Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]

Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:

Drugi tom cyklu „Temeraire” — niezwykłego połączenia fantasy i powieści historycznych z czasów napoleońskich.
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 88
Перейти на страницу:

— Cholera — rzucił Laurence, zbyt zmęczony i zirytowany z przejedzenia, aby zwracać uwagę na słownictwo. — Nie powiedziałeś o tym nikomu, co, Tom? — Riley skinął głową nieufnie, a Laurence dodał: — Muszę cię prosić o zachowanie dyskrecji. Bo widzisz, prawda jest taka, że Longwingi nie pozwalają się zaprząc mężczyznom. Tak samo inne rasy, choć mniej ważne. Nie możemy się obyć bez Longwingów, więc trzeba szkolić dziewczęta.

Riley uśmiechnął się niepewnie.

— Czy ty…? Ależ to absurd; przecież na pokładzie tego okrętu był dowódca twojej formacji, właśnie z Longwingiem — zaprotestował, widząc, że Laurence nie żartuje.

— Masz na myśli Lily? — zapytał Temeraire, przysuwając łeb. — Jej kapitanem jest Catherine Harcourt, która nie jest mężczyzną.

— To prawda. Zapewniam cię — rzekł Laurence do Rileya, który spoglądał to na niego, to na Temeraire’a.

— Ale, Laurence, cóż to za pomysł — powiedział Riley, teraz już zbulwersowany, bo zaczął im wierzyć. — Przecież takie nadużycie nie mieści się w głowie. Skoro mamy wysyłać kobiety na wojnę, dlaczego nie wysyłamy ich też na morze? Podwoilibyśmy wtedy oddziały i kogo by obchodziło, że pokład każdego okrętu zamieniłby się w burdel, a na brzegu pozostałyby osierocone, płaczące dzieci?

— Daj spokój, to coś zupełnie innego — rzekł Laurence, zniecierpliwiony tą przesadą. Sam nie był zadowolony z takiej potrzeby, ale też nie miał ochoty wysłuchiwać podobnych romantycznych argumentów. — Nie twierdzę, że można czy powinno się to stosować powszechnie, ale uważam to za uzasadnione tam, gdzie dobrowolne poświęcenie nielicznych może zapewnić innym bezpieczeństwo i szczęście. Te kobiety, które znam, nie zostały wcielone do służby siłą ani zmuszone do tego zajęcia nawet z takich typowych powodów, jakie skłaniają do pracy mężczyzn, i zapewniam cię, że nikt w Korpusie nie śmiałby ich znieważyć.

To wyjaśnienie wcale nie przekonało Rileya i ten porzucił ogólny protest na rzecz szczegółów.

— I naprawdę zamierzasz trzymać w załodze tę dziewczynę? — powiedział, bardziej rozżalony niż zgorszony. — Pozwolisz jej paradować w męskim ubraniu? Czy to w ogóle jest dozwolone?

— To oficjalny wyjątek od prawa, przywilej kobiet pełniących służbę w Korpusie, zatwierdzony przez Koronę — wyjaśnił Laurence. — Przykro mi, Tom, że ta sprawa tak cię zaniepokoiła. Miałem nadzieję, że to się nie wyda, ale chyba na zbyt dużo liczyłem, w końcu to siedem miesięcy na pokładzie. Uwierz mi — dodał — byłem tak samo wstrząśnięty jak ty, kiedy się o tym dowiedziałem, lecz od tamtej pory zetknąłem się z kilkoma kobietami w służbie i to rzeczywiście nie są zwykłe kobiety. Wychowywano je do takiego życia, a w takich okolicznościach zwyczaj może wziąć górę nad urodzeniem.

Temeraire przysłuchiwał się ich rozmowie z przekrzywioną głową, coraz bardziej zdezorientowany, aż wreszcie powiedział:

— Nic nie rozumiem. A co to za różnica? Lily jest samicą, a przecież potrafi walczyć tak dobrze jak ja, czy raczej prawie tak dobrze — poprawił się z nutką wyższości w głosie.

Riley, wciąż niezadowolony, po tej uwadze wyglądał tak, jakby poproszono go o wyjaśnienie zjawiska przypływu albo faz księżyca. Laurence był już przyzwyczajony do radykalnych poglądów Temeraire’a, więc odpowiedział:

— Temeraire, kobiety są przeważnie mniejsze i słabsze niż mężczyźni, gorzej znoszą trudy służby.

— Jakoś nie zauważyłem, żeby kapitan Harcourt była mniejsza od was — rzekł Temeraire. Było to bardzo prawdopodobne, skoro mierzył z trzydzieści stóp i ważył ponad osiemnaście ton. — Poza tym ja jestem mniejszy niż Maksimus, a Messoria jest mniejsza ode mnie, lecz to wcale nie znaczy, że nie potrafimy walczyć.

