Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Najprawdopodobniej w ogóle o tym nie myśleli. Po czterech latach zacierają się szczegóły, a ludzie mają skłonność do zapominania nawet najgorszych przeżyć w miarę upływu czasu, co stanowi szczęśliwą okoliczność, gdyż inaczej liczba nieszczęśliwych wariatów byłaby znacznie większa. O tym, że jest to uniwersalna prawda, świadczyło choćby to, że coraz rzadziej nawiedzały ją ataki depresji.
— Honor! — Filigranowa Katherine, pierwsza żona Benjamina, pospieszyła ku niej z szokującym brakiem dostojeństwa.
Oczywiście było to prywatne spotkanie, ale Honor była wasalem Protektora, toteż teoria głosiła, że powinna zachowywać się w dość określony i wskazujący na szacunek sposób. W praktyce nikt na to nie zwracał uwagi. Benjamin pomachał jej na powitanie z drugiego końca pokoju, nie wstając, co stanowiło kolejne poważne naruszenie zasad zachowania, bowiem każdy mężczyzna winien był witać każdą kobietę na stojąco. A sześcioletni postrach pałacowego przedszkola — Rachel — dreptał energicznie w ślad za matką, zdecydowany i mający gdzieś etykietę.
— Nimitz! — zażądała kategorycznie.
Ten bleeknął radośnie i skoczył. Rachel siadła na tyłku ze stłumionym przez dywan łomotem, gdy prawie dziesięć kilo treecata wylądowało w jej ramionach. Towarzyszył temu radosny pisk, któremu zawtórowały inne, gdy dotarły do niej siostry.
W ślad za nimi zjawiła się Elaine, najmłodsza z żon Benjamina, będąca kolejny raz w ciąży. Była młodsza i znacznie bardziej nieśmiała niż Katherine, toteż z początku zachowywała się w stosunku do Honor z rezerwą. Teraz po prostu pomachała jej z uśmiechem i wpadła w dziki kłąb tworzony przez dzieci i treecata, już grożący wybuchem.
— W życiu ich nie uspokoimy do obiadu — oceniła radośnie Katherine.
— Przepraszam, on już dawno powinien się nauczyć, jak ma się zachowywać, ale… — Dalszy ciąg wypowiedzi zagłuszył radosny pisk, gdyż Nimitz wdrapał się po plecach Theresy na jej głowę, odbił się i zniknął pod szafą. Cała trójka naturalnie rzuciła się za nim, rozpoczynając ukochaną zabawę w „łapaj treecata”. Im więcej przeszkód (czyli mebli, rodziców, gości i posągowych ochroniarzy) znajdowało się na drodze, tym zabawa była lepsza.
— On lubi dzieci. — Honor bezradnie wzruszyła ramionami.
Katherine roześmiała się.
— Wiem, że lubi, a one go wprost uwielbiają. Nie przejmuj się: w pół godziny powinny się zmęczyć, więc w czasie kolacji będzie chwila spokoju. Chodź!
Poprowadziła Honor do Benjamina, który wstał i uścisnął jej dłoń. Była to jej pierwsza wizyta od rozmowy z admirałem Matthewsem, w wyniku której założyła mundur Marynarki Graysona, i mimo radosnego powitania zauważyła badawczy wzrok Protektora. Po chwili Benjamin Mayhew kiwnął lekko głową i odprężył się.
— Cieszę się, że tak dobrze wyglądasz — ocenił na tyle głośno, by przekrzyczeć harmider czyniony przez trójkę dzieciaków i treecata.
Uśmiechnęła się krzywo — życie nauczyło gospodarza dobrze ukrywać swoje uczucia, ale zbyt dobrze się rozumieli, by nie domyśliła się powodów jego badawczego spojrzenia. Nie wiedziała tylko, że poprzednio tak wiele było po niej widać.
— Dzięki — odparła uprzejmie.
— Siadaj — rozkazał i umilkł, czekając, aż cała trójka przegalopuje obok w pogoni za kremowo-szarą futrzastą błyskawicą. — Pierwszą energię powinny stracić za pół godziny, więc kolacja będzie na dziewiątą.
— Naprawdę mi przykro…
— Więc niech ci nie będzie przykro. Gdybyśmy nie chcieli gościć Nimitza, wiedziałabyś o tym, a gdyby chodziło o sposób zabawy, Elaine już by je spacyfikowała — wyjaśnił Benjamin rzeczowo.
