Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Zgadza się, w istocie to właśnie zamierzam zrobić — powiedział.
— A jaką właściwie ja miałbym w tym odegrać rolę? No bo jak już mi pan to wszystko opowiedział, co niby miałbym zrobić z tą informacją? Umieścić ją w pamiętniku? Napisać o tym piosenkę? No co?
Morderstone przyglądał mi się przez chwilę, wziął głęboki oddech, po czym wypuścił delikatnie i ostrożnie powietrze przez nos, zupełnie jakby brał lekcje oddychania.
— Pan, panie Lang, przeprowadzi dla nas ten zamach terrorystyczny.
Milczenie. Długie milczenie. Horyzontalny zawrót głowy. Ściany rozległej sali zbliżają się z ogromną prędkością, potem znów oddalają, przez co czuję się mniejszy i wątlejszy niż kiedykolwiek wcześniej.
— Aha — powiedziałem.
Dalsze milczenie. Wzmaga się zapach paluszków rybnych.
— Czy przypadkiem mam w tej sprawie coś do powiedzenia? — wychrypiałem. Z jakiegoś powodu moje gardło mnie zawiodło. — To znaczy, gdybym na przykład powiedział, chuj z panem i wszystkimi pańskimi krewnymi, czego z grubsza mógłbym oczekiwać przy dzisiejszych cenach?
— Teraz przyszła kolej na Morderstone'a, by spojrzeć na zegarek. Miałem wrażenie, że na jego twarzy pojawił się wyraz znudzenia. Przestał się też uśmiechać.
— Panie Lang, moim zdaniem nie powinien pan marnować czasu na rozważanie tej akurat możliwości.
Poczułem powiew zimniejszego powietrza na karku, a kiedy się odwróciłem, zobaczyłem Barnesa i Lucasa stojących przy drzwiach. Barnes wyglądał na odprężonego. Lucas nie. Morderstone skinął głową i obaj Amerykanie zbliżyli się do nas, podchodząc z obu stron sofy. Stanęli naprzeciwko mnie. Morderstone wyciągnął rękę przed Lucasem, dłonią do góry, nie podnosząc nawet wzroku.
Lucas odsunął połę marynarki i wyciągnął pistolet. Półautomatyczny steyr, jak sądzę, 9 mm. Nie żeby miało to jakieś znaczenie. Umieścił ostrożnie broń w ręce Morderstone'a, po czym spojrzał na mnie oczami wybałuszonymi w usilnym pragnieniu przekazania mi jakiejś wiadomości, której nie potrafiłem rozszyfrować.
— Panie Lang — powiedział Morderstone — powinien się pan jednak zastanowić nad bezpieczeństwem dwóch osób. Swoim oczywiście oraz panny Woolf. Nie mam pojęcia, ile jest dla pana warte własne bezpieczeństwo, — ale sądzę, że byłoby najnormalniej w świecie chwalebne, gdyby wziął pan pod uwagę bezpieczeństwo panny Woolf. A chciałbym, żeby wziął je pan sobie głęboko do serca. — Niespodziewanie rozpromienił się, jakby najgorsze było już za nami. — Ale oczywiście nie oczekuję, że zrobi pan to bez wyraźnego powodu.
Mówiąc te słowa, odbezpieczył broń i uniósł podbródek. Pistolet spoczywał luźno w jego ręce. Pot tryskał z moich dłoni, a gardło odmawiało posłuszeństwa. Czekałem, bo tylko to mi pozostało.
Morderstone lustrował mnie przez chwilę wzrokiem. Po czym wyciągnął rękę, przycisnął wylot lufy do szyi Lucasa i strzelił dwa razy.
Stało się to tak szybko, tak nieoczekiwanie, było tak absurdalne, że przez ułamek sekundy miałem ochotę się roześmiać. Stało sobie trzech mężczyzn, bang bang, i zostało tylko dwóch. To naprawdę zabawne.
Zdałem sobie sprawę, że się zmoczyłem. Trochę. Ale wystarczająco.
Zamrugałem, tymczasem Morderstone podał pistolet Barnesowi, który dawał sygnały w kierunku znajdujących się za mną drzwi.
— Dlaczego to zrobił? Dlaczego ktokolwiek miałby uczynić coś tak strasznego?
To ja powinienem zadać to pytanie, ale tak się nie stało. Głos należał do Morderstone'a. Cichy i spokojny; pełna kontrola.
— To straszne, panie Lang — powiedział. — Straszne. Straszne, ponieważ stało się bez powodu. A zawsze powinniśmy starać się znaleźć powód, dla którego ktoś umiera. Zgodzi się pan ze mną?
