Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak, z pewnością — zgodziłem się z niechęcią.
— To nie strosz piórek. Zabierasz swoją żonę na obiad. Podziękowałeś mi już za podwiezienie, ale dlaczego nie wyrazisz swej wdzięczności, zapraszając mnie na obiad, żebym nie musiał jeść sam?
Miałem nadzieję, że zdołam ukryć przerażenie i że szoferak nie spostrzegł mojego chwilowego wahania.
— Jasne, Steve. Jesteśmy ci coś winni. Poczekaj chwilę.
Załatwię, co trzeba.
Zacząłem wysiadać z kabiny.
— Alec, kłamiesz nie lepiej niż Maggie.
— Słucham?
— Myślisz, że jestem ślepy? Jesteś bez grosza. Albo, jeśli niezupełnie, to masz tak mało, że nie możesz kupić mi polędwicy ani nawet zakąski.
— To prawda — odpowiedziałem z godnością. — Chciałem załatwić co trzeba z kierownikiem restauracji. Mam zamiar pozmywać naczynia w zamian za trzy obiady.
— Tak też myślałem. Gdybyście byli po prostu spłukani, podróżowalibyście autobusem „Greyhounda” i mielibyście ze sobą jakiś bagaż. Gdybyście byli porządnie spłukani, ale jeszcze niezagrożeni głodem, podróżowalibyście autostopem, żeby oszczędzić na żarcie, ale też mielibyście jakiś bagaż — torbę, albo chociaż jakiś tłumoczek. Nie macie jednak nic… a na sobie wyjściowe ubrania. Na pustyni, na miłość Boską! To wyraźnie wskazuje na katastrofę.
Zachowałem milczenie.
— Posłuchaj — ciągnął — być może właściciel tego lokalu pozwoliłby ci pozmywać naczynia. Najpewniej jednak zapycha u niego trójka Meksów, a tylko dzisiejszego dnia przegonił trzech następnych. Tą właśnie drogą udają się na północ „turistas”, którzy przemknęli się przez dziury w ogrodzeniu. I tak zresztą nie mam czasu czekać, aż pozmywasz naczynia. Muszę jeszcze dziś dopchać się z tym pudłem o kupę mil na północ. Zrobimy interes. Ty zaprosisz mnie na obiad, a ja ci pożyczę forsę.
— To kiepski interes.
— Guzik prawda. Dobry. Bankierzy mówią na to „pożyczka na podstawie zaufania”. Najlepszy interes, jaki może być. Kiedyś, za rok albo za dwadzieścia, spotkasz inną młodą parę, głodną i bez grosza. Kupisz im obiad na tych samych zasadach i w ten sposób mnie spłacisz. Kapujesz?
— Spłacę ci to siedmiokrotnie!
— Jeden raz wystarczy. Potem rób to dla własnej przyjemności. Chodźmy na obiad.
Restauracja „Rimrock Restop” była porządna, lecz niezbyt elegancka, podobnie jak „U Rona” w innym wszechświecie. Był tam zarówno bufet, jak i stoliki. Steve zaprowadził nas do stolika i po chwili podeszła do nas stosunkowo młoda i ładna kelnerka.
— Cześć, Steve! Kopę lat!
— Cześć, malutka! Jak wyszła próba na króliku?
— Królik zdechł. A co z twoim badaniem krwi? — uśmiechnęła się do mnie i do Margrethe. — Cześć wam! Czego sobie życzycie?
Miałem dość czasu, aby się przyjrzeć menu — rzecz jasna najpierw po prawej stronie na dole. Na widok cen przeżyłem szok. Wróciły one do skali obowiązującej w świecie, który znałem najlepiej. Hamburgery za dziesięć centów, kawa za pięć, obiady za siedemdziesiąt pięć do dziewięćdziesięciu — to były ceny, które rozumiałem.
Spojrzałem na nie ponownie i powiedziałem:
— Proszę superburgera z serca, średnio wypieczonego.
— W porządku, stary. A co dla ciebie, kochanie?
Margrethe poprosiła o mniej wypieczonego superburgera.
— Steve? — zapytała kelnerka.
— To będą trzy piwa — „Coors” — i trzy smażone polędwice, jedna krwista, druga półkrwista, a trzecia wypieczona. Do tego normalne śmieci. Pieczone ziemniaki. Smażone obiecanki, co tam macie. Sałata. Bułki. To co zawsze. Deser później. Kawa.
— Się robi.
— Poznaj moich przyjaciół. Maggie, to jest Hazel. To jest Alec, mąż Maggie.
