Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
— Kim jest Joline, Zabawko? — Gdyby nie znał Tuon, powiedziałby, że słyszy w jej głosie zazdrość.
— Cholerną Aes Sedai — odrzekł gderliwie, mocno naciągając na głowę czapkę i z przyjemnością zerknął na dziewczynę. Zaszokowana Tuon aż otworzyła usta i opuściła dolną wargę.
Zamknął za sobą drzwi, zanim zdążyła znaleźć w sobie odpowiednie słowa i je wypowiedzieć. Drobna przyjemność. Jeden motyl na kupie gnoju. Tylin nie żyła, a Poszukiwaczki Wiatru mogły jeszcze wziąć na siebie winę, wbrew słowom Thoma. W dodatku Tuon i cholerne kości w jego głowie. Bardzo mały motyl na bardzo dużej kupie gnoju.
Przez niebo przetaczało się mnóstwo ciemnych chmur, z których solidnie padało. Zaczęła się prawdziwa ulewa, deszcz, który przeszywał do żywego. Matowi najpierw przylepiły się włosy do czaszki, mimo iż miał na niej czapkę, kilka kroków dalej przeciekł mu zaś płaszcz. Blaeric niemal nie zważał na wielkie, mokre krople, choć niezbyt starannie otulił się płaszczem. Cauthon nie mógł nic poradzić na pogodę, więc pochylił się tylko, zgarbił ramiona i brnął dalej wśród kałuży szybko powiększających się na ubitej ziemi służącej za ulice. Cauthon wiedział, że gdyby ruszył do swojego wozu po okrycie, i tak dotarłby tam kompletnie przemoczony. Poza tym aura pasowała do jego nastroju.
Zdziwił się, zauważywszy, że mimo padającego ulewnego deszczu w tym krótkim czasie, który spędził wewnątrz, wykonano na terenach widowiska niewiarygodną ilość pracy. Boczne ściany płócienne zwinięto, o ile dobrze widział, już chyba całkowicie, zniknęła gdzieś również połowa wozów towarowych, otaczających wcześniej wóz Tuon, podobnie jak większość zwierząt, które widział uprzednio przywiązane do barierek i palików. W pewnym momencie przejechała obok niego duża klatka z żelaznymi kratami, mieszcząca w sobie lwa z czarną grzywą. Klatka kierowała się ku drodze, ciągniona powoli przez zaprzęg koni równie mało zainteresowanych najwidoczniej śpiącym za nimi lwem, jak padającym na ich grzbiety deszczem. Wykonawcy także się ruszali, chociaż Mat nie miał pojęcia, kto wydał im rozkaz do odejścia. Większości namiotów już nie było, w jednym miejscu brakowało prawdopodobnie trzech jaskrawo pomalowanych wozów stojących tu wcześniej obok siebie, w innym zniknął chyba co drugi wóz, gdzie indziej natomiast stojących i czekających na hasło wymarszu wozów wydawało się wręcz zbyt wiele. Cauthon wiedział jednak, że artyści jeszcze nie uciekli — zobaczył Lucę, który defilował ulicą w jasnoczerwonym płaszczu, zatrzymując się tu i ówdzie, by poklepać jakiegoś mężczyznę po ramieniu lub szepnąć jakiejś kobiecie słówko, które ją rozśmieszy. Gdyby w widowisku doszło do rozłamu, jego właściciel bez wątpienia ścigałby osoby usiłujące umknąć. Trzymał tych ludzi przy sobie zarówno za pomocą perswazji, jak i innych metod i nigdy nie pozwolił nikomu odejść bez uprzedniej kłótni popartej krzykiem oraz mocnymi argumentami. Mat wiedział, że widok nadal pozostającego na miejscu Luki powinien go ucieszyć, tym niemniej zaczął się obawiać, że w chwili obecnej nic nie potrafi poprawić mu humoru. Czuł jedynie odrętwienie i gniew.
Wóz, do którego zabrał go Blaeric, niemal dorównywał wielkością siedzibie Luki, tyle że go nie pomalowano, a tylko pobielono. Zresztą biel w niektórych miejscach dawno wypłowiała, w innych się zabrudziła, a spływający deszcz odsłaniał raczej odcień szarości lub nagie drewno. Wóz należał do grupki błaznów: czterech markotnych mężczyzn, którzy malowali twarze dla gości widowiska, oblewali się nawzajem wodą lub bili dmuchanymi świńskimi pęcherzami, wszystkie wolne chwile zaś spędzali, racząc się winem, na które wydawali całe zarobione pieniądze. Za sumkę, którą zapłacił im za najem Cauthon, mogli pozostawać w stanie alkoholowego upojenia jeszcze przez dobre kilka miesięcy. Trudniejsze i kosztowniejsze było przekonanie innych, by na ten czas przyjęli ich do siebie.
