Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Więc Drax ma nowy tytuł, tak? No cóż, nieważne — pomyślał Marek — mógł siebie nazywać jak tylko zechciał.
— To bardzo szlachetnie z jego strony — powiedział trybun. Ukłonił się w stronę Baili. Nie chcąc być mniej szczodry od Draxa, dodał: — Oczywiście Dardel będzie mógł z tobą wrócić, kiedy stąd wyjedziesz.
Baili i Dardel znowu się ukłonili, ten drugi widocznie szczęśliwy. Skaurus spytał:
— Dlaczego wielki książę odrzuca moją propozycję? Nie Jesteśmy tu specjalnie bogaci, ale jeśli oprócz uwolnienia Jego ludzi chce jeszcze okupu za Zigabenosa, zrobimy co w naszej mocy.
— Źle pojmujesz intencje wielkiego księcia i protektora, panie — odparł Baili. Marka nagle zaniepokoił jego uśmiech; wyraźnie wiedział o czymś, o czym trybun nie miał pojęcia. Namdalaj-czyk kontynuował, wciąż się uśmiechając: — Problem polega na tym, że będąc lojalnym oficerem mojego pana Zigabenosa, nie może zmusić go do wymiany, której ten sobie nie życzy.
— Co?! — wybuchnął Marek, zbyt zaskoczony, by trzymać się uprzejmych formułek. — Co to za farsa?
Baili sięgnął pod swój płaszcz. Strażnicy warknęli coś ostrzegawczo, ale on wyciągnął tylko zapieczętowany zwój pergaminu.
— To wyjaśni wszystko lepiej ode mnie — powiedział, wręczając go Skaurusowi. Trybun przyjrzał się pieczęciom. Jedną z nich znał: słońce odciśnięte w złotym wosku, znak Imperium Videssos. Druga pieczęć była zielona, i przedstawiała dwie kości do gry w kielichu wina. To musiał być znak Draxa. Skaurus złamał pieczęcie i rozwinął pergamin.
Wysłannik wielkiego księcia przyglądał się jego egzotycznemu strojowi.
— Nie wiem, panie czy czytasz po videssańsku. Jeśli nie, byłbym zaszczycony…
— Czytam — przerwał szorstko Marek i zabrał się do tego. Od razu rozpoznał styl Draxa; wielki książę używał języka Imperium w równie wyszukany sposób, jak najlepsi videssańscy dostojnicy. Była to tylko część tego, co czyniło go tak śmiertelnie groźnym przeciwnikiem; zbyt łatwo przejmował i naśladował atuty Imperium, nie wyłączając, co w miarę czytania Skaurus widział coraz wyraźniej, umiejętności prowadzenia podstępnej polityki.
Dokument nie był długi ani nie potrzebował takim być. W czterech skomplikowanych i poskręcanych do niemożliwości zdaniach, proklamował on Mertikesa Zigabenosa prawowitym Au-tokratorem Videssańczyków, nazywał wielkiego księcia Draxa jego „poważanym naczelnym wodzem i Protektorem Królestwa”, nawoływał wszystkich obywateli i „żołnierzy, zarówno Videssa-ńczyków, jak i obcokrajowców” do popierania nowo deklarowanego reżimu i groził wyjęciem spod prawa i utratą mienia w przypadku odmowy. Sygnatur;. Draxa, wykaligrafowana wymyślnym odręcznym pismem z wielkim zakrętasem pod spodem, dopełniała proklamacji Zigabenos był najwyraźniej nieobecny.
Marek przeczytał wszystko raz jeszcze, przeklinając wielkiego księcia przy każdym słowie. Trzeba być geniuszem intrygi, żeby narobić tyle szkody jednym kawałkiem pergaminu. Podstawiając videssańską marionetkę, pozbywał się piętna najeźdźcy i ostatecznie kompromitował Zigabenosa w oczach Thorisina Gavrasa. Imperator nie mógł być pewny, czy Zigabenos nie współpracuje z Draxem z własnej woli Zigabenos, choć sam nie był nigdy intrygantem, z pewności;; sam to zrozumie — i rzeczywiście może pomóc wielkiemu księciu, ze strachu przed tym co się stanie, gdy rewolta Draxa upadnie. Trybun czuł, jak zaczyna go boleć głowa. Im więcej myślał, tym gorzej przedstawiały się sprawy.
Zwinął pergamin, by oddać go Baili. Dwie części rozerwanej pieczęci Draxa doskonale do siebie pasowały. Przynajmniej wybierając swój herb — pomyślał Skaurus — pozostał Namdalajczykiem; ludzie Księstwa uwielbiali hazard.
Baili uśmiechnął się chytrze, kiedy powiedział to głośno.
