Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Patrycjusz złożył dłonie i uniósł je do ust, jakby się modlił. W zamyśleniu odetchnął głęboko.
— Nie. Nie, myślę, że pan się myli — oświadczył w końcu, jakby doszedł do rozwiązania poważnej zagadki filozoficznej. — Uważam, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wejście do tego urządzenia będzie czynem mężnym, możliwe też, że opłacalnym. Skłonny byłbym wręcz sugerować, że odmowa wejścia jest decyzją samobójczą. Ale chętnie wysłucham pańskiej opinii.
Vetinari nie był człowiekiem mocno zbudowanym, a ostatnio chodził, opierając się na hebanowej lasce. Nikt nie pamiętał, by widział go z jakąkolwiek bronią, ale przebłysk nietypowego zrozumienia uświadomił sierżantowi Colonowi, że myśl ta wcale nie jest pocieszająca. Podobno Vetinari kształcił się w szkole Gildii Skrytobójców, ale wszyscy już zapomnieli, w jakiej broni się specjalizował. Studiował języki obce. I nagle, kiedy stał tak przed nimi, wcale nie wydawało się to ewentualnością pozbawioną zagrożeń.
Colon zasalutował więc — zawsze przydatny gest w tak trudnych sytuacjach.
— Kapralu! — krzyknął. — Czemu nie jesteście jeszcze w… w tym metalowym tonącym rybowatym czymś?
— Sierżancie…
— Biegnij na drabinę, chłopcze… Raz-dwa, raz…
Nobby wspiął się na stopnie i zniknął. Colon zasalutował znowu. Zwykle po sprężystości salutu dawało się poznać nerwowość sierżanta. Tym przed chwilą można by rozbijać kamienie.
— Gotów do akcji, sir! — huknął głośno.
— Brawo, sierżancie — pochwalił go Vetinari. — Prezentuje pan te właśnie szczególne zalety, jakich potrzebujemy…
— Ej, sierżancie — dobiegł metaliczny głos z wnętrza walca. — Tu są same łańcuchy i koła zębate. A co to robi?
Wielki świder z przodu obrócił się z piskiem.
Zza ryby wynurzył się Leonard.
— Myślę, że wszyscy powinniśmy już wsiadać — oznajmił. — Postawiłem świecę, która płonąc, przepali sznur, który uwolni ciężary, które wyrwą bloki hamujące.
— Eee… a jak to coś się nazywa? — spytał Colon, wstępując za Patrycjuszem na drabinkę.
— Wiecie, ponieważ jako obiekt pływający jest to swego rodzaju łódź, a porusza się pod wodą, nazwałem ją „Urządzenie do bezpiecznego przemieszczania się pod powierzchnią morza”[10] — odpowiedział Leonard zza jego pleców. — Zwykle jednak myślę o niej po prostu jak o Okręcie.
Sięgnął za siebie i zatrzasnął właz.
Każdy, kto znalazłby się w hangarze, usłyszałby serię metalicznych stuków — to sworznie wsunęły się na miejsca.
Po chwili płonąca świeca przepaliła sznur, który uwolnił ciężary, które wyrwały bloki hamujące. Z początku wolno, Okręt zsunął się po szynach w ciemną wodę, która po sekundzie czy dwóch zamknęła się nad nim z pluskiem.
Nikt nie zwrócił uwagi na Anguę, kiedy wbiegała po trapie. Wiedziała, że najważniejsze, to zachowywać się jak u siebie. Nikt nie zaczepia dużego psa, który wygląda, jakby wiedział, dokąd zmierza.
Ludzie kręcili się po pokładzie w sposób charakterystyczny dla nieżeglarzy na statku — niepewni, co powinni robić ani gdzie powinni się od działania powstrzymać. Niektórzy o bardziej stoickim usposobieniu zbudowali nieduże obozowiska, otaczając tobołkami i pasami materiału maleńkie obszary prywatnej własności. Przypominały Angui dwukolorowe rynny i z mikroskopową precyzją wyznaczane granice domostw na Forsołapce; demonstrowały jeszcze jeden sposób wykreślania linii na piasku. To jest Moje, a to Twoje, wejdź na Moje, a dostaniesz po Twoich…
Dwaj gwardziści stali po obu stronach drzwi prowadzących do kabin. Nikt im nie powiedział, że mają nie wpuszczać psów.
Zapach prowadził ją w dół. Wyczuwała inne psy i silny aromat goździków.
Na końcu wąskiego korytarza zauważyła uchylone drzwi. Otworzyła je nosem i zajrzała.