— Wśród smoków jest inaczej niż wśród ludzi — powiedział Laurence. — Na przykład kobiety muszą rodzić dzieci, a potem opiekować się nimi w dzieciństwie, a wy wykluwacie się z jaj jako istoty gotowe do samodzielnego życia.

Temeraire zamrugał, usłyszawszy to wyjaśnienie.

— To wy nie wykluwacie się z jaj? — zapytał zaintrygowany. — W takim razie w jaki sposób…

— Proszę o wybaczenie, ale chyba szuka mnie Purbeck — powiedział błyskawicznie Riley i oddalił się szybko; zadziwiająco szybko, pomyślał urażony Laurence, jak na człowieka, który dopiero co wpakował w siebie jedzenie odpowiadające prawie jednej czwartej wagi jego ciała.

— Raczej nie podejmę się wyjaśnienia ci całego procesu, jako że sam nie mam dzieci — rzeki Laurence. — A poza tym zrobiło się późno. Powinieneś dobrze się wyspać, jeśli chcesz odbyć jutro długi lot.

— To prawda, rzeczywiście jestem senny — odpowiedział Temeraire, ziewnął i rozwinął długi rozwidlony język, by wyczuć powietrze. — Chyba nic się nie zmieni i będziemy mieli dobrą pogodę na latanie. — Ułożył się wygodnie. — Dobranoc, Laurence. Przyjdziesz wcześnie?

— Zaraz po śniadaniu będę do twojej dyspozycji — obiecał Laurence.

Głaskał smoka, aż ten zasnął; skóra Temeraire’a wciąż była ciepła, pewnie ogrzana żarem z kuchni, w której wreszcie wygaszono piec po długich przygotowaniach do uczty. Kiedy wreszcie Temeraire zamknął już oczy, Laurence wstał i wrócił na tylny pokład.

Inni poszli spać albo drzemali na pokładzie i tylko nieliczni mruczeli z niezadowoleniem, że muszą spędzić tę przyjemną noc jako obserwatorzy. Laurence przeszedł się w stronę rufy, by rozprostować nogi przed zejściem na dół. Pełniący wachtę midszypmen, młody Tripp, ziewał prawie tak samo szeroko jak Temeraire, lecz gdy zbliżył się Laurence, zamknął usta i zawstydzony stanął na baczność.

— Miły wieczór, panie Tripp — powiedział Laurence, ukrywając rozbawienie.

Chłopak dobrze sobie radził, z tego, co opowiadał Riley, i prawie już nie przypominał leniwego i rozpieszczonego stworzenia, które wcisnęła na pokład rodzina. Rękawy jego kurtki kończyły się kilka cali nad nadgarstkami, a sama kurtka spruła się na plecach już tyle razy, że wstawiono tam klin z niebieskiego płótna żaglowego, niezupełnie pasującego kolorem do reszty, tak że teraz dziwny pas biegł przez środek. Włosy mu się poskręcały i przybrały słomiany kolor od słońca; prawdopodobnie nawet jego własna matka z trudem by go poznała.

— Och, tak, sir — odpowiedział entuzjastycznie Tripp. — Wyśmienite jedzenie i jeszcze dali mi na koniec kilkanaście tych słodkich klusek. Szkoda że zawsze nie możemy tak jeść.

Laurence westchnął tylko w obliczu tego przykładu młodzieńczej odporności. Żołądek wciąż mu się dawał we znaki.

— Uważaj, żeby nie zasnąć podczas wachty — powiedział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby po takiej kolacji chłopak zechciał się zdrzemnąć, a Laurence nie miał ochoty oglądać, jak ponosi upokarzającą karę.

— Nie ma mowy, sir — rzekł Tripp, tłumiąc ziewnięcie, tak że skończył zdanie dość piskliwym głosem. — Sir — szepnął nerwowo, kiedy Laurence miał już odejść. — Czy wolno mi zapytać… Te chińskie duchy chyba nie pokazałyby się komuś, kto nie należał do ich rodziny, jak pan sądzi?

— Panie Tripp, jestem pewny, że nie zobaczy pan żadnych duchów podczas wachty — odparł sucho Laurence.

Milczeli obaj przez chwilę, a potem Tripp roześmiał się, wciąż nerwowo, a Laurence zmarszczył brwi.

— Czy ktoś opowiadał jakieś historie? — zapytał, wiedząc, że plotki na ten temat mogą zaniepokoić załogę.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 ... 88
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)