— Ty szczęściarzu! Cześć, Maggie, miło cię poznać. Szkoda tylko, że jesteś w takim towarzystwie. Czy Steve usiłował ci coś sprzedać?
— Nie.
— Całe szczęście. Nic od niego nie kupuj, nic nie podpisuj, o nic się z nim nie zakładaj. Ciesz się, że masz już męża. On ma żony w trzech stanach.
— W czterech — poprawił ją Steve.
— Już w czterech? Gratulacje. Maggie, damska toaleta jest za kuchnią. Mężczyźni muszą chodzić na zewnątrz budynku.
Oddaliła się szybko, szeleszcząc sukienką.
— To fajna kobitka — stwierdził Steve. — Wiesz, co opowiadają o kelnerkach, zwłaszcza w takich lokalach jak ten. No więc, Hazel to chyba jedyna dziwa przy tej autostradzie, która nie bierze za to forsy. Chodź, Alec.
Odprowadził mnie w kierunku męskiej toalety. Zanim dotarło do mnie, co powiedział, było już za późno, żeby czynić mu wymówki za to, że odezwał się w ten sposób w obecności damy. Musiałem też przyznać, że Margrethe nie poczuła się obrażona, lecz po prostu potraktowała to jako użyteczną informację, a nawet pochwałę dla Hazel. Myślę, że najwięcej kłopotów sprawiały mi te zmiany, które były związane nie z ekonomią, obyczajami czy techniką, lecz z językiem i związanymi z nim zakazami.
Gdy wróciliśmy, czekało na nas piwo, a wraz z nim odświeżona Margrethe.
Steve wzniósł toast — Skoal!
— Skoal! — odpowiedzieliśmy chórem.
Pociągnąłem jeden łyk, a za nim kilka następnych. Tego właśnie było mi potrzeba po długim dniu spędzonym na pustynnej autostradzie. Mój upadek moralny na SS „Konge Knut” obejmował też ponowne zawarcie znajomości z piwem, którego nie brałem do ust od czasu studiów na politechnice, a i wtedy popijałem raczej niewiele, gdyż brak mi było pieniędzy na nałogi. Miałem wrażenie, że piwo było świetne, lecz nie tak dobre jak duński „Tuborg” podawany na statku. Czy wiecie, że Biblia nie zawiera ani jednego słowa potępiającego piwo? W gruncie rzeczy słowo „piwo” oznacza w Biblii fontannę lub studnię.
Befsztyki były znakomite.
Pod wpływem piwa i dobrego jedzenia zacząłem nagle wyjaśniać Steve’owi, jak doszło do tego, że byliśmy zdani na łaskę nieznajomych… nie mówiąc mu nic istotnego.
Nagle Margrethe odezwała się:
— Alec, powiedz mu!
— Uważasz, że powinienem?
— Uważam, że ma prawo wiedzieć. Poza tym ufam mu.
— Jak chcesz. Steve, jesteśmy przybyszami z innego świata.
Nie roześmiał się, ani nawet nie uśmiechnął. Wyglądał na zainteresowanego. Po chwili zapytał:
— Przylecieliście w latającym talerzu?
— Nie. Mam na myśli inny wszechświat, nie po prostu inną planetę. Wydaje się, że to ta sama planeta. Dziś rano Margrethe i ja znajdowaliśmy się w stanie zwanym Arizona, w mieście zwanym Nogales. Nagle wszystko się zmieniło. Nogales skurczyło się i nic nie było takie jak wcześniej. Arizona wygląda chyba tak samo, choć nie znam zbyt dobrze tego stanu.
— Terytorium.
— Słucham?
— Arizona to terytorium, nie stan. Jej obywatele nie zgodzili się na przyjęcie statusu stanu.
— Aha. W moim świecie było podobnie. To miało coś wspólnego z podatkami. My jednak nie przybyliśmy z mojego świata. Ani ze świata Margi… — przerwałem. — Nie opowiadam tego zbyt dobrze.
— Może ty mogłabyś to wytłumaczyć? — zwróciłem się do Margi.
— Nie mogę tego wytłumaczyć — odparła — bo sama tego nie rozumiem. Jednak to prawda, Steve. Pochodzę z jednego świata, Alec z innego, mieszkaliśmy w innym, a dziś rano znajdowaliśmy się w jeszcze innym. Teraz trafiliśmy tutaj. Dlatego nie mamy żadnych pieniędzy. To jest, mamy pieniądze, ale nie są to pieniądze z tego świata.