Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Z wysiłkiem stanęła na nogi, napełniła miskę lodowatą wodą i chlusnęła na walczące kobiety. Obie wrzasnęły z przestrachem i odskoczyły od siebie z szybkością błyskawicy. Były kompletnie potargane, miały podrapane twarze i podarte bluzki, z których wyzierały poranione piersi. Każda z nich pluła krwią swojej przeciwniczki; ich wściekłość ani trochę nie słabła. Gruba kobieta wytężyła siły i oblała je jeszcze raz. Czysta woda rozpostarła przezroczyste skrzydła w powietrzu. Zanim opadła, kobieta znów pośliznęła się na podeście przy studni, a gliniana miska wymknęła jej się z rąk – lecąc, o mało nie rozbiła głowy jednemu z grubych mężczyzn. Najwyraźniej dobrze znali wszystkie kobiety przy studni. Wśród żartów i niewybrednych słówek, kuksańców i poklepywań weszli do jednego z domków.
Usłyszałem wokół siebie westchnienia i zdałem sobie sprawę z faktu, że inni ludzie także oglądali to widowisko.
Dziesięć po dwunastej powiatową drogą z południowego wschodu nadjechał powóz. Koń był jednym z tych siwych, trzymających wysoko głowę, dużych zwierząt; srebrna grzywa opadała mu na czoło. Miał łagodne oczy, różowy nos i purpurowe wargi. Jego szyję przewiązano aksamitną czerwoną taśmą, z której zwisał miedziany dzwonek. Powóz zjechał z drogi przy akompaniamencie dźwięcznego dzwonienia i rozkołysany zbliżał się w naszym kierunku.
Na końskim grzbiecie dostrzegliśmy wysokie siodło; dyszle zdobiły lśniące blaszane okucia. Wóz miał wielkie koła z białymi szprychami. Baldachim zrobiono z białego płótna, pokrytego niezliczonymi warstwami oleju tungowego dla ochrony przed deszczem i słońcem. Nigdy nie widzieliśmy równie luksusowego powozu. Byliśmy przekonani, że osoby nim podróżujące muszą być znacznie zamożniejsze niż kobieta, która przyjechała chevroletem, by spotkać się z Ptasią Nieśmiertelną. Byliśmy pewni, że mężczyzna siedzący na koźle, w cylindrze na głowie i z cienkimi podkręconymi wąsami, nie jest zwykłym woźnicą. Miał poważną minę, z jego oczu strzelały błyski – a były to oczy jeszcze bardziej mroczne niż oczy Sha Yuelianga, surowsze niż oczy Simy Ku. Chyba tylko Han Ptaszek, gdyby ubrał się tak samo, mógłby się równać z tym człowiekiem.
Powóz zatrzymał się powoli; piękny, pełen gracji siwy koń skrobał ziemię przednim kopytem, jakby akompaniując melodii wygrywanej przez wiszący mu u szyi miedziany dzwoneczek. Woźnica rozsunął zasłony – domyśliliśmy się, że osoba siedząca wewnątrz zamierza wyjść.
Wyszła. Miała na sobie rude futro z kuny i rudy lisi kołnierz wokół szyi. Tak bardzo chciałem, żeby to była moja Najstarsza Siostra, Laidi, lecz moje marzenie się nie spełniło. Była to cudzoziemka o długim nosie, niebieskich oczach i głowie pełnej złotych włosów, a jej wiek znali chyba tylko rodzice. Za nią z powozu wysiadł ubrany w granatowy mundurek szkolny i okryty granatowym wełnianym płaszczem przystojny młodzieniec o czarnych włosach; domyślaliśmy się w nim syna cudzoziemki, choć zupełnie nie był do niej podobny.
Ludzie ruszyli w ich kierunku, jakby chcieli obrabować cudzoziemską damę, lecz po chwili zatrzymali się nieśmiało. „Proszę pani, szanowna pani, proszę kupić moją wnuczkę. Droga pani, proszę uprzejmie rzucić okiem na mojego synka, jest wytrzymalszy od psa, nadaje się do każdej pracy…" Mężczyźni i kobiety – wszyscy namawiali cudzoziemkę, by kupiła od nich dzieci. Tylko nasza matka stała jak wryta, ze spojrzeniem utkwionym w kunie futro z lisim kołnierzem; nie mieliśmy wątpliwości, że wspomina Shangguan Laidi. Trzymała w objęciach córkę Laidi, w jej sercu szalał jakiś wir, z oczu płynęły łzy.
