, która mogłaby rzucić nowe światło, był bowiem przekonany, że kardynał ma jakieś uboczne myśli i przygotowuje mu straszliwą niespodziankę, jak to on potrafił. Toteż król osiągnął swój cel dzięki upartemu rzucaniu oskarżeń.
— Najjaśniejszy Panie — zawołała Anna Austriaczka wyczerpana tymi bezładnymi atakami — nie mówisz mi wszystkiego, co masz na sercu... Co takiego uczyniłam? Jaką zbrodnię popełniłam? Niemożliwe, żeby przyczyną gniewu Waszej Królewskiej Mości był jedynie list, który napisałam do brata.
Król zaatakowany wprost, nie wiedział co odpowiedzieć; pomyślał sobie, że nadeszła sposobna chwila, by wspomnieć o tym, o czym miał mówić dopiero w przeddzień balu.
— Pani — rzekł z dostojeństwem — wkrótce odbędzie się bal w ratuszu. Spodziewam się, że zechcesz uczynić zaszczyt naszym zacnym ławnikom i zjawisz się w uroczystym stroju, mając na sobie owe spinki diamentowe, które ofiarowałem ci na imieniny. Oto moja odpowiedź.
Odpowiedź była straszliwa. Annie Austriaczce wydało się, że Ludwik XIII wie wszystko i że kardynał nakłonił go tylko, by ukrywał to przez siedem czy osiem dni, co zresztą doskonale pasowało do jego charakteru. Królowa strasznie zbladła, oparła na konsoli rękę cudownie piękną, która w tej chwili wyglądała jak z wosku, i patrząc na króla przerażonymi oczami nie odpowiedziała ani słowem.
— Zrozumiałaś mnie, pani — rzekł król, którego ogromnie uradowało jej zakłopotanie, choć nie znał jego przyczyny — zrozumiałaś mnie?
— Tak, Najjaśniejszy Panie — wyjąkała królowa.
— Przyjdziesz na bal?
— Tak.
— Włożysz spinki?
— Tak.
Królowa zbladła jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle było możliwe; król zauważył to i poczuł radość płynącą z zimnego okrucieństwa, które było jedną z wad jego charakteru.
— A zatem rzecz postanowiona — rzekł — oto wszystko, co miałem pani do powiedzenia.
— Kiedy odbędzie się ten bal? — zapytała Anna Austriaczka.
Ludwik XIII poczuł instynktownie, że nie powinien odpowiedzieć na to pytanie zadane przez królową gasnącym głosem.
— Wkrótce, pani — powiedział — nie przypominam sobie dokładnie daty, ale zapytam kardynała.
— A więc ten bal jest pomysłem kardynała? — zawołała królowa.
— Tak, pani — odparł król zdziwiony — ale o co chodzi?
— To on ci powiedział, żebym włożyła spinki?
— To znaczy, pani...
— To on, Najjaśniejszy Panie, to on!
— I cóż, jakie to ma znaczenie, on czy ja? Alboż takie zaproszenie jest zbrodnią?
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— Więc będziesz na balu?
— Tak, Najjaśniejszy Panie.
— Dobrze więc — rzekł król odchodząc — dobrze, liczę na to.
Królowa skłoniła się głęboko, nie tyle ze względu na etykietę, ile dlatego, że nogi ugięły się pod nią. Król wyszedł wielce zadowolony.
— Jestem zgubiona — szepnęła królowa — kardynał wie wszystko, to on popycha króla, który nic jeszcze nie wie, ale dowie się wkrótce. Jestem zgubiona! Mój Boże, mój Boże, mój Boże!
Uklękła na poduszce i zaczęła się modlić z głową ukrytą w drżących rękach.
W istocie sytuacja jej była okropna. Buckingham wrócił do Londynu, pani de Chevreuse była w Tours. Pilnowana bardziej niż kiedykolwiek, królowa czuła niejasno, że jedna z jej dam ją zdradziła, ale nie wiedziała która. La Porte nie mógł opuścić Luwru; nie miała komu zaufać.
