Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— Uczyń to — zawołała — a uratujesz mi życie, uratujesz mój honor!
— Och, nie przydawaj pani zbyt wielkiego znaczenia usłudze, jaką mam szczęście ci oddać; nie trzeba mi ratować ani życia, ani honoru Waszej Królewskiej Mości, która jest jedynie ofiarą niecnych intryg.
— To prawda, to prawda, moje dziecko — rzekła królowa — masz słuszność.
— Proszę więc, zechciej dać mi ten list, pani, czasu mamy niewiele.
Królowa pośpieszyła do małego biureczka, na którym znajdował się atrament, papier i pióra; napisała dwie linijki, zapieczętowała list swoim sygnetem i wręczyła go pani Bonacieux.
— Ale zapomniałyśmy o pewnej ważnej rzeczy.
— O czym?
— O pieniądzach.
Pani Bonacieux zarumieniła się.
— Tak, to prawda — powiedziała — i wyznam Waszej Królewskiej Mości, że mój mąż...
— Twój mąż nie ma pieniędzy, to chciałaś powiedzieć.
— Przeciwnie, ma, ale jest bardzo skąpy, to jego wada. Jednakże niech się Jej Królewska Mość nie kłopocze, znajdziemy jakiś sposób.
— Ja też nie mam — rzekła królowa (tych, co przeczytają Pamiętniki pani de Motteville[*], nie zdziwi ta odpowiedź) — ale zaczekaj.
Anna Austriaczka pobiegła do szkatułki z klejnotami.
— Weź, to pierścionek wielkiej wartości, jak powiadają; otrzymałam go od brata, króla Hiszpanii, należy do mnie i mogę nim rozporządzać. Weź ten pierścionek, sprzedaj go i niech twój mąż wyjeżdża.
— Za godzinę rozkaz Najjaśniejszej Pani będzie wykonany.
— Oto adres — dodała królowa tak cicho, że zaledwie można było ją usłyszeć. — Do milorda księcia Buckingham w Londynie.
— List zostanie oddany do rąk własnych.
— Szlachetne dziecko! — zawołała Anna Austriaczka.
Pani Bonacieux ucałowała ręce królowej, ukryła list na piersi i znikła lekka niczym ptak.
W dziesięć minut potem była w domu. Jak wyznała królowej, nie widziała się jeszcze z mężem po jego wyjściu na wolność; nie wiedziała o zmianie, jaka zaszła w jego stosunku do kardynała, utwierdzonej jeszcze przez dwie czy trzy wizyty hrabiego de Rochefort, obecnie najlepszego przyjaciela pana Bonacieux.
Hrabia potrafił bez wielkiego trudu przekonać kramarza, że w porwaniu jego żony nie kryło się nic złego, a jedyną jego przyczyną była przezorność natury politycznej.
Pani Bonacieux zastała go samego; biedak z wielkim trudem doprowadzał do porządku dom, gdzie wszystkie bez mała meble znalazł połamane, a wszystkie niemal szafy puste, jako że wymiar sprawiedliwości nie należy do owych trzech rzeczy, o których król Salomon powiada, że nie zostawiają po sobie śladów. Co się tyczy służącej, to uciekła zaraz po aresztowaniu jej pana, a ogarnął ją strach tak wielki, że szła bez wytchnienia do swej ojczystej Burgundii.
Zacny kramarz znalazłszy się w domu od razu dał znać żonie o swym szczęśliwym powrocie; żona powinszowała mu z tego powodu i zawiadomiła, że skorzysta z pierwszej wolnej chwili, by się z nim zobaczyć.
Na tę chwilę trzeba było czekać pięć dni, co w innych okolicznościach wydałoby się imć panu Bonacieux terminem bardzo długim, ale wizyta u kardynała i odwiedziny Rocheforta dawały mu dość materiału do rozmyślań, wiadomo zaś, że nigdy czas nie mija tak szybko, jak na rozmyślaniu.
Tym bardziej że rozmyślania pana Bonacieux były nadzwyczaj przyjemne. Rochefort nazywał go swym przyjacielem, swym drogim Bonacieux i wciąż mu powtarzał, że kardynał wielce go ceni. Kramarz widział już przed sobą drogę do zaszczytów i fortuny.
