Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Gdy tylko zniknęły różowe banknoty, matka otworzyła szeroko oczy.
– Mama otworzyła oczy, mama otworzyła oczy! – wołaliśmy z radością, przez łzy.
Matka wyciągnęła rękę i pogładziła po kolei wszystkie nasze twarze.
– Mamo, mamo, mamo!
– Baba, baba… – gaworzył mały Sima.
– A ona? Gdzie… – spytała matka, wyciągając szyję.
Czwarta Siostra pokazała matce zawiniątko z kuniego futra, z „nią" w środku. Matka pogłaskała niemowlę, po czym zamknęła oczy, z ich kącików popłynęły dwie wielkie łzy.
Właściciel gospody, który przysłuchiwał się temu wszystkiemu, wszedł do pokoju.
– Panienko – zaczął ze smutną miną – nie jestem okrutny, ale ja też muszę wyżywić rodzinę. Kilkanaście nocy, do tego jedzenie, świece…
– Jesteś naszym wielkim dobroczyńcą, wuju – rzekła Czwarta Siostra.
– Na pewno zwrócimy ci wszystko, co się należy. Prosimy cię tylko, nie wyrzucaj nas teraz – nasza matka jeszcze nie wydobrzała…
Rankiem osiemnastego lutego roku tysiąc dziewięćset czterdziestego Shangguan Xiangdi wręczyła matce, która właśnie wyzdrowiała po ciężkiej chorobie, zwitek banknotów.
– Zapłaciłam właścicielowi zajazdu, tyle mi zostało.
– Skąd masz te pieniądze, Xiangdi? – spytała matka z niepokojem.
Czwarta Siostra zaśmiała się ponuro.
– A teraz zabierz młodszych braci i siostry do domu, mamo. To nie jest nasz dom…
Matka zbladła i złapała Czwartą Siostrę za rękę.
– Xiangdi! Powiedz matce!…
– Sprzedałam siebie, mamo – wyjaśniła Czwarta Siostra. – Za całkiem przyzwoitą cenę, nasz gospodarz pomógł mi się targować.
Właścicielka burdelu obejrzała Czwartą Siostrę, tak jak się ogląda zwierzę na targu.
– Za chuda – orzekła.
– Ależ szefowo! Worek ryżu i zaraz się poprawi – rzekł właściciel gospody.
Kobieta wystawiła dwa palce.
– Dwieście. Robię dobry uczynek, jestem uczciwą kobietą…
– Szefowo, ta dziewczyna ma chorą matkę i mnóstwo sióstr, niechże pani jeszcze trochę dołoży!
– W dzisiejszych czasach nie każdego stać na dobroć!
Właściciel gospody prosił wytrwale, Czwarta Siostra padła na kolana.
– Niech będzie – zgodziła się w końcu burdelmama. – Mam takie miękkie serce… Dodam jeszcze dwadzieścia. To ostateczna cena!
Matka zachwiała się i osunęła się powoli na podłogę. W tym momencie usłyszeliśmy ochrypły kobiecy głos dochodzący z ulicy.
– Dziewczyno! – wołała głośno kobieta. – Chodź wreszcie, nie mam czasu na ciebie czekać!
Czwarta Siostra padła na kolana i złożyła matce czołobitny pokłon. Wstała, pogłaskała po głowie Piątą Siostrę, Szóstą poklepała po policzku, wytarmosiła pieszczotliwie uszy Ósmej i pocałowała mnie pośpiesznie w policzek, po czym podniosła pod ramiona i potrząsnęła. Jej wzruszona twarz miała barwę kwiatów śliwy wśród śnieżycy.
– Jintongu, mały Jintongu! – powiedziała. – Rośnij duży, rośnij szybko, cała rodzina Shangguan na ciebie liczy!
Wypowiedziawszy te słowa, potoczyła spojrzeniem wokoło. Podobne do gdakania zduszone łkanie wyrwało się z jej gardła. Zakryła usta, jakby chciała szybko wybiec i zwymiotować, po czym opuściła nas.