Psy leżały na dywanie. Inne mogłyby zaszczekać, ale te odwróciły tylko ku niej swe piękne głowy i zadzierając nosy, przyjrzały się jej z uwagą.
Za nimi w ścianie zauważyła wąską koję, na wpół przesłoniętą jedwabnymi firankami. Pochylał się nad nią 71-godzinny Ahmed, ale obejrzał się, kiedy weszła.
Zerknął na psy, a potem popatrzył na nią ze zdziwieniem. Po czym, ku jej zaskoczeniu, usiadł przed nią na podłodze.
— Do kogo należysz? — zapytał w bezbłędnym morporskim.
Angua pomachała ogonem. Ktoś leżał w koi, wyczuwała go, ale nie sprawi kłopotów. Mięśnie szczęk tak silne, że mogą przegryźć człowiekowi kark, w większości sytuacji pomagają zachować spokój.
Ahmed pogłaskał ją po głowie. Bardzo niewielu ludzi zrobiło coś takiego wilkołakowi tak, by w przyszłości ktoś inny nie musiał kroić im jedzenia… ale nauczyła się już samokontroli.
Potem wstał i podszedł do drzwi. Słyszała, jak mówi coś do kogoś na zewnątrz, po czym wrócił i uśmiechnął się do niej.
— Idę, wracam…
Otworzył małą szafkę i wyjął ozdobioną klejnotami psią obrożę.
— Dostaniesz obrożę. Aha, i jest też jedzenie — dodał, kiedy służący wniósł kilka misek. — „Kto to taki niesie flaki, psu trzeba dać kość”… Tak chyba brzmi wyliczanka, którą śpiewają dzieci w Ankh-Morpork, ale flaki to przecież jelita, nadają się tylko na zwierzęcą karmę. No cóż…
Miska znalazła się przed nosem Angui. Inne psy poruszyły się, lecz Ahmed rzucił im jakiś rozkaz i ułożyły się z powrotem.
Jedzenie było… psią karmą. W sensie stosowanym w Ankh-Morpork, oznaczało to coś, czego nie wkłada się nawet do kiełbasek, a bardzo niewiele jest rzeczy, których nie wsadziłby do kiełbaski człowiek wyposażony w odpowiednio dużą maszynkę do mięsa.
Niewielka, centralna, ludzka część jej umysłu czuła obrzydzenie, ale wilkołak ślinił się na widok każdej połyskującej rurki, każdej drgającej bryłki tłuszczu…
Leżały na srebrnej misce…
Podniosła głowę. Ahmed przyglądał się jej uważnie.
Oczywiście, psy na dworze traktowane były jak królowie; obroże z diamentami… To przecież nie musi oznaczać, że wie…
— Niegłodna? — zapytał. — Twój pysk twierdzi, że owszem.
Coś zacisnęło się jej na karku. Kiedy odwróciła głowę, by ugryźć, zęby zamknęły się na brudnej tkaninie, ale nie to było nieprzyjemne, tylko ból…
— Jego wysokość lubi, kiedy jego psy noszą piękne obroże — powiedział 71-godzinny Ahmed. — Rubiny, szmaragdy… i brylanty, panno Anguo. — Pochylił się i spojrzał jej w oczy. — Oprawne w srebro.
…Kluczowym czynnikiem, o czym wielokrotnie się przekonałem, NIE jest liczebność sił. Raczej ich pozycja, wykorzystanie rezerw, koncentracja w odpowiednim punkcie…
Vimes starał się skupić na książce Tacticusa. Jednak dwie rzeczy odwracały jego uwagę. Pierwszą była spoglądająca znad każdej linijki uśmiechnięta twarz 71-godzinnego Ahmeda. Drugą — zegarek, który leżał oparty o De-terminarz. Zegarek poruszany był prawdziwym mechanizmem sprężynowym i o wiele bardziej niezawodny. Nigdy nie wymagał karmienia. Tykał cicho. Jeśli o Vimesa chodziło, mógł sobie darować przypominanie o spotkaniach. Lubił ten zegarek.
Sekundnik zbliżał się właśnie do szczytu minuty, kiedy na schodach rozległy się kroki.
— Proszę wejść, kapitanie! — zawołał Vimes.
Z pudełka dobiegło drwiące parsknięcie.
Twarz Marchewy była bardziej niż zwykle zaróżowiona.
— Coś się stało z Anguą — stwierdził Vimes.
Marchewa zbladł.
— Skąd pan wie?
10
Choć to dziwne, wymyślanie dobrych nazw było jedyną dziedziną, w której geniusz Leonarda z Quirmu zawodził.