Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 185
Перейти на страницу:

– Mamo, bądź pierwsza! – rzekła Pandi, zbliżając się do matki ze szczękającymi nożycami w dłoni.

– Tak, niech głowa rodziny Shangguan ostrzyże się na pazia, a my weźmiemy z niej przykład! – zachęcały kobiety chórem.

– Daj przykład, mamo, wszystkie córki będą z ciebie dumne! – mówiła Pandi.

Matka zaczerwieniła się, po czym pochyliła głowę i przemówiła:

– Tnij, moje dziecko. Dla dobra plutonu pozwoliłabym obciąć sobie nie tylko włosy, ale i palce obu rąk, nie wahałabym się ani chwili.

Panna Tang zaczęła klaskać pierwsza, a za nią pozostałe kobiety. Piąta Siostra rozpuściła matczyny kok; kaskada czarnych włosów podobnych do pędów wistarii runęła na kark i plecy matki. Na jej twarzy zagościł identyczny wyraz jak u świętej kobiety imieniem Maria, której prawie półnagi wizerunek wisiał na ścianie. Była poważna i zatroskana, lecz spokojna i pogodzona z losem, gotowa na poświęcenie. W kościele, w którym zostałem ochrzczony wraz z Ósmą Siostrą, wciąż unosiła się zastarzała woń oślego łajna. Przed oczyma stanął mi obraz kąpieli, jaką urządził nam pastor Malloy w drewnianej misie. Matka Boska nie zasłaniała swoich piersi; piersi mojej matki zawsze kryły się, przynajmniej częściowo, za jakąś zasłoną.

– Tnij, Pandi, na co czekasz? – spytała matka.

Wielkie nożyce Shangguan Pandi rozwarły szeroko szczęki i natychmiast je zacisnęły. Ciach-ciach-ciach – czarne włosy sypały się na ziemię. Matka podniosła głowę: fryzura na pazia była gotowa. Linia włosów sięgała tuż poniżej uszu, odsłaniając długą, smukłą szyję. Pozbawiona nagle ciężaru koka głowa matki nabrała lekkości i wigoru, nie była już spokojna ani ociężała, lecz stała się po małpiemu figlarna; poruszała się żywo, jak główka Ptasiej Nieśmiertelnej. Jej twarz była czerwona jak burak. Żołnierka Tang wyciągnęła z kieszeni małe lusterko i podsunęła je matce. Mama nieśmiało kręciła głową, a odbicie w lusterku naśladowało jej ruchy. Wstydliwie obejrzawszy swojego pazia i głowę, która wydawała się teraz kilkukrotnie mniejsza, pośpiesznie odwróciła wzrok.

– I jak? Ładnie? – spytała panna Tang.

– Paskudnie… – szepnęła matka.

– Pani Shangguan ma już swojego pazia. Na co czekacie? – spytała głośno panna Tang.

Proszę ciąć. Ciąć, ciąć. Idziemy z duchem czasu! Zawsze, gdy zmieniała się dynastia, zmieniały się i fryzury… Proszę mnie ostrzyc. I mnie też! Ciach, ciach! Okrzyki zaskoczenia, westchnienia rezygnacji. Schyliłem się i podniosłem czarny pukiel. Na ziemi leżało pełno włosów – czarnych, brązowych, cienkich, grubych. Te grube były czarne i sztywne, a te cienkie – brązowe i miękkie. Włosy mamy były najpiękniejsze ze wszystkich – można było wyciskać olej z ich końcówek.

