Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
— To ty przesadzasz. Zrobiła to nie po to, by nas uratować, tylko żeby Manticore mogło nas połknąć! Ci z Masady to znany wróg, więc szatan wymyślił coś bardziej podstępnego: ofiarował nam „bohaterkę” i przynętę „nowoczesnych technologii”, a ten kretyn Mayhew połknął wszystko razem z żyłką! Jakie znaczenie ma to, czy Masada zniszczyłaby nas bombardowaniem, czy Manticore zniszczy nas, korumpując stopniowo przekupstwami i oszustwami?
Mueller nie odpowiedział. Upił łyk wina i westchnął w duchu. Zgadzał się, że „reformy” Mayhewa zatruwają dusze, ale męczyła go religijna zawziętość gospodarza. Burdette zanadto zbliżał się do etapu fanatyka, a to robiło się niebezpieczne, bowiem fanatycy działali nieostrożnie i w pośpiechu, co przeważnie przynosiło katastrofalne dla nich skutki. Mayhew i Harrington byli zbyt popularni i nim coś konkretnego się przeciwko nim przedsięwzięło, należało najpierw pozbawić ich choć części tej popularności. A to wymagało czasu, planowania i finezji, więc należało wyhamować nieco zapaleńca.
— A co z Ludową Republiką? — spytał. — Jeśli zerwiemy sojusz z Królestwem, to co powstrzyma Haven przed podbiciem nas? Na cud bym nie liczył, żebyś nie miał złudzeń.
— Haven nie interesowałoby się nami, patronie Mueller, gdyby Królestwo nie wciągnęło nas do tego twojego Sojuszu — odpowiedział Marchant, nim Fitzclarence zdążył się odezwać. — Tej całej ich Królowej nie wystarczyło moralne zepsucie i zepchnięcie nas na drogę grzechu — musiała jeszcze nas wciągnąć we własną brudną wojnę!
— A to wszystko stało się możliwe dzięki głupocie Mayhewa! — dodał jadowicie, choć spokojniejszym tonem gospodarz. — I zrobił to wyłącznie dla prywaty! Przez ponad sto lat Rada rządziła Graysonem i było dobrze, a ten skurwiel wykorzystał „kryzys”, który sam pomógł stworzyć, by przekonać Radę do sojuszu z Królestwem Manticore. A potem cofnął nas do rządów absolutnych i zmusił wszystkich, żeby przyjęli jego „osobiste rządy”! Osobiste!
Tym razem Burdette splunął na podłogę.
— On jest dyktatorem, a wy obaj z Johnem opowiadacie mi pierdoły o legalnych metodach postępowania!
Mueller ugryzł się w język i ponownie upił wina. Wnioski płynące z tyrady Williama były zatrważające, a Marchant znał się na geopolityce jak kura na pieprzu, więc nie było sensu z nim dyskutować. Z drugiej strony, gdyby Grayson wystąpił z Sojuszu, Ludowa Republika powinna zostawić ich w spokoju, bo zachęciłoby to innych członków Sojuszu do rozważenia zalet neutralności. Co się zaś tyczyło sytuacji wewnętrznej, to może i Mayhew nie stworzył zagrożenia, jak uważał Burdette, ale wykorzystał je dokładnie tak, jak gospodarz to przedstawił, co było nader bolesną prawdą.
Rada stopniowo redukowała Protektora do roli figuranta na długo przed urodzeniem się Benjamina i wszyscy patroni byli zadowoleni z tej sytuacji, ponieważ to oni kontrolowali Radę. Benjamin zagrał na czymś, o czym oni zapomnieli — liczył na to, że mieszkańcy Graysona nadal darzyli szacunkiem jego ród, i wykorzystał tę popularność i szacunek, podejmując zdecydowane działania, gdy zdawało się, że przegrali wojnę z Masadą. W tym czasie tak Rada, jak i Konklawe były sparaliżowane strachem, na wspomnienie którego Muellera nadal palił wstyd, ale był zbyt uczciwy, by temu zaprzeczyć. Wszyscy spanikowali i nikt nie był zdolny do działania — z wyjątkiem Benjamina Mayhewa.
Już to najprawdopodobniej by wystarczyło, żeby odebrać Radzie władzę, ale Mayhew przeżył zamach Machabeusza, Królestwo Manticore zaś zlikwidowało ostatecznie zagrożenie, jakim byli fanatycy z Masady, a połączenie tych elementów zniszczyło cały stary system. Od stuleci żaden Protektor nie cieszył się taką popularnością jak on i to mimo heretyckich „reform”. Konklawe zaś przyklaskiwało mu i dzięki temu miał taką władzę, że najtrafniej charakteryzowało ją słowo „absolutna”. Niższa izba parlamentu, dotąd pozbawiona znaczenia tak jak i Protektor, teraz do spółki z nim szachowała każde posunięcie Rady, które jej nie pasowało, i to, że dotąd nie wysunęła poważnych żądań, nie zmieniało faktu, że chciała być traktowana jako równorzędny partner Konklawe.
