Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— A czy pan Floribunda wspominał, jaka była ta kanapka z bekonem?
— Na wejściu czy na wyjściu, nadrektorze? — upewnił się Myślak.
— Lepiej tylko na wejściu — odparł Ridcully. — Mam przecież barwną wyobraźnię.
— Powiedział, że to najsmaczniejsza kanapka z bekonem, jaką jadł w życiu. To była kanapka z bekonem, o jakiej człowiek marzy, słysząc słowa „kanapka z bekonem”, ale nigdy, przenigdy jej nie dostaje.
— Z brązowym sosem?
— Oczywiście. Jak się zdaje, była to kanapka z bekonem, która mogłaby położyć kres wszystkim innym.
— I prawie to zrobiła, przynajmniej dla niego. Ale przecież tyle już wiemy o Gablocie Osobliwości: zawsze dostarcza perfekcyjny egzemplarz.
— Prawdę mówiąc, bardzo niewiele wiemy na pewno — przyznał Myślak. — Tyle że nie ma w sobie niczego, co się nie zmieści w sześcianie o krawędzi długości 14,14 cala w okresie, że przestanie działać, jeśli, co już wiemy, jakikolwiek obiekt nieorganiczny nie zostanie do niej zwrócony w ciągu 14,14 godziny w okresie, i że nic, co zawiera, nie jest różowe, choć nie mamy pojęcia, czemu miałoby być.
— Ale bekon jest przecież organiczny, panie Stibbons — zauważył Ridcully.
— Tak jest, nadrektorze. — Myślak westchnął. — Tego też nie rozumiemy.
Nadrektor zlitował się nad nim.
— Może to był jeden z tych mocno przysmażonych — zasugerował łagodnie. — Taki, który można złamać w palcach. Lubię taki w kanapce.
Drzwi odchyliły się i oto stała przed nimi: nieduża, na środku bardzo wielkiego pomieszczenia… Gablota Osobliwości.
— Uważa pan, że to rozsądne? — spytał niepewnie Myślak.
— Oczywiście, że nie — oświadczył Ridcully. — A teraz proszę mi znaleźć piłkę.
Na ścianie wisiała biała maska z rodzaju tych, jakie nosi się w karnawale. Myślak zwrócił się do niej.
— HEX, znajdź mi, proszę, piłkę odpowiednią do gry w piłkę nożną.
— Ta maska to coś nowego? — zainteresował się Ridcully. — Myślałem, że głos HEX-a przemieszcza się w przestrzeni blitowej.
— Słusznie, nadrektorze. Rozlega się w powietrzu. Ale jakoś, bo ja wiem… przyjemniej jest, kiedy się mówi do czegoś.
— Jakiego kształtu piłka jest wymagana? — odezwał się HEX głosem gładkim jak klarowane masło. — Owalna czy sferyczna?
— Sferyczna — zdecydował Myślak.
Gablota zadygotała.
Obiekt ten zawsze Ridcully’ego niepokoił. Przede wszystkim sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie. Zdawało się, że mówi: „Nie wiecie, co robicie. Używacie mnie jak loterii, a założę się, że nigdy nie pomyśleliście, jak wiele niebezpiecznych rzeczy może się zmieścić w czternastocalowym sześcianie”. Prawdę mówiąc, Ridcully o tym myślał, często o trzeciej nad ranem, i nigdy nie wchodził do tego pokoju, nie mając w kieszeni kilku subkrytycznych zaklęć na wszelki wypadek. No i był jeszcze Nutt… Tak. Licz na najlepsze, szykuj się na najgorsze, to stara maksyma NU.
Wysunęła się szuflada — i sunęła coraz dalej, aż dotarła do ściany i zapewne wysuwała się ciągle do jakiegoś innego gościnnego systemu wymiarów, ponieważ nigdy nie pokazywała się na zewnątrz pokoju, choćby człowiek nie wiadomo jak często sprawdzał.
— Bardzo gładko dziś działa — zauważył Ridcully, gdy kolejna szuflada wyrosła z podłogi i wypuściła następną, dokładnie tej samej wielkości. Ta z kolei ruszyła płynnie w stronę odległej ściany.
— Tak. Chłopcy z Miedziczoła opracowali nowy algorytm analizy przestrzeni falowych w blitach wyższego poziomu. Przyspiesza takie obiekty jak gablota, docierając na 2000 Drinkusiów.
Ridcully zmarszczył brwi.
— Właśnie pan to wymyślił?
