Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-875-2
- Переводчик: Anna Reszka
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Imperator Legionu [An Emperor for the Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— I co sądzisz o dzisiejszej klęsce?
— To samo co myślałem wcześniej — odparł trybun. — Za takimi murami nawet garstka chromych starców zdołałaby powstrzymać armię, gdyby tylko pamiętali, że mają zrzucać wrogom kamienie na głowy.
— Ha! Dobrze powiedziane — stwierdził Utprand, obnażając zęby w grymasie, który miał być uśmiechem. — Za tym pytaniem kryje się jednak coś więcej. Gavras wysłał nas na pewną śmierć. Wiedział, że tych umocnień nie da się zdobyć. Dlaczego mamy służyć takiemu człowiekowi?
— Myślicie o przejściu na stronę Sphrantzesów? — zapytał Marek ostrożnie.
Wiedział, że jeśli przytakną, będzie musiał posłużyć się całym sprytem, by opuścić obóz wyspiarzy. Nie zamierzał dokonywać takiego wyboru. A jeśli spryt go zawiedzie…
Zmienił pozycję, przesuwając miecz tak, żeby go było łatwiej wyjąć.
— Pierdzę Ortaiasowi w twarz — wybuchnął Clozart z pogardą.
— Niech go pokręci — dodał Soteryk. — Gryzipiórek-laluś to jeszcze gorzej niż Gavras. On i te jego „sztuki złota”!
— Więc jaka jest inna możliwość? — spytał zaintrygowany Skaurus.
— Dom — odparł Turgot natychmiast i w jego oczach pojawiła się tęsknota. — Chłopcy już dość się nawojowali i ja też. Niech przeklęci imperialni sami się między sobą tłuką. Oddajcie mi chłodny Sotevag i długie fale na nieskończonym szarym oceanie, to jeśli znowu trafią do mnie werbownicy z Imperium, poszczuję ich psami jak wasz vaspurarański przyjaciel videssanskiego kapłana.
Trybun nie czuł tęsknoty, tylko zazdrość, która już powoli wygasała. W tym świecie on i jego ludzie nie mieli domu i było mało prawdopodobne, by się to zmieniło.
— W twoich ustach wydaje się to takie proste — stwierdził sucho. — Proponujesz pomaszerować przez wschodnie ziemie Imperium do swojego kraju?
Zamierzony sarkazm nie trafił w cel.
— Tak — odparł Clozart. — Tyle że drogą morską. Dlaczego nie? Jak nas powstrzymają imperiami?
— To powinno być łatwe — zgodził się Utprand. — Imperium zabrało żołnierzy ze wszystkich garnizonów na wojnę z Yezda, a teraz na domową. Gdy tylko wydostaniemy się z Videssos, nikt nam nie przeszkodzi. A Tho-risin będzie nas musiał puścić. Jeśli spróbuje nas zatrzymać, zaatakują go Sphrantzesowie.
Wywód był przekonujący, podobnie jak sam Utprand. Jeśli zimny Namdalajczyk twierdził, że coś jest do zrobienia, najprawdopodobniej miał rację. Markowi przyszło do głowy tylko jedno pytanie:
— Dlaczego mi o tym mówicie?
— Chcemy, żebyście poszli z nami; ty i twoi ludzie — odpowiedział Soteryk.
Trybun wytrzeszczył oczy, oniemiały z zaskoczenia.
— Książę Tomond, niech go Phos kocha, byłby dumny, mając takich wojowników. W Duchy jest dość miejsca i wolnej ziemi. Twoi ludzie dostaliby działki na własność. Zostaliby rolnikami, a ty księciem. Jak ci się to podoba? „Skaurus, Skaurus, wielki książę Skaurus!”, gdybyś zdecydował się iść na wojnę.
Próby Soteryka, by połechtać jego próżność, nie zrobiły na Marku wrażenia. Miał więcej wpływów jako generał w Imperium niż w Namdalen z wymyślnym tytułem szlacheckim. Lecz po raz pierwszy, odkąd Rzymianie znaleźli się w tym świecie, czuł pokusę, by porzucić służbę dla Videssos. Oferowano mu coś, co uważał za niemożliwe do zdobycia: dom — miejsce, które mógłby nazwać swoim.
Sama obietnica otrzymania ziemi wydałaby się cudem jego żołnierzom. W Rzymie toczono wojny domowe, żeby wypełnić zobowiązania wobec weteranów. „Dość wolnej ziemi…”.
— Tak, cudzoziemcze, nasz kraj jest piękny — powiedział Turgot, który wpadł w sentymentalny nastrój. — Sotevag leży na wybrzeżu, między dębowymi lasami i polami uprawnymi. Spędzam tam dużo czasu. Mam również gospodarstwo na wzgórzach porośniętych wrzosami i jałowcami. Pasą się tam stada owiec. Niebo ma inny kolor niż tutaj; kolor głębokiego błękitu. Wydaje się, że można przejrzeć je na wylot. Wiatr niesie muzykę, a nie smród końskiego łajna i kurzu.