A najgorsze w tym wszystkim było to, że nikt nic na to nie mógł poradzić. Prestwick nadal był kanclerzem, a został poplecznikiem Mayhewa, głośno twierdząc, że silniejsza władza wykonawcza jest niezbędna w czasie wojny, co było policzkiem dla reszty patronów za brak zdecydowanej polityki zagranicznej. Tyle że wcześniej nie istniała potrzeba prowadzenia żadnej polityki zagranicznej. Zaistniała ona dopiero, gdy Gwiezdne Królestwo Manticore ściągnęło do ich systemu tę przeklętą wojnę, a to już nie było winą patronów.
Muellera rozbolała głowa, więc potarł zamknięte powieki, ale nie przestał intensywnie myśleć. Był głęboko wierzący i nigdy nie zależało mu na tym, by żyć w niepewnych czasach zmian. Zawsze próbował żyć po bożemu i najlepiej jak umiał przechodzić przez zsyłane przez Niego próby, ale nie potrafił zrozumieć, dlaczego Bóg zesłał mu tę. Jedyne czego chciał w życiu, to wypełniać wolę bożą, a gdy przyjdzie właściwy czas, przekazać władzę w domenie swemu synowi.
Benjamin Mayhew nie miał zamiaru mu na to pozwolić, o czym Mueller wiedział, choć nikt nigdy nie powiedział na ten temat słowa. Teoretycznie Protektor nie mógł zrobić niczego takiego, bo autonomia patronów stanowiła najdawniejszą tradycję, ale upiorny nowy porządek, do którego zmierzały jego reformy, był niemożliwy do wprowadzenia bez olbrzymiego zwiększenia władzy Miecza. Aby reformy ogarnęły naprawdę całą planetę i wszystkich jej mieszkańców, Protektor coraz bardziej będzie musiał ingerować w sprawy każdej domeny. Z początku uprzejmie, a długo jeszcze pod płaszczykiem „równości”, ale nie było co się oszukiwać — jeśli jego władza nie zostanie szybko ograniczona, to nieuchronną konsekwencją będzie ograniczenie władzy patronów. A ograniczyć władzę Protektora było trudno, tym trudniej, że w czasie wojny niezbędny jest silny przywódca cieszący się ogólnym posłuchem. Już to chociażby stanowiło potężną broń w rękach Mayhewa, a jedynym sposobem, by mu ją odebrać, było wymuszenie wyjścia z Sojuszu. A to można było osiągnąć jedynie przez…
Opuścił dłonie i spojrzał na gospodarza.
— Co chcesz, żebym zrobił? — spytał wprost. — Protektora wspiera nawet wielebny Hanks, a czy nam się to podoba czy nie, znajdziemy się w stanie wojny z największym imperium w tej części galaktyki. Jeżeli nie potrafimy zmienić tej sytuacji, to lepiej nie dawać mu pretekstu, bo zgniecie nas pod pozorem sabotowania wysiłku wojennego, zdrady czy czegoś równie patriotycznego.
— Ten świat należy do Boga! — oznajmił Burdette cicho, lecz nieugięcie, a jego oczy rozbłysły wewnętrznym ogniem. — Czego możemy się obawiać ze strony jakiegokolwiek imperium, jeśli Bóg jest naszym kapitanem?
Mueller wpatrzył się w jego oczy jak zahipnotyzowany — w tym, co mówił pobrzmiewało echo słów zwolenników Machabeusza i ich fanatycznych szefów z Masady, ale to nie wydawało się w tej chwili ważne. Chciał całym sercem, by pewność dawana przez wiarę i świat, który odziedziczył po ojcu i chciał przekazać synom, wróciły. I dlatego tak bezgranicznie sprzeciwiał się zmianom wprowadzanym przez Benjamina Mayhewa i Honor Harrington. Słowa Williama umocniły go w tym postanowieniu, przyciągając jak magnes.
— Co chcesz, żebym zrobił?… — powtórzył bardziej ulegle. Burdette uśmiechnął się i uniósł kielich, by Marchant go ponownie napełnił. Gdy to się stało, rozsiadł się wygodniej i powiedział z przekonaniem:
— Nic. W tej chwili absolutnie nic. W tej chwili tylko pomyśl. Mayhew przekreślił wiek prawnych precedensów, by sięgnąć po władzę. Zignorował cały system rządów, zmieniając tym samym sposób życia zamierzony dla nas przez Boga… Dlaczego w jakimkolwiek stopniu mamy poczuwać się do lojalności wobec kogoś takiego?… Nie jesteśmy mu nic winni, za to wszystko zawdzięczamy Bogu. Więc niech On ma prawo oczekiwać od nas, że przynajmniej spróbujemy zachować Jego świat takim, jak go zamierzył. Takim, jakim tworzyli go przez tysiąc lat nasi przodkowie, kierując się Jego prawami. Jak bardzo by Mayhew nie zwiódł ludzi, gdzieś wewnątrz każdy o tym wie równie dobrze jak my, tyle że nie każdy ma dość odwagi. A większość po prostu potrzebuje przywódcy. I przypomnienia, czego oczekuje od nich Bóg… i co dzieje się z tymi, którzy wkroczą na drogę grzechu.