— Nie, nadrektorze. Charlie Drinkuś wymyślił to w Miedziczole. To krótszy sposób powiedzenia: 15000 iteracji do pierwszego ujemnego blitu. I o wiele łatwiejszy do zapamiętania.
— To znaczy, że ludzie z Miedziczoła przekazują panu takie wiadomości?
— O tak.
— Za darmo?
— Oczywiście. — Myślak wydawał się zaskoczony. — Swobodna wymiana informacji jest kluczowym elementem w studiach filozofii naturalnej.
— Czyli pan także mówi im to i owo, tak?
Myślak westchnął.
— Tak, oczywiście.
— Chyba tego nie aprobuję — uznał Ridcully. — Szczerze popieram swobodną wymianę informacji, pod warunkiem że to oni wymieniają swoje informacje z nami.
— Rozumiem, nadrektorze, ale do pewnych działań skłania nas znaczenie słowa „wymiana”.
— Mimo wszystko… — zaczął Ridcully i urwał.
Dźwięk tak cichy, że prawie go nie zauważali, ucichł nagle. Gablota Osobliwości złożyła się i znowu była tylko drewnianym meblem ustawionym na środku pokoju. Ale kiedy się jej przyglądali, podwójne drzwiczki otworzyły się i na podłogę wypadła brązowa kula. Odbiła się z dźwiękiem przypominającym „gloing!”.
Ridcully podszedł, podniósł ją i zaczął obracać w dłoniach.
— Interesujące — mruknął i cisnął piłką o podłogę.
Odbiła się powyżej jego głowy, był jednak dostatecznie szybki, by złapać ją po drodze w dół.
— Niezwykłe — stwierdził. — Co o tym myślisz, Stibbons?
Rzucił piłkę w powietrze i kopnął przez cały pokój. Wróciła, lecąc prosto na Myślaka, który ku własnemu zaskoczeniu ją złapał.
— Wydaje się, jakby żyła własnym życiem… Upuścił ją na podłogę i spróbował kopnąć. Odleciała.
Myślak Stibbons był niedoścignionym posiadaczem ponadczasowego usprawiedliwienia od biegów, napisanego przez jego ciocię, która prosiła też o zwolnienie go z wszelkich zajęć sportowych z powodu grzybicy usznej, nieregularnego astygmatyzmu, sarkającego nosa i obrotowej śledziony. Jak sam twierdził, wolałby przebiec dziesięć mil, przeskoczyć bramę i wspiąć się na wysoką górę, niż spróbować dowolnych ćwiczeń sportowych.
Piłka śpiewała do niego. Śpiewała: „gloing!”.
Kilka minut później Ridcully wracał do Głównego Holu, od czasu do czasu odbijając piłkę o kamienie posadzki. Było coś takiego w tym „gloing!”, że człowiek chciał znów je usłyszeć.
— Wiesz, Myślak, wydaje mi się, że robiliśmy to nie tak, jak trzeba. Więcej jest rzeczy na Niebie i Dysku, niż śniło się w naszych filozofiach.
— Też tak sądzę, nadrektorze. W moich filozofiach nie mam zbyt wielu rzeczy.
— Tu chodzi o piłkę. — Ridcully mocno uderzył nią o posadzkę i złapał zaraz. — Jutro ją tu przyniesiemy i zobaczymy, co się stanie. Solidnie ją kopnąłeś, Stibbons, a przecież jesteś, jak sam twierdzisz, ciamajdą i żółtodziobem.
— Tak, nadrektorze. I jeszcze cherlakiem, ale jestem dumny z tego określenia. Lepiej jednak przypomnę, nadrektorze, że piłka nie może zbyt długo przebywać poza gablotą.
Gloing!
— Ale możemy ją skopiować, prawda? — rzekł Ridcully. — To tylko pozszywane kawałki skóry, prawdopodobnie ochraniające jakiś typ pęcherza. Porządny rzemieślnik na pewno potrafiłby zrobić dla nas taką samą.
— Jak to? Teraz?
— Na ulicy Chytrych Rzemieślników nigdy nie gasną światła.
Tymczasem znaleźli się już w Głównym Holu. Ridcully rozglądał się przez chwilę, aż jego wzrok spoczął na dwóch postaciach popychających załadowany świecami wózek.
— Hej, chłopcy! Do mnie! — zawołał.
Chłopcy zatrzymali wózek i podeszli.
— Ten oto pan Stibbons ma dla was zadanie. Zadanie znacznej wagi. Coście za jedni?