Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]

Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:

„Hiob” nawiązuje do „Boskiej Komedii” Dantego.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 96
Перейти на страницу:

Spędziliśmy w Nogales niespełna trzy tygodnie, zanim byłem w końcu zdolny zrealizować to, o czym śniłem od niemal pięciu miesięcy… i do czego przygotowywałem się od chwili naszego przybycia do Nogales (lecz musiałem zaczekać, aż będzie mnie na to stać). Wybrałem poniedziałek na realizację swego planu, ponieważ był to mój dzień wolny od pracy. Powiedziałem Margrethe, aby założyła nowe ubranie, ponieważ zabieram ją na poczęstunek. Ja również założyłem swój jedyny garnitur, nowe buty i czystą koszulę… oraz ogoliłem się, wykąpałem i przyciąłem paznokcie.

To był wspaniały dzień — słoneczny, ale nie nazbyt gorący. Oboje czuliśmy się szczęśliwi, gdyż po pierwsze, pani Owens napisała do brata McCaw, że — jeśli to możliwe — chciałaby zostać jeszcze tydzień, a po drugie, mieliśmy już dosyć pieniędzy na dwa bilety autobusowe do Wichita, choć nic poza tym. Jednakże wiadomość od pani Owens oznaczała, że będziemy mogli uciułać jeszcze czterysta dolarów, dzięki czemu będziemy mogli kupić po drodze coś do jedzenia, a nawet zostanie nam troszeczkę, gdy przybędziemy na miejsce.

Zabrałem Margrethe do lokalu, który odkryłem, gdy szukałem pracy jako pomywacz — miła staroświecka lodziarnia tuż obok dzielnicy występku.

Stanęliśmy przed lodziarnią.

— Najwspanialsza z dziewcząt, czy widzisz ten lokal? Czy pamiętasz rozmowę, jaką odbyliśmy na pełnym Pacyfiku, unosząc się na materacu do opalania i w gruncie rzeczy nie spodziewając się, że pożyjemy długo? Przynajmniej ja się tego nie spodziewałem.

— Kochany, jak mogłabym zapomnieć?

— Spytałem cię, o co byś poprosiła, gdybyś mogła otrzymać wszystko, czego zapragniesz? Pamiętasz, co mi odpowiedziałaś?

— Oczywiście! Lody z gorącym sosem toffi.

— Tak jest! Dzisiaj jest twoje święto, kochanie. Za chwilę dostaniesz te lody.

— Och, Alec!

— Tylko nie becz! Nie znoszę płaczących kobiet. Możesz też dostać mrożoną czekoladę albo lody z wiórkami kokosowymi. Czego tylko twoje serce zapragnie. Zanim jednak cię tu przyprowadziłem, upewniłem się, że zawsze mają tu lody z gorącym sosem toffi.

— Nie możemy sobie na to pozwolić. Powinniśmy oszczędzać na podróż.

— Możemy. Jedna porcja kosztuje pięć dolarów. Dwie dziesięć. Zamierzam też się szarpnąć i dać kelnerce dolara napiwku. Nie samym chlebem człowiek żyje. Kobieta to też człowiek. Chodź, kobieto!

Do stolika zaprowadziła nas ładna kelnerka (ale nie tak ładna jak moja jedyna). Posadziłem Margrethe tyłem do ulicy, odsuwając jej krzesło, a potem usiadłem naprzeciw.

— Jestem Tammy — przedstawiła się kelnerka, wręczając nam menu. Co chcielibyście państwo zamówić w ten śliczny dzień?

— Menu nam niepotrzebne — odparłem. — Dwa razy lody z gorącym sosem toffi.

Tammy zamyśliła się.

— Będziecie musieli poczekać parę minut. Chyba trzeba będzie podgrzać sos.

— Parę minut? Nic nie szkodzi. Czekaliśmy znacznie dłużej.

Kelnerka uśmiechnęła się i odeszła. Spojrzałem na Margę.

— Czekaliśmy znacznie dłużej, prawda?

— Alec, jesteś sentymentalny. To jeden z powodów, że cię kocham.

— Jestem sentymentalnym durniem i w tej chwili ślina mi cieknie na myśl o lodach. Chciałem ci jednak pokazać tę lodziarnię również z innego powodu. Marga, czy chciałabyś zostać właścicielką podobnego lokalu? To znaczy wspólnie bylibyśmy właścicielami. Ty będziesz szefową, a ja pomywaczem, odźwiernym, pomocnikiem, wykidajłą i czym jeszcze będzie trzeba.

