Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
Niebawem sprzątnięto tace i zastąpiono je drewnianymi miskami pełnymi klusek, z których jedne były cieniutkie, jakby zrobione z krepiny, inne zaś z grubego białego ciasta. Te przynajmniej łatwiej było chwycić pałeczkami, przeżuwać i połykać. Kucharze musieli wykazać się pomysłowością z braku podstawowych składników; w jednej z klusek Laurence znalazł kawałek glonu morskiego, a także zaproponowane przez siebie jagnięce nerki. Potem pojawiły się trzy małe dania, a następnie wniesiono surową rybę, bladoróżową i mięsistą, z zimnymi kluskami i marynowanymi warzywami, matowobrązowymi od długiego przechowywania. Kiedy Hammond wyjaśnił, że dziwnie chrupiąca substancja w mieszance jest suszoną meduzą, niektórzy z gości zaczęli ukradkiem wybierać jej kawałki i wyrzucać pod stół.
Liu Bao zachęcił Laurence’a gestami i własnym przykładem, aby podrzucił wszystkie składniki w powietrze i w ten sposób je wymieszał, a Hammond poinformował ich, że ma to zapewnić im szczęście: im wyżej ktoś rzuci, tym lepiej. Anglicy ochoczo podjęli próby, ale koordynacja ruchów nie dorównała ich zapałowi, więc wkrótce stół i mundury ozdobiły liczne kawałki ryby i marynowanych warzyw. Tak oto pozbyto się resztek dostojności: każdy z obecnych wypił już prawie dzban wina, toteż nawet obecność Yongxinga nie mogła ostudzić wesołości, wywołanej widokiem towarzyszy obsypujących się kawałkami ryby.
— Ta ryba wygląda o wiele lepiej od tych, które jedliśmy na kutrze Normandy — powiedział głośno Riley do Laurence’a. Nagabywany przez Hammonda i Liu Bao, wyjaśnił szerszemu już gronu: — Kapitan Yarrow wpakował Normandy na rafę i wszyscy wylądowaliśmy na bezludnej wyspie położonej siedemset mil od Rio. Wysłali nas kutrem po pomoc — Laurence był wtedy drugim oficerem, a kapitan i pierwszy wiedzieli o morzu mniej, niż wiedzą tresowane małpy, dlatego doszło do katastrofy. Sami za nic w świecie nie chcieli wsiąść do kutra, a i zapasów nam poskąpili — dodał, krzywiąc się na wspomnienie tamtych chwil.
— Dwunastu ludzi zaopatrzonych w suchary i torbę orzechów kokosowych. Gdy udało nam się złowić rybę, jedliśmy ją na surowo, gołymi rękami, zaraz po złapaniu — powiedział Laurence. — Ale nie narzekam. Śmiem twierdzić, że właśnie dzięki temu Foley wyznaczył mnie na swojego pierwszego oficera na Goliacie, a dla takiej szansy gotów byłem wtedy zjeść dużo więcej surowej ryby. Ta oczywiście jest o wiele smaczniejsza — dodał szybko, gdyż z tej rozmowy wynikało, że surową rybę można jeść tylko w ostateczności; w duchu podzielał tę opinię, lecz obecnie nie zamierzał przyznawać się do tego.
Po tej opowieści oficerowie marynarki przytoczyli kilka innych anegdot, co przyszło im dość łatwo, jako że obżarstwo rozwiązało im języki i zupełnie ich rozluźniło. Tłumacz przekładał wszystko bardzo zainteresowanej chińskiej widowni; nawet Yongxing przysłuchiwał się uważnie; sam nie raczył jeszcze nic powiedzieć, poza oficjalnym wznoszeniem toastów, lecz spoglądał na świat jakby łagodniej.
Za to Liu Bao wcale nie był powściągliwy.
— Widzę, że odwiedziłeś wiele miejsc i przeżyłeś liczne przygody — zwrócił się do Laurence’a. — Admirał Zheng pożeglował aż do Afryki, lecz zmarł podczas siódmej podróży i jego grób jest pusty. Ty kilkakrotnie opłynąłeś świat. Nie bałeś się nigdy, że zginiesz na morzu i że nikt nie odprawi ceremonii pogrzebowej przy twoim grobie?
— Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem — powiedział Laurence, trochę nieszczerze, bo tak naprawdę w ogóle się nad tym nie zastanawiał. — Ale w końcu Drake i Cook, jak również inni wielcy żeglarze, zostali pochowani na morzu. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby dzielić z nimi grób, albo z waszym admirałem.
