Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 185
Перейти на страницу:

– Starszy panie Ma, jesteśmy oddziałem partyzantki antyjapońskiej – odrzekł surowo oficer polityczny Jiang – i panuje u nas żelazna dyscyplina wojskowa. Może i istnieją jakieś rozpustne plutony, lecz nasz się do nich nie zalicza.

Staruszek z podniesioną głową obszedł dokoła oficera Jianga i komendanta Lu, zaśmiał się głośno i szyderczo, po czym oddalił się, a za nim podreptał ze spuszczonym łbem osiołek. Wóz z trumną cicho podążył za osłem. Pokrzykiwania woźnicy brzmiały jak zduszone ćwierkanie cykad.

Sprawa Ma Tonga niczym trzęsienie ziemi wstrząsnęła posadami Plutonu Wysadzania Mostów. Runęło nasze sztuczne poczucie bezpieczeństwa i dobrobytu. Strzał, który zabił Ma Tonga, powiedział nam, że w burzliwych czasach życie ludzkie jest warte tyle co życie mrówki.

Teoretycznie korzystne dla morale armii, bezwzględne, lecz sprawiedliwe ukaranie Ma Tonga mimo wszystko źle wpłynęło na nastroje w plutonie. W ciągu kolejnych paru dni miało miejsce kilkanaście przypadków pijaństwa i bójek, a żołnierze zakwaterowani w naszym domu zaczęli okazywać coraz większe niezadowolenie. Dowódca Wang powiedział otwarcie:

– Ma Tong był tylko kozłem ofiarnym! To jeszcze dzieciak. On miałby handlować amunicją? Jego dziadek jest byłym urzędnikiem, rodzina ma pod dostatkiem ziemi, liczne stada osłów i koni. Po co by mu było tych parę groszy? Według mnie, zginął przez ten tłum „przybranych mamuś". Nic dziwnego. Staruszek powiedział przecież: „Mieliście bić Japończyków, a tu wino, kobiety i śpiew".

Wang wygłosił swoje zastrzeżenia rankiem, a po południu w naszym domu zjawił się oficer Jiang w towarzystwie dwóch strażników.

– Wang Mugen – rzekł surowo – pójdziecie z nami do kwatery głównej.

Wang Mugen zmierzył wzrokiem swoich podkomendnych.

– Który ośli pomiot mnie sprzedał? – zapytał.

Żołnierze popatrzyli po sobie, ich twarze poszarzały. Tylko głuchoniemy Sun Niemowa zachichotał głupkowato, podszedł do oficera i na migi opowiedział Jiangowi całą historię o uprowadzeniu mu żony przez Sha Yuelianga.

– Sunie Niemowo, powierzam ci funkcję dowódcy tej drużyny – oznajmił oficer.

Sun Niemowa z przekrzywioną głową wpatrywał się w usta oficera. Jiang złapał go za rękę, wyciągnął z kieszeni długopis i napisał mu kilka ideogramów na dłoni. Sun zgiął rękę i przyglądał się jej długo, wielce zaaferowany. Wreszcie zamachał rękami i zatupał, w jego brązowych oczach zatańczyły różnobarwne błyski.

– Jak tak dalej pójdzie, nasz niemowa w końcu przemówi – zaśmiał się ironicznie Wang Mugen.

Oficer polityczny Jiang skinął ręką na strażników. Żołnierze energicznie wystąpili naprzód i stanęli po obu stronach Wanga.

– O tak, zabijcie osła i zjedzcie, gdy zmiele wam całe ziarno. Pewnie już zapomnieliście, jak wysadziłem pociąg pełen amunicji – powiedział Wang Mugen.

Oficer, nie zważając na protesty Wanga Mugena, poklepał głuchoniemego po ramieniu. Sun, zaskoczony tym niespodziewanym wyróżnieniem, wypiął pierś i zasalutował. Wołania Wanga odbijały się echem wśród uliczek:

– Kto doprowadza mnie do wściekłości, kładzie minę pod własnym kangiem!

Pierwszą rzeczą, którą uczynił głuchoniemy po objęciu nowej funkcji, było pójście do mojej matki, by zażądać żony. Matka właśnie pracowała przy kamieniu młyńskim, za którym kiedyś chował się ranny Sima Ku i mełła siarkę dla plutonu. Sto metrów dalej Shangguan Pandi instruowała kobiety, jak za pomocą małych młotków roztłukiwać odpady żelaza i miedzi. Sto metrów od Shangguan Pandi plutonowy inżynier wraz z uczniami dął w wielkie miechy, które wymagały czterech ludzi do obsługi, wdmuchując masy powietrza do pieca. Obok w piachu tkwiły formy do odlewania min lądowych. Matka z ustami zakrytymi chusteczką prowadziła osła, który obracał kamieniem młyńskim. Drażniąca woń siarki wyciskała jej łzy z oczu, a osioł co chwila kichał.