Podniosłem wzrok, ale nie mogłem się skupić na twarzy Morderstone'a. Pojawiała się i znikała, podobnie jak głos, który rozbrzmiewał w moich uszach i jednocześnie dochodził z odległości kilku mil.
— No cóż, uznajmy, że choć nie istniał powód, aby musiał umrzeć, ja miałem powód, aby zabić. To już coś, jak sądzę. Zabiłem go, panie Lang, aby udowodnić jedną rzecz. I tylko tę jedną — przerwał. — Aby udowodnić panu, że jestem do tego zdolny.
Przeniósł wzrok na leżące na podłodze ciało Lucasa, a ja uczyniłem to samo.
Paskudny widok. Wylot lufy znajdował się tak blisko ciała, że rozszerzające się gwałtownie gazy, wleciały w otwór po kuli, straszliwie wydymając i osmalając ranę. Szybko odwróciłem wzrok.
— Czy rozumie pan, co powiedziałem? — Stał pochylony do przodu, przekrzywiając głowę. — Ten człowiek — powiedział — był akredytowanym amerykańskim dyplomatą, pracownikiem Departamentu Stanu USA. Jestem pewien, że miał wielu przyjaciół, żonę, pewnie również dzieci. Taki człowiek z pewnością nie może ot tak zniknąć, prawda? Wyparować?
Kilku mężczyzn pochyliło się nad ciałem Lucasa. Zaszeleściły marynarki, kiedy je podnosili. Zmusiłem się, aby skupić uwagę na słowach Morderstone'a.
— Chcę, aby pan zrozumiał, jak wygląda prawda, panie Lang. A prawda wygląda tak, że jeżeli zażyczę sobie, aby zniknął, to tak się stanie. Strzelam do człowieka w moim własnym domu i pozwalam, aby się wykrwawił na moim dywanie, ponieważ takie jest moje życzenie. Nikt mnie nie powstrzyma. Ani policja, ani służby specjalne, ani przyjaciele pana Lucasa. Ani z pewnością pan. Słyszy mnie pan?
Ponownie podniosłem wzrok i tym razem zobaczyłem jego twarz wyraźniej. Czarne oczy. Połysk. Poprawił krawat.
— Panie Lang — powiedział — czy dostarczyłem panu powodu, aby wziął pan pod uwagę bezpieczeństwo panny Woolf?
Skinąłem głową.
Odwieźli mnie do Londynu, przyciśniętego do dywanika w diplomacie, i wyrzucili z samochodu gdzieś na południowym brzegu rzeki.
Przeszedłem przez Waterloo Bridge, przez Strand, zatrzymując się co chwilę bez powodu, od czasu do czasu wciskając monety do rąk osiemnastoletnim żebrakom, pragnąc, aby ten wycinek rzeczywistości okazał się snem bardziej, niż kiedykolwiek chciałem, aby jakikolwiek sen stał się rzeczywistością.
Mike Lucas powiedział, żebym na siebie uważał. Podjął ryzyko, mówiąc mi, żebym na siebie uważał. Nie znałem człowieka i nie prosiłem go, by podjął dla mnie to ryzyko, ale i tak to uczynił, ponieważ był przyzwoitym profesjonalistą, któremu nie podobało się to, do czego zmusza go praca, i nie chciał, bym i ja został do tego zmuszony.
Bang bang.
Nie było odwrotu. Nie dało się zatrzymać świata.
Współczułem sobie. Współczułem Mike'owi Lucasowi, współczułem również żebrakom, ale przede wszystkim współczułem sobie i to się musiało skończyć. Ruszyłem w stronę domu.
Nie miałem już powodu, by obawiać się przebywania we własnym mieszkaniu, ponieważ ludzie, których oddech przez ostatni tydzień czułem na plecach, oddychali mi teraz prosto w twarz. Szansa wyspania się we własnym łóżku była właściwie jedynym pozytywnym skutkiem całej sytuacji. Ruszyłem więc szybkim krokiem w stronę Bayswater. Idąc, starałem się dostrzec zabawną stronę położenia, w jakim się znalazłem.
Nie było to łatwe i wciąż nie mam pewności, czy doszedłem do zadowalających rezultatów, ale to właśnie lubię robić, kiedy sprawy nie układają się najlepiej. Bo co to znaczy, jeżeli mówimy, że sprawy nie układają się — najlepiej? W porównaniu z czym? Można powiedzieć: w porównaniu z tym, jak układały się kilka godzin wcześniej albo kilka lat wcześniej. Ale przecież nie w tym rzecz. Jeżeli dwa samochody z zepsutymi hamulcami mkną w kierunku ściany z cegieł i jeden z nich uderza w nią kilka sekund przed drugim, nie można spędzić tych kilku sekund na opowiadaniu, że drugi samochód znalazł się w znacznie lepszej sytuacji niż pierwszy.