Widząc zagrażające nieszczęście i czując się opuszczona przez wszystkich, wybuchnęła szlochem.
— Czy nie mogę w niczym usłużyć Waszej Królewskiej Mości? — odezwał się nagle głos pełen słodyczy i współczucia.
Królowa odwróciła się żywo, dźwięk tego głosu nie mógł bowiem mylić; mówiła do niej przyjaciółka.
W istocie, w drzwiach wiodących do pokoi królowej ukazała się urocza pani Bonacieux. Kiedy król wszedł, była zajęta układaniem sukien i bielizny w przyległej gotowalni: nie mogła wyjść stamtąd i usłyszała wszystko.
Królowa zaskoczona krzyknęła przenikliwie; w swoim zmartwieniu nie rozpoznała zrazu młodej kobiety, protegowanej pana de La Porte.
— Och, Najjaśniejsza Pani, nie obawiaj się — rzekła młoda kobieta składając ręce i płacząc ze współczucia dla królowej — jestem oddana Waszej Królewskiej Mości duszą i ciałem i choć jestem od niej daleko, choć miejsce moje jest nisko, zdaje mi się, że znalazłam sposób, by wybawić Waszą Królewską Mość z kłopotu.
— Ty! O nieba! Ty? — zawołała królowa — ale spójrz na mnie. Jestem zdradzona przez wszystkich; czy mogę ci zaufać?
— Och, Najjaśniejsza Pani — zawołała młoda kobieta padając na kolana — na mą duszę, gotowa jestem umrzeć dla Waszej Królewskiej Mości.
Ten okrzyk płynął z głębi serca i podobnie jak za pierwszym razem nie można było się mylić.
— Tak — ciągnęła pani Bonacieux — tak, są tu zdrajcy; ale na Pannę Przenajświętszą przysięgam, że nie ma osoby bardziej niż ja oddanej Waszej Królewskiej Mości. Te spinki, których żąda król, Wasza Królewska Mość dała księciu Buckingham, prawda? Znajdowały się w małej szkatułce z różanego drzewa, którą miał pod płaszczem. Czyżbym się myliła? Czyż tak nie było?
— O mój Boże, mój Boże — szeptała królowa, szczękając zębami z przerażenia.
— A zatem trzeba dostać z powrotem te spinki — ciągnęła pani Bonacieux.
— Tak, oczywiście — zawołała królowa — ale jak to zrobić, w jaki sposób?
— Trzeba posłać kogoś do księcia.
— Ale kogo... kogo?... Komu mogę zaufać?
— Zechciej mi zaufać, Najjaśniejsza Pani; uczyń mi ten zaszczyt, moja królowo, a znajdę wysłannika!
— Ale trzeba napisać!
— Tak, to konieczne. Dwa słowa napisane ręką Waszej Królewskiej Mości i zapieczętowane jej sygnetem.
— Ale te dwa słowa to wyrok na mnie, rozwód, wygnanie!
— Tak, jeśliby dostały się w niegodne ręce! Ale ja odpowiadam za to, że dojdą tam, gdzie trzeba.
— O, mój Boże, muszę więc oddać w twe ręce swoje życie, honor, reputację!
— Tak, tak, Najjaśniejsza Pani, tak trzeba, a ja cię ocalę.
— Ale jak? Przynajmniej powiedz mi jak.
— Mój mąż został wypuszczony na wolność przed kilkoma dniami; nie miałam jeszcze czasu, by się z nim zobaczyć. Jest to dzielny i zacny człowiek — ani nie kocha, ani nienawidzi nikogo. Uczyni, co zechcę; wyjedzie na mój rozkaz nie wiedząc, co wiezie, i odda list Waszej Królewskiej Mości pod wskazanym adresem, nieświadom nawet, że ten list pisała królowa.
Królowa w uniesieniu ujęła ręce młodej kobiety, spojrzała na nią, jakby chciała czytać w głębi jej serca, a widząc jedynie szczerość w jej pięknych oczach, ucałowała ją czule.