Elaine właśnie przeszła w ślad za dziećmi, choć już nie próbowała dotrzymać im kroku. Co prawda w biologicznym znaczeniu tego słowa tylko Jeanette była jej córką, ale nie miało to żadnego znaczenia. Honor musiała przyznać, że graysońskie dzieci miały naprawdę bezpieczne dzieciństwo — każde posiadało tyle matek, ile ich ojciec miał żon. Poza tym brutalność środowiska naturalnego powodowała taką śmiertelność wśród niemowląt, zwłaszcza w kilku pierwszych pokoleniach, że wszyscy mieszkańcy Graysona uważali dzieci za najcenniejszy boski dar i stworzyli niezwykle opiekuńcze metody wychowawcze oraz wyrobili w sobie prawdziwą nadopiekuńczość w stosunku do wszystkich dzieci. Typowym tego przykładem była Elaine jako znacznie większa „tradycjonalistka” niż Katherine, którą można było określić mianem aktywistki, choć na Graysonie damskich aktywistek w zasadzie jeszcze nie było. Mimo to nadal znajdowała czas dla dzieci z radością i łatwością zaskakującymi Honor. O tym, że nie mogło to tak wyglądać naprawdę, Honor wiedziała z autopsji, z własnego doświadczenia, jak wyczerpujący jest dzień kobiety na Graysonie, a nie była ani matką, ani pierwszą żoną władcy całej planety.
— Benjamin ma rację — dodała Katherine. — Nimitz jest ich ulubionym gościem, a nie widziały go od paru tygodni. Jeśli on to wytrzyma, to my też.
— Nimitz z kolei uważa, że są najlepszą rzeczą zaraz po selerze — odparła z przekonaniem Honor.
Nimitz, dzieciaki, Elaine i dwóch ochroniarzy (w tej kolejności) zniknęli tymczasem za drzwiami prowadzącymi do prywatnych pokoi dzieci, dzięki czemu poziom hałasu drastycznie opadł.
— Zdaje się, że one podzielają jego opinię — roześmiał się Benjamin i ponownie wskazał Honor fotel.
Usiadła, kolejny raz zaskoczona tym, że czuje się tak swojsko w obecności kogoś, kto nie dość, że jest władcą całej planety, to na dodatek wywodzi się ze znacznie różniącej się kulturowo społeczności. Być może powodem było właśnie to, że nie urodziła się i nie wychowała na Graysonie i nie uważała go za swego naturalnego władcę. A być może zbyt wiele razem przeszli w zbyt krótkim czasie i dlatego ufali sobie. Swoją drogą ciekawostkę stanowiło to, ilu osobom Protektor tak naprawdę ufał — ten problem zyskiwał zresztą na głębi w świetle jej ostatnich dyskusji z Paxtonem.
— I jak się pani podoba nowe zajęcie, admirał Harrington? — spytał Mayhew, przerywając jej tok myślowy.
— Bardziej niż się obawiałam — przyznała uczciwie. — nie byłam pewna, czy admirał Matthews ma rację, składając mi tę propozycję, ale…
Wzruszyła wymownie ramionami, a Benjamin pokiwał ze zrozumieniem głową.
— Też nie byłem uszczęśliwiony, pozwalając mu na to — przyznał uczciwie — ale jestem zadowolony, że to zrobiłem. Wyglądasz lepiej, znacznie lepiej.
Katherine przysłuchująca się rozmowie przytaknęła, a Honor wzruszyła ramionami i przyznała:
— Wydaje mi się, że lepiej się czuję.
— Jesteś zadowolona ze swojej eskadry?
— Jeszcze nie, ale będę! — podziękowała mu uśmiechem za zmianę tematu. — Właśnie zakończyliśmy pierwsze manewry przeciwko Drugiej Eskadrze i dostaliśmy lanie co się zowie. Miałam przygotowaną pewną niespodziankę, ale zgranie nam nie wypaliło. No i Druga Eskadra zgrywała się cztery razy dłużej, ale i tak wszyscy moi oficerowie czekają z niecierpliwością na rewanż.
— Jesteś zadowolona ze wszystkich swoich oficerów? — spytał Protektor, akcentując słowo „wszystkich”.
— Tak. Admirał Matthews miał rację, ostrzegając, że brak im doświadczenia, ale uczą się szybko. I jestem zupełnie zadowolona ze swojego kapitana flagowego… — Co byłoby prawdą, gdyby nie irracjonalne uprzedzenia, których nadal nie mogła się do końca pozbyć. — Jeszcze z dwa miesiące i będą w stanie stawić czoło dowolnej eskadrze Królewskiej Marynarki.