16
Sądziliśmy, że po powrocie do domu zastaniemy Shangguan Lingdi i Shangguan Lü martwe, lecz to, co zobaczyliśmy, różniło się całkowicie od naszych wyobrażeń. Na podwórzu panował gwar. Dwóch mężczyzn o świeżo ogolonych głowach siedziało pod murem naszego domu; schyleni, pilnie cerowali ubrania. Posługiwali się igłą i nicią w prawdziwie mistrzowski sposób. Nieopodal siedziała druga dwójka, o podobnie wygolonych czaszkach, także pochłonięta pracą – czyścili czarne, lśniące strzelby. Pod sterkulią zobaczyliśmy kolejnych dwóch mężczyzn: jeden stał z lśniącym bagnetem w dłoni, drugi siedział obok na ławce z opuszczoną głową i kawałkiem białej tkaniny na karku; bąbelki mydlin pykały na jego mokrej czaszce. Pierwszy, stojąc na ugiętych nogach, wytarł bagnet o spodnie, po czym, przytrzymując jedną ręką namydloną głowę drugiego, w drugiej ręce ważył przez chwilę ostrze, jakby szukał dobrego miejsca, by je wbić. W końcu przyłożył je do namydlonej owłosionej skóry, schylił się, wypinając zadek i zeskrobał z czaszki kolegi sporą ilość mokrych włosów, odsłaniając placek bladej skóry. W miejscu gdzie kiedyś hodowaliśmy orzeszki ziemne, stał w szerokim rozkroku inny mężczyzna, pochylając się nad potężnym korzeniem starego wiązu i trzymając oburącz wielką siekierę o długim trzonku. Za nim piętrzyła się sterta porąbanego drewna. Podniósł wysoko siekierę, pozwalając, by ostrze zalśniło na chwilę w promieniach słońca i uderzył. Stęknął, a ostrze wbiło się głęboko w drewno. Mężczyzna przydepnął korzeń i poruszał ostrzem tam i z powrotem, usiłując je wyciągnąć. Gdy mu się wreszcie udało, cofnął się o dwa kroki, przyjął właściwą postawę, kilkakrotnie splunął w dłonie i znów podniósł siekierę. Korzenie wiązu rozpadały się z trzaskiem pod jego ciosami. Nagle drewniany odłamek wystrzelił w powietrze, jakby wyrzucony przez jakiś wybuch i uderzył Shangguan Pandi w klatkę piersiową. Piąta Siostra wrzasnęła, cerujący ubrania i czyszczący broń mężczyźni unieśli głowy, a zajęty goleniem i ten, który rąbał drewno, odwrócili się szybko w jej kierunku. Mężczyzna, któremu golono głowę, też chciał spojrzeć w naszą stronę, lecz jego towarzysz przytrzymał go ręką za kark, mówiąc:
– Nie ruszajże się.
– Jacyś żebracy przyszli – rzekł drwal. – Stary Zhangu! Mamy tu żebraków!
Zgarbiony mężczyzna w białym fartuchu i szarej czapce, o mocno pomarszczonej twarzy, wybiegł przed nasz dom. Miał wysoko podwinięte rękawy, a ręce do łokci uwalane mąką.
– Starsza Siostro – rzekł życzliwym tonem – idźcie gdzie indziej, my, żołnierze, mamy wydzielone racje, nic nam nie zostaje dla takich jak wy.
– To jest mój dom! – oznajmiła matka oschle.
Wszyscy obecni na podwórzu zamarli. Mężczyzna z namydloną czaszką nagle skoczył na równe nogi, wytarł rękawem mokrą od mydlin twarz i wybełkotał coś w naszą stronę. Był to najstarszy głuchoniemy wnuk rodziny Sun.
Niemowa podbiegł do nas z głośnym bełkotem, wymachując rękami, zapewne usiłując nam przekazać całe mnóstwo rzeczy, których nie potrafiliśmy pojąć. Patrzyliśmy w osłupieniu na jego grubo ciosaną twarz, a w naszych głowach rodziło się mnóstwo niejasnych myśli. Głuchoniemy przewracał oczami koloru ziemi, jego tłusty podbródek drgał. Odwrócił się, pobiegł do wschodniej izby, po chwili wrócił z wyszczerbioną miską oraz wizerunkiem ptaka i pokazał nam oba przedmioty. Człowiek, który wcześniej go golił, podszedł do nas z bagnetem w ręku, poklepał głuchoniemego po ramieniu i spytał:
– Znasz tych ludzi, Sunie Niemowo?
Sun odłożył miskę, podniósł kawałek drewna, ukląkł na ziemi i wyrysował kilka krzywych, nieproporcjonalnych znaków: „To mojej żony matka".
– Ach, więc wróciła pani tego domu! – rzekł serdecznie człowiek z bagnetem. – Przedstawiam piątą drużynę Plutonu Wysadzania Mostów. Jestem dowódcą, nazywam się Wang. Nasz pluton przybył tu na odpoczynek i reorganizację. Skorzystaliśmy z pani gościnnego domu, za co najmocniej przepraszamy. Pani zięć – nadaliśmy mu imię Sun Niemowa – jest doskonałym żołnierzem, prawdziwym bohaterem, któremu śmierć niestraszna – to wzór dla nas wszystkich. Natychmiast zwolnimy pani dom. Stary Lu, Mały Du, Zhao Duży Byku, Sunie Niemowo, Qi Siódmy – szybko zbierajcie swoje rzeczy z kangu, by pani domu miała gdzie wypocząć!
Żołnierze zostawili swoje zajęcia i weszli do domu. Wyszli objuczeni starannie poskładaną pościelą, w onucach i miękkich szmacianych butach, ze strzelbami na ramionach i pasami granatów wokół szyi i ustawili się w równym szeregu na podwórku.