— Przyjrzyj się dobrze.
Trybun spojrzał jeszcze raz na pieczęć, zaklął głośno i rzuci! pismo na podłogę, bo jakie kości mogły pływać w kielichu wina, jak nie kości szulera?
VI
Powiedz mi — mówił do Viridoviksa Varatesh, pomagając swojemu więźniowi zsiąść z konia po kolejnym długim dniu jazdy — dlaczego pofarbowałeś włosy i wąsy na taki okropny kolor? I dlaczego zapuściłeś wąsy, a brodę już nie? Na mocne duchy, wyróżniasz się teraz między nomadami bardziej niż przedtem.
— Przestaniesz się wreszcie czepiać mojego wyglądu? Ty też nie jesteś za piękny.
Spróbował wygładzić swoje długie wąsy, beznadziejnie rozciągnięte przez długie dni nieprzerwanego deszczu. Z rękoma związanymi rzemieniem z surowej skóry, nie bardzo mu to wyszło.
— Nie baw się ze mną — ostrzegł Varatesh, jak zawsze łagodnie i cicho. — Zadam ci moje pytanie, po raz ostatni. — Wódz banitów nie groził mu nigdy, tak jak to robili jego ludzie. Jego okrucieństwo było bardziej wyrafinowane. Gal mógł sobie sam przedstawić, co go czeka.
— Niech cię cholera weźmie, człowieku. Moja twarz jest z przodu mojej głowy i to wszystko.
— Viridoviks spojrzał na Khamortha, jednocześnie zaniepokojony i zirytowany. — A swoją drogą to jak mam niby wyglądać? — zażądał.
— Tak jak cię opisał Avshar — odparł Varatesh, a Viridoviks czuł jak na dźwięk imienia czarodzieja przeszły go ciarki. Każdego dnia na wpół dziki stepowy konik, którego wbrew swej woli dosiadał, przybliżał go do przerażającego spotkania.
— To znaczy jak, kmiotku? Nie umiem czytać w myślach tego łajdaka ani bym też nie chciał. Kubad warknął coś, słysząc słowa Viridoviksa i położył dłoń na nożu, nie wyciągając go jednak z pochwy. Tak jak Celt, który w języku równin umiał tylko przeklinać, nomada znal głównie vides-sańskie obelgi. Ale Varatesh uciszył swojego jeźdźca machnięciem ręki. Kiedy zdecydowanie zmierzał do czegoś, takie drobnostki były niczym fałszywe tropy dla psa myśliwskiego, czymś co należało po prostu pominąć.
— Jak sobie życzysz — powiedział do Gala. — Twój wzrost odpowiada temu, co mówił Avshar, ale według niego powinieneś mieć ciemnożółte włosy, a nie takie ryże byle co, i miałeś być gładko ogolony, choć sam wiem, że to akurat nie ma większego znaczenia. Nie wyglądasz też jak żaden Vi-dessańczyk, którego kiedykolwiek w życiu widziałem, a on powie dział, że mógłbyś być Videssa-ńczykiem, gdyby nie jasne oczy i włosy.
— Jasne, i nigdy taki nie będę, Varatesh, kochanie — powiedział Viridoviks i roześmiał się Kha-morthowi w twarz.
— Co w tym takiego zabawnego? — Jego głos nabrał niebezpiecznych tonów. Jak większość mężczyzn zazwyczaj niepewnych siebie, nie mógł ścierpieć, gdy z niego szydzono.
— Tylko to, że twój biedny, głupiutki czarodziej kazał ci ściągnąć gwiazdę z nieba. Znam faceta, o którym mówisz, a nie jest to przyjaciel Avshara, oj nie, i niezły z niego kumpel, choć to Rzymianin. — Obco brzmiąca nazwa nie mówiła nic rozzłoszczonemu Varateshowi, który niecierpliwie czekał na wyjaśnienie. Dobrze się bawiąc, po raz pierwszy odkąd został porwany, Gal kontynuował:
— Jeśli to właśnie Skaurusa szukacie, chłopcy, to czeka was nieco dłuższa wycieczka niż ta, którą właśnie tak miło sobie spędzamy, bo on jeszcze ciągle jest w Imperium, bez dwóch zdań.
— Co? — krzyknął Varatesh. Nie wątpił w to, że jego więzień mówił prawdę; przyjemność, z jaką Viridoviks robił z niego głupca, była aż nadto widoczna. Jego ludzie zasypywali go wrzaskliwymi pytaniami. Nieudolnie przetłumaczył słowa Celta. To, że jego właśni ludzie tracili dla niego szacunek, było dla niego gorsze niż złośliwa radość Viridoviksa; kogo obchodzi to, co myśli o nim nieprzyjaciel?