Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Jeśli nawet, nie tylko ją jedyną. Naksydzkie media ogłosiły, że aresztowano i zgładzono członków skrzydła Octaviusa Honga, wraz z ich rodzinami.
Ale przecież to ja go wymyśliłam! — protestowała w duchu.
Sprawdziła jednak w komputerze Biura Akt: świadectwa zgonu były prawdziwe.
Ulice parowały po deszczu. Zespół 491 podjeżdżał do kawiarni przy Alei Handlu w biznesowej dzielnicy Zanshaa. Koła ciężarówki rozchlapywały wodę na chodniki. Macnamara dotknął dźwigni otwierającej bagażnik, potem energicznie rzucił się do podnoszących się drzwi bagażnika, z których kapały krople. Sula wysiadła, mrużąc oczy w jasnym słońcu i wdychając zapach przejrzałych kwiatów ammatu, pomieszany z zapachem świeżego deszczu.
— Czuję w powietrzu pieniądze — powiedziała do Spence.
Spence zmarszczyła perkaty nosek.
— Mam nadzieję, że się nie mylisz.
W kawiarni Sula odebrała pieniądze od krzywo uśmiechającego się właściciela, chudzielca w nieskazitelnie białym fartuchu. Potem dała znak Macnamarze, żeby wyładował hermetyczne skrzynie — zawierały kawę onamaka z Harzapid — i postawił je ostrożnie za barem.
— Dziękuję — powiedział właściciel kawiarni i spojrzał krytycznie na mokre ślady stóp na lśniących kafelkach. — A tak w ogóle to dwóch dżentelmenów chce z wami porozmawiać.
Sula odwróciła się i zobaczyła dwóch mężczyzn wstających od małego marmurowego stolika.
— Dobra kawa — powiedział jeden z nich i nerwy Suli napięły się.
Wysoki mężczyzna miał na sobie jaskrawą kwiecistą marynarkę i sięgające prawie do pach spodnie na szelkach; spod dzwonowatych nogawek wystawały ciężkie buty. Jego szyję zdobił gruby srebrny naszyjnik, upstrzony sztucznymi rubinami wielkości kciuka, a podobną bransoletę miał na nadgarstku.
— Bardzo dobra kawa — potwierdził jego partner. Był niższy, ale miał rozbudowane ćwiczeniami tors i ramiona, a włosy wygolone w idealną kryzę, która wisiała nad czołem jak koguci grzebień.
— Chodzi tylko o to — ciągnął pierwszy — czy ma pani pozwolenie na obrót kawą.
Sula wyczuła, że Macnamara podchodzi do niej z boku. Dla lepszej równowagi przesunęła stopę do tyłu. Zaniepokojona Spence, widząc, że coś złego zaczyna się dziać, przepychała się do przodu.
Sula spojrzała na dryblasa.
— A pan to kto?
Zaatakował ją, prawdopodobnie chcąc dać jej nauczkę, by nie zadawała zuchwałych pytań. Miał jednak do czynienia z osobą po kursie sztuk walki we Flocie. Sula zablokowała jego ramię i przejechała pięścią po nerwie promieniowym, a potem pociągnęła go do przodu i zadała kantem dłoni cios w gardło. Gdy mężczyzna pochylił się, by złapać się za szyję, wpakowała mu dwa kciuki w oczodoły. Potem po prostu chwyciła dłońmi jego głowę i walnęła nią w uniesione w górę kolano.
Nos dryblasa zdrowo chrupnął. Ponieważ facet w pozycji pochylonej dławił się, Sula z łatwością dołożyła mu łokciem w kark, powalając go na podłogę.
Tymczasem Macnamara rozprawiał się z kulturystą. Wymiana ciosów i kopniaków była mniej więcej równorzędna i rozstrzygnięcie nastąpiło dopiero wówczas, gdy Spence cisnęła osiłkowi w twarz dzbanek gorącej kawy i uszkodziła mu kolano zamaszystym kopniakiem.
Potem cała trójka z zespołu 491 skopała kulturystę, aż zupełnie zamarł.
Macnamara przeszukał obu mężczyzn; znalazł dwa pistolety, których nie zdążyli wyciągnąć. Jedyni dwaj klienci kawiarni obserwowali całą tę scenę z przerażeniem w oczach i niepewnie zerkali na swe displeje mankietowe, jakby zamierzali zawołać policję. Sula weszła za bufet i chwyciła właściciela za włosy.
— Co to za ludzie, którym nas sprzedałeś? — spytała.
— Są z ulicy Cnoty — odparł mężczyzna. — Płacę im haracz.
Sula zacisnęła zęby.
— Myślę, że nie będę ci już sprzedawać kawy.
