Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Dostaję skurczu szczęk, coś kwaśnego wypełnia mi usta, krztuszę się, po czym spada na mnie kolejne wyładowanie. Skarcony, gramolę się na nogi i posłusznie wyciągam rękę. Coś mi mówi, że to nie jest taki zwykły sen.
— Czym jest jabłko? — powtarza cierpliwie Hatrun.
Dobra. Czym jest jabłko? Owocem, naturalnie. Owocem ziarnkowym drzewa z rodziny różowatych. Konkretne jabłko należy do jednej z kilkuset odmian hodowlanych. Ale czym jest? W gruncie rzeczy to gąbkowaty twór z celulozy i otoczki pektyn, wypełniony wodą z rozpuszczonymi w niej solami mineralnymi, mnóstwem fruktozy i glukozy oraz skrobi. Widzę przed oczami obracające się łańcuchy cząsteczek cukrów, polimeryczne cząsteczki skrobi, szczególne kombinacje związków organicznych. Ale jabłko to też iskra życia. Żywe komórki, które rozrastają się z zalążka owocu, rosną, puchną, obrastają zapasami skrobi, osłaniają zamknięte w gniazdach nasiennych ziarna. Miniaturowe bomby pełne genetycznego potencjału, które trafią do ziemi i eksplodują drzewem. Otaczająca je gruba warstwa miąższu to przynęta. Parująca związkami aromatycznymi, które mówią „zjedz mnie". Wszystko po to, by ziarna przemierzyły układ pokarmowy tego, kto złapie się na przynętę, i trafiły do ziemi wraz z porcją świeżego nawozu. Cofam się, plątaniny wielkich, rozgałęzionych cząsteczek organicznych uciekają w dal, tworzą wypełnione sokiem i miąższem komórki, okrywają się skórką.
Jabłko.
Widzę błysk, słyszę trzask, jakby uderzył miniaturowy piorun. Czuję uderzenie w dłoń i spoczywa na niej jabłko.
Ziemskie jabłko.
Czerwone, dojrzałe i twarde, pachnące słońcem.
— Jabłko — mówię do Hatrun. — Patrz!
Unoszę je do ust, ale zanim wbiję zęby w skórkę i z trzaskiem oderwę jędrny kawałek miąższu, budzę się.
I znowu jest noc. Dziewczęta płaczą.
— Znalazła cię... — płacze Sylga. — Nasz czas się kończy...
Tuli się i obejmuje z całej siły, jakbym był kimś bliskim albo jakby chciała się ze mną pożegnać. Szlocha rozpaczliwie i wtula się we mnie całym ciałem. Gładzę ją po plecach, całuję mokre policzki i czuję, że cała drży.
Patrzę, jak szyją przy ogniu w świetle lampy. To męskie ubranie. Płócienne spodnie, koszula, wełniany kaftan, półkożuszek. Szyją szybko, pewnymi ruchami z budzącą zazdrość sprawnością. Miga kościane szydełko, splatając kosmatą wełnę na długie, sięgające za kolano skarpety. Właściwie pończochy, żeby być szczerym. Przynajmniej są ciepłe.
Synnja klęczy na futrzanej skórze przy palenisku, ma wokół siebie kawałki skóry, szydło z drewnianym uchwytem i niewielki młoteczek. Synnja robi buty. Duże, z miękko wyprawionej skóry, sięgające za kostkę. Co najmniej numer 45 — jak na mnie.
Szyją bardzo pilnymi ruchami, obie pochylone nad robotą i tylko ukradkiem ocierają co chwilę łzy.
Poza tym jest cicho i spokojnie. Wiatr wyje w dymnikach, trzaskają polana na palenisku, uspokajająco i monotonnie pluszcze deszcz.
Tyle tylko, że to jakiś nienaturalny spokój. Sztuczny. Coś wisi w powietrzu. Siedzę i patrzę w ogień albo na poruszające się sprawnie palce Synnji i Sylgi. Śpieszą się. Zupełnie jakby wieczna deszczowa noc za oknami miała zbliżać się do końca.
Hatrun czeka na mnie na tym samym szczycie góry co poprzednio. Wiatr rozwiewa jej włosy jak płomienie na pochodni. Siedzi na swoim tronie i nie mówi ani słowa.
Wskazuje tylko palcem leżący na ziemi miecz.
Podnoszę go i nie wiem, co dalej. Trzymam po prostu oręż i czekam.
Hatrun zaczyna cicho nucić w języku, którego nie rozumiem. Może zresztą używa trudnych słów, których nie zdążyłem sobie przypomnieć albo nigdy nie znałem.
Rękojeść w mojej dłoni robi się gładka i chłodna, zaczyna pulsować, w końcu się kurczy. Spoglądam w dół i widzę, że trzymam za ogon węża. Żywego, czarnego węża, który napręża się i zwija niczym zygzak błyskawicy. Trójkątny kształt łba sugeruje gruczoły jadowe przy szczękach. Przynajmniej na Ziemi. Sam widziałem, jak tutejsze węże odgryzały kawałki mięsa, podczas gdy nasze połykają ofiarę w całości.