Ja razem z synkiem Simy Ku siedziałem w cieniu drzew, pod czujnym spojrzeniem Shangguan Niandi, która stosując się do kategorycznego polecenia matki pilnowała, byśmy nie zbliżali się do kamienia młyńskiego. Głuchoniemy z karabinem z Hanyangu na plecach, bawiąc się birmańskim mieczem, odziedziczonym po przodkach swojej rodziny, zbliżył się rozkołysanym krokiem do matki. Widzieliśmy, jak zaszedł drogę osłu, zamierzył się mieczem na matkę, a następnie zakręcił nim w powietrzu ze świstem. Matka stała za osłem i trzymając w ręku wyłysiałą miotłę, utkwiła w niemowie nieruchome spojrzenie. Ten pokazał matce wnętrze dłoni z wypisanymi ideogramami i zaśmiał się. Matka pokiwała głową, jakby mu gratulowała. Przez twarz niemowy przemknęła cała seria grymasów, lecz matka kręciła głową, jakby odmawiała jego prośbom. Głuchoniemy wyciągnął rękę i uderzył pięścią w ośli łeb; pod zwierzęciem ugięły się przednie nogi, aż uklękło na kamieniu.

– Bydlę! – krzyknęła matka. – Obyś zginął niedobrą śmiercią, bydlaku!

Głuchoniemy uśmiechnął się krzywo i odszedł takim samym jak poprzednio, kołyszącym się krokiem.

Drzwiczki pieca do wytapiania stali otwarto za pomocą długiego haka; rozżarzone do białości płynne żelazo wypłynęło z tygla, pryskając wokoło pięknymi iskrami. Matka pociągnęła osła za uszy, aż zwierzę stanęło z powrotem na nogi. Podeszła do kępy drzew, odsłoniła usta, chowając pożółkłą chusteczkę, rozpięła bluzkę i wetknęła mi okadzony siarkowym dymem sutek do ust. Właśnie rozważałem, czyby nie wypluć cuchnącej, ostrej w smaku brodawki, gdy matka gwałtownie mnie odepchnęła, niemal wyłamując mi dwa świeżo wyrżnięte przednie zęby. Pomyślałem, że brodawka pewnie ją mocno zabolała, lecz ona najwyraźniej nie miała czasu zaprzątać sobie tym głowy – ruszyła biegiem w stronę domu; trzymana w prawej dłoni chusteczka powiewała w rytm jej kroków. Wyobrażałem sobie, jak zanieczyszczone siarkową substancją sutki trą gwałtownie o szorstki materiał bluzki i jak wyciekająca z nich trująca ciecz moczy ubranie matki. Po całym jej ciele przebiegały elektryczne iskry; ogarniało ją dziwne uczucie – jeśli było to szczęście, to bardzo bolesny rodzaj szczęścia. Czemu mama pędziła do domu w takim pośpiechu? Wkrótce poznamy odpowiedź.

– Lingdi! Lingdi, gdzie jesteś? – wołała matka, wybiegając z głównej części domu i wbiegając do bocznego skrzydła.

Shangguan Lü wyczołgała się z głównej izby i leżała na ścieżce; z uniesioną głową wyglądała jak gigantyczna żaba. Należące wcześniej do niej zachodnie skrzydło zajmowali żołnierze: pięciu mężczyzn leżało na młyńskim kamieniu i studiowało zszytą na grzbiecie zniszczoną książkę. Podnosząc głowy, spojrzeli na matkę z zaskoczeniem. Na ścianie wisiały ich strzelby, z krokwi zwisały miny, okrągłe, czarne, oleiście lśniące, niczym jaja ogromnych jak wielbłądy pająków.

– Gdzie głuchoniemy? – spytała matka.

Żołnierze pokręcili głowami. Matka wpadła do wschodniej izby. Na rzuconej niedbale na stół o połamanych nogach podobiźnie Ptasiej Nieśmiertelnej leżał nadgryziony kawałek kukurydzianego chleba i szmaragdowozielona dymka. Obok stała wyszczerbiona misa pełna białych kostek, być może ptasich, a może należących do jakiegoś innego zwierzęcia. Strzelba głuchoniemego wisiała na ścianie, a granaty u powały.

Staliśmy na podwórzu, wznosząc daremne wołania; żołnierze wybiegli z domu i zaczęli się dopytywać, o co właściwie chodzi.

Z piwnicy pełnej rzepy wyłonił się głuchoniemy. Był od stóp do głów uwalany żółtą ziemią i białą pleśnią; na jego twarzy malowało się zadowolenie i znużenie.

– O ja głupia, ja głupia! – zawyła matka rozpaczliwie.

Na końcu tunelu wykopanego pod naszym domem, dokładnie pod stertą słomy, głuchoniemy zgwałcił moją Trzecią Siostrę, Shangguan Lingdi.

1 ... 48 49 50 51 52 53 54 55 56 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)