— No cóż, zapewne masz w domu wielu synów — powiedział Liu Bao, kręcąc głową.
Laurence był zaskoczony, że Chińczyk ni z tego, ni z owego pozwolił sobie na osobistą uwagę.
— Nie, w ogóle nie mam synów — odpowiedział wprost, zbity z tropu. — Nie jestem żonaty — dodał i zobaczył, że po przetłumaczeniu tej odpowiedzi głębokie współczucie na twarzy Liu Bao ustępuje miejsca nieukrywanemu zdumieniu; Yongxing i nawet Sun Kai wytrzeszczyli na niego oczy. Osaczony Laurence spróbował wszystko wyjaśnić. — Nie ma się co spieszyć. Jestem trzecim synem, a mój najstarszy brat ma trzech chłopaków.
— Pan pozwoli, kapitanie — wtrącił się Hammond, spiesząc mu z pomocą, po czym zwrócił się do Chińczyków: — U nas, panowie, najstarszy syn dziedziczy cały rodzinny majątek, młodsi zaś muszą sobie radzić sami. Wiem, że u was jest inaczej.
— Przypuszczam, że twój ojciec jest żołnierzem, tak jak ty? — zapytał niespodziewanie Yongxing. — Czy posiada tak mały majątek, że nie może zabezpieczyć bytu wszystkich synów?
— Nie, moim ojcem jest lord Allendale — odpowiedział Laurence nieco poirytowany tą sugestią. Nasza posiadłość znajduje się w Nottinghamshire i nie dałoby się nazwać jej małą.
Yongxing wyglądał na zaskoczonego i jakby niezadowolonego z jego odpowiedzi, choć może zmarszczył tylko czoło na widok zupy, która pojawiła się na stole: był to bardzo klarowny rosół, bladozłocisty i dziwny w smaku, pachnący dymem i rzadki, serwowany wraz z octem winnym w dzbankach, który miał nadać mu pikantności, a także ogromnymi ilościami niedużych, suszonych i dziwnie chrupiących klusek w miseczkach.
Podczas gdy służący wnosili naczynia, tłumacz odpowiadał szeptem na jakieś pytanie Sun Kaia, aż wreszcie pochylił się i zapytał w jego imieniu:
— Kapitanie, czy pański ojciec jest krewnym króla?
Laurence był zaskoczony pytaniem, lecz jednocześnie ucieszył się, że ma okazję do odłożenia łyżki; trudno byłoby mu pochłonąć zupę, nawet gdyby wcześniej nie zaliczył sześciu dań.
— Nie, nie śmiałbym nazwać Jego Królewskiej Mości krewnym. Rodzina mojego ojca pochodzi od Plantagenetów i jesteśmy tylko odlegle skoligaceni z panującym rodem.
Sun Kai wysłuchał uważnie przetłumaczonej odpowiedzi, a potem zadał kolejne pytanie.
— Ale jest pan bliżej spokrewniony z królem czy z lordem Macartneyem?
Tłumacz zniekształcił nieco to nazwisko, więc Laurence na początku nie zorientował się, że chodzi o dawnego ambasadora. Dopiero Hammond wyjaśnił mu szeptem, kogo Sun Kai ma na myśli.
— Och, naturalnie — odparł Laurence. — Lord Macartney otrzymał tytuł para za zasługi dla Korony. Oczywiście nie znaczy to, że należy mu się mniejszy szacunek, ale mój ojciec jest jedenastym earlem Allendale, a ten tytuł utworzono w 1529 roku.
Rozbawiło go, że tak absurdalnie napawa się swoim pochodzeniem, na drugim końcu świata, w towarzystwie ludzi, dla których nie miało to żadnego znaczenia, a w domu nigdy się tym nie chełpił. Wręcz buntował się przeciwko kazaniom ojca na ten temat, których było mnóstwo, szczególnie po pierwszej nieudanej próbie ucieczki na morze. Lecz najwyraźniej kolejne wykłady wygłaszane przez ojca w gabinecie codziennie przez cztery tygodnie wywarły skutek, z którego nie zdawał sobie dotąd sprawy, skoro tak się napuszył, kiedy porównano go ze znanym dyplomatą z tak szacownym rodowodem.
Ale wbrew jego oczekiwaniom Sun Kai i jego rodacy niesłychanie zainteresowali się tą sprawą, ujawniając zapał do genealogii, który Laurence napotkał tylko podczas spotkań z paroma bardziej upartymi krewnymi, i niebawem domagali się od niego szczegółowego przedstawienia historii, chociaż on tylko ogólnie mógł ją przywołać z pamięci.