Wąż zwija się w kierunku mojego nadgarstka, więc unoszę rękę i strzelam nim niby biczem, po czym puszczam go na ziemię i rozdeptuję łeb. Wszystko odbywa się w jednej chwili, zatem kiedy moja noga oblewa się nagle wściekłym bólem, jestem pewien, że mnie ukąsił.
Nie. Wąż po prostu nie jest już wężem. Jest wijącą się smugą ognia i żaru. Trzymam nogę w ognisku.
— Jak to zrobić? — pytam, tupiąc i otrzepując spodnie. — Jak zmienić oręż w gada?
— Tak samo jak dostałeś jabłko. Trzeba przywołać zmianę. Chcieć jej i wiedzieć, na czym ma polegać. Dokładnie. No i być tam, gdzie cię usłyszy. Nie wolno mi mówić nic więcej. Nie wolno mi mówić dokładnie. Nie wolno mi cię uczyć.
— Tamtych nauczyłaś — protestuję.
Zaciska usta i podnosi się powoli. Widzę ogarniające Hatrun migotliwe niczym zorza światło, jej wąskie jak strzelnice oczy, dotąd wypełnione czernią, nagle rozświetlają się zimnym blaskiem acetylenowego płomienia. Trwa to moment. Jeden przerażający ułamek sekundy, po czym Hatrun siada. Ogień przygasa.
— To nie ja — cedzi wyraźnie i powoli. — I myślę, że nikt z takich jak ja, choć nie wiem na pewno. Myślę, że nauczyli się sami. Różnią się od ciebie, mimo że jesteście tego samego rodzaju. Ty patrzysz na świat taki, jaki jest, i usiłujesz radzić sobie z nim tak, jak potrafisz. Wolisz działać. Jeśli widzisz coś, czego nie rozumiesz, wolisz tego nie dotykać. Odwracasz się plecami i odchodzisz. Wolisz nie dotykać niż zepsuć. Wierzysz tylko w to, co ma dla ciebie znaczenie. Co można wykorzystać. Tamci są inni. Oni nie chcą przechodzić przez świat. Oni chcą go zmieniać. Nie obchodzi ich ani czy coś rozumieją, ani czy coś zniszczą, bo są pewni swojej mądrości. Wierzą w słowa. Wszystko opisują słowami. Działanie ich nie obchodzi. Oni myślą, ale nie przejmują się działaniem. Działają mimochodem. Chcą zmiany, choćby miała być chora. Ty nienawidzisz zmian. Oni nimi żyją. Nigdy nie zawahają się przywołać zmian i nie obchodzi ich, co się stanie. To jest różnica między wami. Dlatego oni przewracają świat do góry nogami, a ty nie możesz poradzić sobie ze zwykłym jabłkiem.
— Jeśli jesteś jednym z bogów tego świata, to dlaczego ich nie zniszczysz?
— Nieważne, kim jestem. To nic ci nie da. Nie wolno mi niczego zmieniać na własną rękę. Nie wolno mi nawet powiedzieć ci nic więcej.
— Widziałem już bogów tego świata. We śnie. Ty też tam byłaś, Hatrun. W kantynie w Al Hamma.
— Nie przejmuj się snami. — Wzrusza ramionami. — Jeżeli nie wiesz, co widziałeś, lepiej zapomnij.
— Jak ktoś mógł zamknąć cię w klatce? Uratowałem cię, Hatrun. Byłaś mniejsza i bardziej ludzka, a ja cię uratowałem.
Parska i zdejmuje hełm.
— To raczej ja uratowałam ciebie. I wciąż ratuję. Zapamiętaj jedno. Patrz na świat tak, jakby był myślą. Nie wolno mi cię niczego więcej nauczyć.
— Myślą jak snem? Złudym... Złudzą...
— Ułudą? Nie. Nie o to chodzi. Jest prawdziwy, ale każda rzecz jest i ciałem, i myślą.
— Dlaczego nie możesz mówić jasno?
— Bo mi nie wolno. Takie są reguły.
— A co się stanie, jeśli reguły zostaną złamane?
— Równowaga runie. Nastanie prawdziwa wojna bogów. Otwarta i na wyniszczenie, nie tak jak teraz. Albo świat będzie musiał narodzić się na nowo. Nadejdzie burza niepamięci. Martwy śnieg.
— Oczywiście nie powiesz mi, o co chodzi?
— Możesz przetrwać, tylko jeśli nie będziesz wiedział za dużo. To nie są rzeczy, które miałyby dla ciebie znaczenie. Niech ci wystarczy, że masz sojuszników, lecz oni nie mogą ci pomóc. Musisz radzić sobie sam.