Zamyśliła się głęboko.

— Mówisz poważnie?

— Jak najbardziej. Oczywiście teraz nie możemy otworzyć interesu. Musimy najpierw zaoszczędzić trochę pieniędzy. Nie będzie nam potrzeba wiele. Miły malutki lokalik. Pomaluję go sam na jasne, wesołe kolory. Saturator z wodą sodową i ograniczone menu. Hot dogi, hamburgery, duńskie kanapki i to wszystko. Może jeszcze zupy. Puszkowe zupy nie stanowią problemu.

Margrethe była oburzona.

— Tylko nie puszkowe. Potrafię ugotować prawdziwą zupę… tańszą i lepszą niż jakiekolwiek konserwy.

— Zdaję się na twoją specjalistyczną opinię. W Kansas jest przynajmniej pół tuzina miasteczek, gdzie taki lokal byłby bardzo potrzebny. Może udałoby się znaleźć jakąś rodzinną firmę, popracować przez rok dla właścicieli, a potem ich spłacić. Zmienilibyśmy nazwę na „Lody z gorącym sosem toffi” albo „Kanapki Margi”.

— Lepiej „Lody”. Alec, czy naprawdę sądzisz, że mogłoby nam się to udać?

Pochyliłem się w jej stronę i wziąłem ją za rękę.

— Jestem tego pewien, kochanie. I wcale nie musielibyśmy zapracowywać się na śmierć — potrząsnąłem głową. — To światło na skrzyżowaniu świeci mi prosto w oczy.

— Wiem. Za każdą zmianą świateł widzę, jak odbijają ci się w oku. Chcesz się zamienić miejscami? Mnie to nie przeszkadza.

— Mnie też nie. Działa tylko lekko hipnotycznie.

Spojrzałem na stolik, a potem przeniosłem wzrok z powrotem na światło.

— O, zgasło!

Margrethe obejrzała się za siebie.

— Nie widzę go. Gdzie jest?

— Hmm… o, kurczę, zniknęło. Na to wygląda.

Usłyszałem tuż obok męski głos:

— No to co zamawiacie? Wino albo piwo. Nie mamy koncesji na nic mocniejszego.

Spojrzałem w bok i ujrzałem kelnera.

— Gdzie Tammy?

— Co za Tammy?

Westchnąłem głęboko, starając się spowolnić bicie serca i powiedziałem:

— Przepraszam pana. Nie powinienem tu przychodzić. Właśnie zauważyłem, że zostawiłem portfel w domu — podniosłem się z miejsca. — Chodźmy, kochanie!

Margrethe wyszła za mną, milcząc, z otwartymi szeroko oczyma. Po wyjściu rozejrzałem się wkoło, próbując ustalić, co się zmieniło. Był to całkiem przyzwoity lokal, jak na pijalnię piwa. Nie była to jednak nasza miła lodziarnia.

Ani nie nasz świat!

XV

Nie chwal się dniem jutrzejszym

bo nie wiesz, co dzień ci przyniesie

Księga Przysłów 27, 1

Na zewnątrz, bez zastanowienia, skierowałem się w stronę misji Armii Zbawienia. Margrethe milczała, uczepiwszy się mojego ramienia. Powinienem odczuwać strach, lecz zamiast tego byłem wściekły.

— Niech ich diabli porwą! — mruknąłem po chwili.

— Kogo, Alec?

— Nie wiem. To właśnie najgorsze. Tego, kto nam to zrobił. Może to twój przyjaciel Loki.

— On nie jest moim przyjacielem, tak samo jak szatan nie jest twoim. Boję się i lękam tego, co Loki robi z naszym światem.

— Nie boję się. Jestem wściekły. Loki czy szatan, czy ktokolwiek, tego już za wiele. To nie ma sensu. Dlaczego nie mogli zaczekać trzydziestu minut? Mieliśmy te lody w zasięgu ręki — i zabrali nam je! Marga, to nieuczciwe! To czyste, niczym niezłagodzone okrucieństwo! Absurd dorównujący wyrywaniu skrzydeł muchom. Kimkolwiek oni są, gardzę nimi!

Zamiast kontynuować bezużyteczną rozmowę o sprawach, na które nie mieliśmy wpływu, Margrethe zapytała:

— Kochanie, dokąd idziemy?

— Co? — Stanąłem jak wryty. — Jak to dokąd, do misji.

— Czy na pewno nie zgubiliśmy drogi?

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)