Ze swej strony pani Bonacieux również rozmyślała, ale trzeba powiedzieć, że jej uwagi nie pochłaniała ambicja; mimo woli powracała wciąż myślą do owego pięknego młodzieńca, tak dzielnego, i — jak się zdawało — tak w niej zakochanego. Wydano ją za mąż za pana Bonacieux, gdy miała osiemnaście lat, przebywała stale wśród przyjaciół swego męża, a nie byli to ludzie mogący wzbudzić uczucia w młodej kobiecie, która miała serce wzniosłe mimo niskiego urodzenia; jakoż pani Bonacieux przyjmowała obojętnie pospolite hołdy. W owych czasach tytuł szlachcica wiele znaczył dla mieszczaństwa, a d’Artagnan był szlachcicem; ponadto nosił mundur gwardzisty, po mundurze muszkieterów najwyżej ceniony przez damy. D’Artagnan, powtarzamy to raz jeszcze, był piękny, młody, krewki, mówił o miłości jak człowiek, który kocha i pragnie być kochany; tego wszystkiego było aż nadto, by zawrócić w głowie kobiecie dwudziestotrzyletniej, a pani Bonacieux właśnie osiągnęła ten szczęśliwy wiek.
Małżonkowie, choć nie widzieli się przeszło tydzień i choć podczas tego tygodnia wydarzyło się wiele, spotkali się z pewnym zakłopotaniem; pan Bonacieux jednak okazał prawdziwą radość i podszedł do żony z otwartymi ramionami.
Pani Bonacieux podała mu czoło do ucałowania.
— Porozmawiajmy — powiedziała
— Jak to? — zapytał Bonacieux zdziwiony.
— A tak, mam ci coś bardzo ważnego do powiedzenia.
— W samej rzeczy, ja też mam do ciebie kilka poważnych spraw. Proszę, opowiedz mi co nieco o twym porwaniu.
— Nie o to bynajmniej chodzi w tej chwili — rzekła pani Bonacieux.
— A o co chodzi? O moje aresztowanie?
— Dowiedziałam się o nim tego samego dnia; ale jako że nie byłeś winien żadnej zbrodni ani żadnej intrygi, że nie wiedziałeś nic, co mogłoby skompromitować ciebie albo inną osobę, przydawałam temu zdarzeniu tyle tylko wagi, na ile zasługiwało.
— Wygodnie ci tak mówić, moja pani — rzekł Bonacieux dotknięty, że żona okazuje mu tak mało zainteresowania — czy wiesz, że cały dzień i noc spędziłem w lochu Bastylii?
— Dzień i noc szybko przeminęły; porzućmy więc tę sprawę i przejdźmy do tego, co mnie tu sprowadza.
— Jak to! Do tego, co cię sprowadza! Czy nie po to przyszłaś, by zobaczyć się z mężem, z którym byłaś rozłączona przez tydzień? — zapytał kramarz dotknięty do żywego.
— Po to przede wszystkim, ale jeszcze po coś innego.
— Mów więc.
— Jest to sprawa największej wagi, od niej zależą, być może, nasze przyszłe losy.
— Nasze losy bardzo się zmieniły od chwili, kiedy się z tobą widziałem, moja żono, i nie zdziwię się, jeśli za kilka miesięcy ludzie będą nam zazdrościć.
— Owszem, jeśli zechcesz pójść za wskazówkami, których ci udzielę.
— Mnie?
— Tak, tobie. Mój mężu, chodzi o uczynek dobry i szlachetny, a także o sporą sumę pieniędzy.
Pani Bonacieux wiedziała, że mówiąc o pieniądzach trafia w czule miejsce. Ale ten, kto rozmawiał przez dziesięć minut z kardynałem Richelieu, choćby był nawet kramarzem, nie jest już tym samym człowiekiem.
— O sporą sumę pieniędzy! — rzekł Bonacieux rozdziawiając usta.
— Tak.
— Ile to może dać mniej więcej?
— Jakieś tysiąc pistoli.
— To sprawa poważna?
— Tak.
— Co należy zrobić?
— Wyjedziesz natychmiast, dam ci pismo, którego nie pozwolisz sobie odebrać pod żadnym pozorem, a które doręczysz do rąk własnych.
— A dokąd mam jechać?
— Do Londynu.
— Ja do Londynu! Chyba żartujesz, nie mam żadnych spraw w Londynie.
— Ale innym potrzebny jest twój wyjazd.
— A któż są ci inni? Uprzedzam cię, że nie uczynię nic na ślepo; chcę wiedzieć nie tylko, na co się narażam, ale i dla kogo.
— Wysyła cię znamienita osoba, czeka na ciebie równie znamienita; nagroda przejdzie twe oczekiwania, oto wszystko, co mogę ci przyrzec.
— Znowu intrygi, wciąż te intrygi! Dziękuję, teraz mam się już na baczności, pan kardynał wszystko mi wyjaśnił.