To były radosne, szczęśliwe dni – działo się jeszcze więcej niż w czasie wystawy resztek wysadzonego mostu, urządzonej przez Simę Ku. Żołnierze plutonu dysponowali najróżniejszymi talentami – jedni umieli śpiewać, inni tańczyć, jeszcze inni grać na flecie, cytrze czy lutni. Gładkie mury w całej wiosce pokrywały wielkie, wypisane wodą wapienną slogany. Codziennie o wschodzie słońca czterech młodych żołnierzy wspinało się na wieżę obserwacyjną przed rezydencją rodziny Sima i ćwiczyło pobudkę na trąbce. Z początku brzmiało to jak krowie ryki, potem przypominało raczej szczekanie szczeniaka, w końcu trąbka zagrała różnymi tonami – to wysokimi, to niskimi, które zaczęły się układać w całkiem przyjemną melodię. Żołnierze wypinali piersi, trzymali głowy wysoko, na sztywnych szyjach, i dmuchali w złote instrumenty, ozdobione czerwonymi frędzlami, wydymając policzki. Wyglądali dziarsko i pięknie. Najprzystojniejszy z nich nazywał się Ma Tong – miał niewielkie dołeczki w policzkach i okazałe uszy. Ruchliwy i pełen wigoru, o ustach słodkich jak miód, składał wizyty ponad dwudziestu „przybranym matkom" w wiosce, robiąc na nich ogromne wrażenie – sam jego widok wprawiał ich piersi w dygot, jakby nie mogły się doczekać, aż wetkną mu sutek do słodkich ust. Pewnego razu Ma Tong przyszedł do nas, żeby przekazać naszemu dowódcy jakieś polecenie. Kucnąwszy pod drzewem granatu, przyglądałem się mrówkom spacerującym po pniu, a on przycupnął obok i patrzył razem ze mną. Był jeszcze bardziej skupiony na obserwacji niż ja, w dodatku jego umiejętności zabijania tych stworzeń znacznie przewyższały moje – pokazał mi nawet, jak sikać do mrówczych korytarzy. Nad naszymi głowami pyszniły się płomieniste kwiaty granatu. Nadszedł czwarty miesiąc, pogoda była wiosenna i słoneczna – błękitne niebo, białe obłoki, stada jaskółek szybujących w leniwych podmuchach południowego wiatru.

Matka przewidywała, że tak przystojny i bystry młody chłopak jak Ma Tong najprawdopodobniej nie będzie cieszył się zbyt długim życiem. Bóg podarował mu już zbyt wiele – chłopak wyczerpał wszystkie należne człowiekowi przyjemności życia, toteż nie jest mu pisana długa starość w otoczeniu synów i wnuków. Rzeczywistość nie odbiegała od przepowiedni mojej matki: pewnej gwiaździstej nocy wśród uliczek rozległy się krzyki młodzieńca:

– Panie komendancie Lu, panie oficerze Jiang, błagam, darujcie mi… Jestem jedynym dziedzicem trzech pokoleń mojej rodziny, jedynym wnukiem moich dziadków, jedynym synem moich rodziców… Jeśli pozbawicie mnie życia, będzie to koniec rodu Ma… Przybrana matko Sun, przybrana matko Cui, moje wszystkie dobrodziejki, ratujcie… Przybrana matko Cui, jesteś w dobrych stosunkach z komendantem, wstaw się za mną…

Żałośnie lamentując, Ma Tong opuścił naszą wioskę. Rozległ się huk wystrzału, po którym zapadła martwa cisza. Młody trębacz o urodzie Nieśmiertelnego pożegnał się ze światem. Nawet cały tłum przybranych matek nie był w stanie go ocalić. Jego przewinieniem była kradzież i handel amunicją.

Następnego dnia na ulicy stanęła jaskrawoczerwona trumna; żołnierze wkrótce załadowali ją na wóz. Była zbita z cyprysowych desek o grubości czterech cali, pokryta dziewięcioma warstwami szelaku i owinięta w dziewięć zasłon. Trumna ta po dziesięciu latach spędzonych w wodzie nie zaczęłaby nawet przeciekać. Nie przebiłby jej też pocisk kalibru trzydzieści osiem. W ziemi pozostałaby nienaruszona przez tysiąc lat. Była wyjątkowo ciężka. Kilkunastu żołnierzy na komendę dowódcy chwyciło za dno i z wielkim wysiłkiem wyprostowało zgięte grzbiety.

Gdy załadowano trumnę na wóz, wśród żołnierzy plutonu zapanowała nerwowa atmosfera. Kursowali truchtem tam i z powrotem, ich twarze wyrażały wielkie napięcie. Na ośle nadjechał siwobrody mężczyzna, zsiadł przed trumną i jął łomotać w nią rękami z głośnym płaczem. Łzy ciekły mu ciurkiem po brodzie. Był to dziadek Ma Tonga, bardzo wykształcony człowiek – za dynastii Qing pełnił państwowy urząd. Komendant Lu i oficer Jiang stanęli z tyłu, zakłopotani. Starzec przestał lamentować, odwrócił się i spojrzał na wojskowych.

– Starszy panie Ma – odezwał się Jiang – jako osoba o wielkiej wiedzy ma pan także głębokie poczucie sprawiedliwości. Ukaraliśmy Ma Tonga z ogromnym żalem.

– Z najgłębszym smutkiem ukaraliśmy Ma Tonga – zawtórował mu Lu.

Starzec splunął mu w twarz.

– Kto kradnie haki, ten złodziej, a kto rabuje całe narody, ten panisko! Bić Japończyków, mieliście bić Japończyków! A tu wino, kobiety, śpiew! Rozpusta!

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)