Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Czy nie moglibyście omawiać tych światów po kolei? — zapytał Steve. — Straciłem orientację.
— Ona opuściła dwa światy — powiedziałem.
— Nie, kochanie, trzy. Zapomniałeś chyba o świecie góry lodowej.
— Nie, ten policzyłem… Steve, przepraszam cię. Spróbuję je wymienić po kolei. To nie jest łatwe. Dziś rano poszliśmy do lodziarni w Nogales, ponieważ chciałem kupić Margrethe lody z gorącym sosem toffi. Usiedliśmy przy stoliku naprzeciwko siebie, tak jak teraz. Światła na skrzyżowaniu ulicy świeciły mi prosto w oczy.
— Co ci świeciło w oczy?
— Światła uliczne — czerwone, zielone i bursztynowe. W ten sposób zauważyłem, że znowu znaleźliśmy się w innym świecie. Tutaj nie ma świateł ulicznych, przynajmniej ja ich nie widziałem. Ruch uliczny regulują policjanci. Lecz w świecie, w którym obudziliśmy się dziś rano, kierowano ruchem za pomocą świateł ulicznych.
— Dla mnie równie dobrze mogliby używać różdżki magicznej. Co to ma wspólnego z lodami dla Maggie?
— Gdy nasz statek się rozbił i unosiliśmy się na powierzchni oceanu, Margrethe zażyczyła sobie takich lodów. Dzisiaj po raz pierwszy miałem okazję zaprosić ją na te lody. Kiedy światła zniknęły, zrozumiałem, że znów przenieśliśmy się w inny świat, a to znaczyło, że moje pieniądze nie mają wartości. Nie mogłem więc kupić jej lodów. Ani obiadu. Nie miałem pieniędzy, przynajmniej takich, za jakie można coś kupić. Rozumiesz?
— Chyba zgubiłeś mnie trzy zakręty temu. Co się stało z twoimi pieniędzmi?
— Proszę.
Pogrzebałem w kieszeni, wyciągnąłem z niej nasze pilnie strzeżone pieniądze na bilet, wyjąłem ze sterty banknot dwudziestodolarowy i wręczyłem go Steve’owi.
— Nic się z nimi nie stało. Popatrz na to.
Obejrzał uważnie banknot.
— „Legalny środek płatniczy”. To brzmi w porządku. Co to jednak za typek na portrecie? I od kiedy zaczęli emitować banknoty dwudziestodolarowe?
— W twoim świecie zapewne nigdy. Na tym portrecie jest William Jennings Bryan, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1913 — 1921.
— W szkole imienia Horace’a Manna w Akron o nim nie uczyli. Pierwszy raz o nim słyszę.
— Według mojej szkoły wybrano go w roku 1896, nie, szesnaście lat później. W świecie Margrethe pan Bryan nigdy nie był prezydentem. Hej, Margrethe, to może być twój świat!
— Dlaczego tak sądzisz, kochanie?
— Może tak, a może nie. Podczas drogi z Nogales nie zauważyłem lądowiska ani żadnych znaków wskazujących do niego drogę. Właśnie sobie też przypomniałem, że przez cały dzień nie widziałem ani nie słyszałem odrzutowca, ani żadnej latającej maszyny? A ty?
— Nie, ja też nie. Nie myślałam jednak o nich. Jestem prawie pewna, że nic nie przelatywało w pobliżu — dodała.
— No, widzisz! A może to mój świat? Steve, jak tu wygląda rozwój aeronautyki?
— Aero-czego?
— Maszyny latające. Odrzutowce. Aeroplany wszelkich rodzajów. I sterowce. Czy macie sterowce?
— Żadna z tych nazw nic mi nie mówi. Mówisz o prawdziwym lataniu w powietrzu, jak ptak?
— Tak!
— Nic z tych rzeczy. Absolutnie. A może chodzi ci o balony? Widziałem kiedyś balon.
— Nie chodzi o balony. Właściwie sterowiec to jest rodzaj balonu. Jest jednak podłużny, nie okrągły — podobny do cygara. Napędzają go silniki, takie jak w twojej ciężarówce. Może rozwinąć prędkość stu mil na godzinę albo więcej. Zwykle lata wysoko — tysiąc, albo dwa tysiące stóp nad ziemią. Wyżej, gdy przelatuje nad górami.
Po raz pierwszy Steve okazał raczej zdumienie niż zainteresowanie.
— Boże wszechmogący! Naprawdę widziałeś coś takiego?