Wściekła, wzięła skrzynkę onamaki, jakby to była poduszka i zaniosła ją do ciężarówki.
— Cholera! — Była zła na samą siebie. — Cholera! Cholera! — Uderzyła pięścią w oparcie fotela.
— Nieźle z tego wyszliśmy — stwierdził Macnamara. Próbował wymacać zadrapanie na policzku, które osiłek zrobił mu swoimi pierścieniami.
— Nie o to mi chodzi — warknęła Sula. — Zapomniałam o podatku! Cholera! — Uderzyła się w czoło. — Powinnam była to przewidzieć! A niech to! — Znów walnęła pięścią w fotel.
Odwołała pozostałe poranne dostawy i wściekała się przez całą drogę powrotną do domu. Na widok Jednego-Kroka, który przycupnął w cieniu na ganku, złość jej opadła. Jeden-Krok wyprostował długie nogi i wstał z promiennym uśmiechem na ustach.
— Piękna pani! Przychodzisz wspaniała jak słońce i delikatna jak kwiat! — deklamował.
— Muszę się czegoś dowiedzieć — powiedziała Sula.
— Co tylko chcesz! — Jeden-Krok wysunął ramię. — Co tylko chcesz, moja piękna!
— Powiedz mi coś o gangu z ulicy Cnoty.
Z twarzy mężczyzny zniknął wyraz zadowolenia.
— Czy zadarłaś z nimi, moja urocza?
— Oni zadarli z firmą, w której pracuję.
Nagle okazał zainteresowanie.
— Masz pracę? Prawdziwą pracę?
— Jestem dostawcą. Ale powiedz mi coś o ludziach z ulicy Cnoty.
Jeden-Krok wyrzucił w górę ramiona.
— A co ja mogę powiedzieć? To jedna z grup w mieście. Zbierają haracz po obu stronach ulicy Cnoty.
— Tylko w tym rejonie?
— Mniej więcej.
Ulica Cnoty na szczęście znajdowała się w odległej części miasta. Sula odetchnęła.
— A kto zbiera haracz na Nabrzeżu?
Jeden-Krok spojrzał na nią uważnie.
— Lepiej, moja urocza, żebyś trzymała się od nich z daleka.
— Chcę tylko wiedzieć.
Twarz mężczyzny skamieniała.
— Klika Nabrzeża. Niezbyt wyszukana nazwa, ale im na tym nie zależy. Muszę od nich kupować różne rzeczy, żebym mógł prowadzić swój interes.
— Czy nabrzeżni są gorsi od innych? Lepsi?
Od strony warsztatów szkutniczych dobiegał odgłos młotów pneumatycznych. Jeden-Krok wzruszył ramionami.
— To zależy, z kim ma się do czynienia.
— Jeśli chciałabym wejść w jakiś interes, to z kim powinnam porozmawiać?
— Jaki interes? — Jeden-Krok miał podejrzliwą minę.
— Nie chcę przez całe życie jeździć ciężarówką.
— Piękna pani, po pożyczkę idziesz do patrona swojego klanu. Sula zaśmiała się.
— Po przyjściu Naksydów patron mojego klanu uciekł na złamanie karku. Jego patron również. I tak wszyscy po kolei.
— Wojna to niedobry czas na rozpoczynanie nowego biznesu.
— Zależy jakiego biznesu.
Patrzyła na niego tak długo, aż poruszył się niespokojnie i przerwał milczenie.
— Możesz pogadać z Casimirem — powiedział niechętnie. — Nie jest taki zły jak pozostali.
— Casimir jaki?
— Nazywają go Mały Casimir. Kiedyś był inny Casimir, starszy, ale Dużego Casimira zabito.
Sula czuła, jak uśmiech rozciąga kąciki jej ust.
— Więc mam zapukać do jego drzwi i zapytać o Małego Casimira?
— Casimir Massoud — powiedział Jeden-Krok. — Ma biuro w budynku Kalpeia na ulicy Kociej, w tym ich klubie, ale on ma powody, żeby nie przesiadywać w biurze.
— Mianowicie?
Jeden-Krok rozejrzał się w lewo i w prawo. Zniżył głos.
— Policja dostała rozkaz, żeby złapać zakładników, prawda? Zostaną rozstrzelani, jeśli nie posłuchają Naksydów, ale wszyscy będą ich nienawidzić, jeśli to zrobią, więc kombinują, kogo wziąć, żeby sąsiedzi go nie żałowali. Biorą tych, którzy już siedzą w więzieniu, oraz łobuzów i różnych dziwnych ludzi, którzy mieszkają na ulicy. W ten sposób policji się wydaje, że zwykli ludzie mniej ją będą nienawidzić.