Dostojna cudzoziemska dama, zakrywając usta chusteczką, okrążyła ludzki targ; jej mocne perfumy drażniły nasze nosy – mój i małego bękarta Simy – tak, że zaczęliśmy kichać. Kobieta ukucnęła przy jakimś ślepym staruszku, chcąc przyjrzeć się jego wnuczce. Mała dziewczynka, która przestraszyła się rudego lisa na szyi arystokratki, uczepiła się nogi dziadka i schowała za jego plecami. Przerażonymi oczyma wpatrywała się we mnie. Ślepiec pociągnął nosem, wyczuwając nadejście kobiety. Wyciągnął rękę, mówiąc:
– Proszę pani, proszę pani, proszę uratować to dziecko. Jeśli zostanie ze mną, umrze z głodu. Proszę pani, nie chcę za nią ani grosza…
Cudzoziemka wstała i wymamrotała kilka zdań do młodzieńca w szkolnym uniformie, a chłopak głośno zwrócił się do ślepego starca:
– Kim ona jest dla ciebie?
– Jestem jej dziadkiem, niepotrzebnym nikomu dziadkiem, powinienem umrzeć…
– A jej rodzice?
– Umarli z głodu. Wszyscy umarli z głodu. Ci, co mieli umrzeć, przeżyli, a ci, co powinni żyć, poumierali. Proszę pana, bądźcie tacy dobrzy, zabierzcie ją, nie chcę za nią ani grosza, podarujcie jej tylko szansę na życie…
Młodzieniec odwrócił się i wymamrotał kilka zdań do cudzoziemki, która kiwnęła głową, po czym schylił się z zamiarem wyciągnięcia dziewczynki zza dziadka, lecz ledwie dotknął ramienia małej, ta ugryzła go w przegub. Chłopak krzyknął zdumiony i odskoczył. Cudzoziemka przesadnym gestem wzruszyła ramionami, skrzywiła się i zmarszczyła brwi, a następnie chusteczką, którą wcześniej zasłaniała usta, obwiązała zraniony nadgarstek młodzieńca.
Trudno stwierdzić, czy uczucie, jakiego doznawaliśmy, było radością, czy też popłochem. Ogarnięci tym uczuciem czekaliśmy chyba z tysiąc lat, zanim obwieszona lśniącą biżuterią, pachnąca wonnościami kobieta w końcu stanęła przed nami wraz ze swoim młodym towarzyszem ze zranioną ręką. Po naszej prawej stronie ślepy staruszek machał bambusową laską, usiłując uderzyć sprawczynię ugryzienia, lecz małej dziewczynce wciąż udawało się uciec – bawiła się z nim w kotka i myszkę, a laska dziadka trafiała to w ziemię, to w ścianę. „Ty mała diablico!" – westchnął ślepiec.
Wdychałem chciwie zapach cudzoziemki – w spowijającej ją woni kwiatów sofory wyczułem nutę róży, w zapachu róży – lekkie muśnięcie chryzantemy. Najbardziej jednak odurzył mnie zapach jej piersi – obecne w nim śladowe nuty woni owczych i rybich budziły wstręt, lecz mimo to wciągałem go głęboko, rozszerzonymi nozdrzami. Pozbawiona osłony w postaci chusteczki, jej twarz była teraz widoczna w całości: cudzoziemka miała szerokie usta Shangguan Laidi i identyczne jak u niej, pełne wargi, umalowane tłustą czerwoną szminką. Jej nos swoją długością i wydatnością przypominał nosy kobiet z rodu Shangguan, lecz u dziewcząt z naszej rodziny koniuszki nosów przypominały ząbki czosnku, co nadawało im głupawy, ale i słodki wygląd, natomiast nos cudzoziemki był zakończony haczykowato, przez co jej twarz nabierała drapieżnego wyrazu. Miała niskie czoło, które pokrywało się głębokimi zmarszczkami, ilekroć się w coś wpatrywała. Wiedziałem, że wszyscy obserwują cudzoziemkę, lecz muszę przyznać z dumą, że nikt nie czynił tego równie uważnie jak ja, nikt też nie miał pojęcia, ile korzyści czerpałem z przyglądania się jej. Moje spojrzenie przebijało przez grubą warstwę futra, które miała na sobie i ogarniało jej wielkie piersi, prawie tak samo duże jak piersi mojej matki. Ich piękno sprawiło, że prawie zapomniałem o głodzie i chłodzie.