— Latałem nimi. Wiele razy. Pierwszy raz, gdy miałem zaledwie dwanaście lat. Kończyłeś szkołę w Akron? W moim świecie Akron słynie jako miasto, gdzie buduje się największe, najszybsze i najlepsze sterowce.
Steve potrząsnął głową:
— Coraz lepiej. Muszę się napić piwa. To najlepsza opowieść w moim życiu. Maggie, ty też widziałaś te sterowce? Latałaś w nich?
— Nie. W moim świecie ich nie ma. Leciałam jednak latającą maszyną. „Aeroplano”. Tylko raz. Bałam się, ale to było strasznie podniecające. Chętnie spróbowałabym jeszcze raz.
— No jasne. Co do mnie, myślę, że narobiłbym w portki ze strachu, ale chciałbym się czymś takim przelecieć, choćbym miał zginąć na miejscu. Wiecie co, zaczynam wam wierzyć. Mówicie tak przekonująco. I jeszcze te pieniądze. Jeśli to są pieniądze.
— Na pewno — upierałem się. — To pieniądze z innego świata. Przyjrzyj się im dokładnie, Steve. To na pewno nie są banknoty z twojego świata. Nie są to również rekwizyty. Komu chciałoby się robić takie piękne sztychy na rekwizytach? Artysta, który je wykonał, robił to z myślą o prawdziwych pieniądzach… a mimo to, nawet ich nominał jest nieprawidłowy. To zauważyłeś jako pierwsze. Poczekaj chwilę — sięgnąłem do następnej kieszeni. — O! Jest! — Wyjąłem banknot dziesięciopesowy z Królestwa Meksyku.
Spaliłem większość bezużytecznych pieniędzy, które nagromadziliśmy przed trzęsieniem ziemi — napiwki Margrethe z „Pancho Villa” — lecz zostawiłem kilka sztuk na pamiątkę.
— Popatrz też na to. Czy znasz hiszpański?
— Nie za bardzo. Najwyżej teksański. Hiszpański typu „Cantina”.
Obejrzał banknot.
— Wygląda na dobry.
— Przyjrzyj się dokładnie! — powiedziała Margrethe. — Tutaj jest napisane „Reino”. Czy nie powinno być „Republica”? A może w twoim świecie Meksyk jest królestwem?
— Jest republiką… a ja byłem jednym z tych, którzy pomogli w utrzymaniu tego stanu rzeczy. Kiedy służyłem w „marines”, nadzorowaliśmy tam wybory. To zdumiewające, jak garstka „marines” uzbrojonych po zęby może wpłynąć na uczciwość wyborów. No, kochani, przekonaliście mnie. Meksyk nie jest królestwem i autostopowicze, którzy nie mają nawet na obiad, nie powinni mieć ze sobą banknotów, z których wynika, że nim jest. Może zwariowałem, ale jestem gotów to przełknąć. Jakie jest wytłumaczenie tego wszystkiego?
— Steve — powiedziałem poważnym głosem. — Chciałbym to wiedzieć. Najprostsze wyjaśnienie to to, że zwariowałem i wszystko to jest złudzeniem — ty, ja, Marga, ta restauracja, ten świat — wszystko to wytwory mojego chorego mózgu.
— Jeśli chcesz, możesz sobie być złudzeniem, ale odczep się ode mnie i od Maggie. Czy znasz jakieś inne wytłumaczenie?
— Hmm… to zależy. Czy czytujesz Biblię, Steve?
— No więc i tak, i nie. Często na trasie leżę w łóżku, nie mogąc zasnąć i nie mam nic do czytania poza Biblią Gideona. Tak więc czasami ją czytuję.
— Czy przypominasz sobie Mateusza dwadzieścia cztery, dwadzieścia cztery?
— Co? A powinienem to znać?
Zacytowałem to dla niego.
— To jedna z możliwości, Steve. Te zmiany mogą być znakami zesłanymi przez diabła, aby nas sprowadzić na manowce. Z drugiej strony mogą one zapowiadać koniec świata i nadejście królestwa Chrystusa. Posłuchaj, co mówi słowo Pańskie: „Zaraz też po ucisku tych dni słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku; gwiazdy zaczną spadać z nieba i moce niebieskie zostaną wstrząśnięte.
„Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego, i wtedy będą narzekać wszystkie narody Ziemi; ujrzą Syna Człowieczego przechodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą. Pośle on swych aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzą jego wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba do drugiego”.