Rzymianin siedział w milczeniu, pochłonięty wspomnieniami utraconego na zawsze Mediolanu, pokrytych śniegiem Alp widocznych z bezpiecznego, ciepłego domu, cierpkiego, włoskiego wina. Chciał znowu mówić po łacinie, zamiast z trudem dobierać wyuczone słowa obcego języka…
Czterej Namdalajczycy przyglądali mu się uważnie. Clozart zauważył jego walkę wewnętrzną, ale źle ją odczytał, gdyż nie ufał nikomu, kto nie pochodził z jego rodzinnej wyspy.
— Mówiłem wam, że nie powinniśmy tego robić — powiedział do towarzyszy w ojczystym języku, którego żołnierze Duchy używali między sobą. — Spójrzcie na niego. Zastanawia się, czy nas nie wydać.
Nie przypuszczał, że Skaurus rozumie jego mowę. Niewielu Videssańczyków ją znało. Lecz spędził z Helvis ponad rok i dało to mu pobieżną znajomość wyspiarskiego dialektu. Jego optymizm zgasł. On i jego żołnierze byli równie obcy Namdalajczykom, jak mieszkańcom Videssos.
Soteryk, który znał go lepiej niż inni, zorientował się, że Marek zrozumiał uwagę. Rzucił Clozartowi jadowite spojrzenie i przeprosił szwagra najuprzejmiej, jak potrafił.
— Wiemy, ile jesteś wart — odezwał się Utprand. — Inaczej by cię tu nie było.
Marek podziękował mu skinieniem głowy. Pochwałą od takiego żołnierza można było się szczycić.
— Przedstawię propozycję swoim żołnierzom — oznajmił.
Na surowej twarzy Clozarta odbiło się niedowierzanie, ale trybun mówił szczerze. Nie miało sensu ukrywanie oferty Namdalajczyków przed legionistami. Musiałby ich wszystkich zamknąć w obozie i zabijać każdego wyspiarza, który by się znalazł w zasięgu głosu. Znacznie lepiej jest kierować losem, niż dać się ponieść fali wydarzeń.
Kiedy trybun wyszedł z namiotu szwagra, nigdzie nie dostrzegł Fayarda. Namdalajczycy mieli dusze hazardzistów. Posłaniec z pewnością doszedł do wniosku, że gość zna drogę do swojej kwatery.
Skaurusowi wirowało w głowie, kiedy wracał do obozu. Pamiętał swoją pierwszą reakcję na propozycję Soteryka. Po rzymskim wychowaniu i niemal dwóch latach spędzonych w Imperium Videssos możliwość zostania księciem w Duchy nie wydawała mu się czymś wspaniałym; byłby dużym wilkiem w małym stadzie. Poza tym nie palił się, żeby opuścić Imperium. Głównym wrogiem byli Yezda, na których miała przyjść kolej po wygraniu wojny domowej.
Z drugiej strony, gdy pomyślał o legionistach, Namdalen rysował się naprawdę atrakcyjnie. Marek nie mógł uwierzyć, że jest tam wolna ziemia, którą rozdaje się żołnierzom za darmo. W Rzymie trzymał ją zazdrośnie Senat. W Imperium znajdowała się w rękach szlachciców i gnębionych podatkami drobnych posiadaczy. Ziemia… tak, to mogło znęcić jego ludzi.
Poza tym Helvis na pewno by go rzuciła, gdyby odmówił Soterykowi, a tego by nie chciał. Łączące ich uczucie nie chciało wygasnąć, choć oboje wystawiali je na próbę. Zresztą mieli syna… Czy nigdy nic nie jest proste?
Przy bramie czekał na niego Gajusz Filipus, który spacerował niespokojnie w tę i z powrotem. Jego ponura twarz rozjaśniła się, kiedy zobaczył Skaurusa.
— W samą porę — powiedział. — Jeszcze godzina i poszedłbym za tobą z paroma ludźmi.
— Nie było potrzeby — odparł Marek. — Porozmawialiśmy sobie. Sprowadź Glabrio i Gorgidasa. Spotkajmy się tutaj. Pójdziemy na spacer za palisadę. Weź Celta. Jego to również dotyczy.
— Viridoviksa? Chcesz rozmowy czy awantury? — zaśmiał się Gajusz Filipus, ale odszedł pośpiesznie, żeby spełnić prośbę trybuna.
Marek zauważył, że Rzymianie go obserwują. Wiedzieli, że coś się szykuje. Przeklęty Soteryk i jego amatorskie przedstawienia teatralne — pomyślał.