Cztery kosmate, nijakie konie stały już zaprzężone do wozu, a Fen Mizar, drugi Strażnik Joline, spowity w stary szary płaszcz, tkwił na siedzeniu woźnicy i błaznów z cuglami w ręku. Skośnymi oczyma przypatrywał się Cauthonowi w sposób, w jaki wilk mógłby obserwować zuchwałego kundla. Strażnikom od początku nie podobał się plan Mata i jeśli to by zależało od nich, dawno zabraliby siostry daleko od niebezpiecznego miasta. Może i by im się udało, chociaż Seanchanie energicznie polowali na kobiety umiejące przenosić Moc — nawet tereny widowiska przeszukano przynajmniej cztery razy w dniach tuż po upadku Ebou Dar — toteż równie dobrze mogliby się w tej chwili znajdować w niewoli. Ze słów Egeanin i Domona Cauthon wnosił, iż Poszukujący potrafili nawet głaz zmusić do opowiedzenia wszystkiego, co widział. Na szczęście siostry nie były tak pewne siebie jak Strażnicy Joline. Niektóre przynajmniej bały się ryzyka.
Kiedy dotarli do schodków z tyłu wozu, Blaeric zatrzymał Mata, dotykając ręką jego piersi. Ociekająca deszczem twarz Strażnika wyglądała teraz jak wyrzeźbiona, nie bardziej zainteresowana towarzyszem niż kawałkiem drewna.
— Wraz z Fenem jesteśmy ci wdzięczni za wyprowadzenie naszej pani z miasta, Cauthon, jednak taka sytuacja nie może dłużej trwać. Siostry tłoczą się tutaj, dzieląc przestrzeń mieszkalną z innymi kobietami, z którymi nie bardzo się rozumieją. Jeśli nie znajdziemy dla nich innego wozu, będą kłopoty.
— O co dokładnie chodzi? — spytał Mat ze złością w głosie, podnosząc kołnierz płaszcza. Niestety, kołnierz niewiele pomagał. Był już mokry, i to z obu stron. Jeśli Joline wezwała go, by wysłuchał kolejnych jej jęków w sprawie kwater...
— Ona ci powie, o co dokładnie chodzi, Cauthon. Po prostu zapamiętaj moje ostrzeżenie.
Mat wymamrotał cicho przekleństwo, po czym wspiął się po pokrytych ziemią schodkach i wszedł do wozu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wóz wyposażono bardzo podobnie do siedziby Tuon, tyle że tu mieściły się cztery łóżka, z których górne dwa były obecnie złożone i przymocowane do ścian. Cauthon nie miał pojęcia, gdzie sypia każda z sześciu kobiet, podejrzewał jednak, że musiały sobie wywalczyć zajmowane miejsca. Atmosfera w wozie była niemal tak gorąca jak tłuszcz na blasze. Na każdym z dolnych łóżek siedziały po trzy kobiety, popatrując przed siebie gniewnie lub jawnie ignorując trójkę zajmującą drugie łóżko. Joline, której udało się uniknąć losu damane, zachowywała się tak, jakby trzy sul’dam nie istniały. Czytając małą książeczkę w drewnianej okładce i wręcz promieniejąc arogancją, wyglądała w każdym calu na Aes Sedai, mimo stroju — wytartej niebieskiej sukni, ostatnio należącej do treserki lwów. Inne dwie siostry zdążyły już wszakże poznać los damane. Edesina ostrożnie przyglądała się trzem sul’dam, jedna ręka tej Aes Sedai ani na chwilę nie oddalała się od noża przy pasie, podczas gdy oczy drugiej, imieniem Teslyn, stale się poruszały, przeskakując od sul’dam na boki i z powrotem, w rękach zaś nie przestawała miętosić ciemnych wełnianych spódnic. Mat nie wiedział, w jaki sposób Egeanin przymusiła trzy sul’dam do pomocy damane w ucieczce, jednak kontrolerki — choć podobnie jak Egeanin poszukiwane przez władze — bynajmniej nie zmieniły swego stosunku do kobiet przenoszących Moc. Bethamin, wysoka i tak ciemna jak Tuon, w eboudariańskiej sukni z bardzo głębokim dekoltem i podszytymi z jednej strony nad kolano spódnicami, spod których wyzierały spłowiałe, czerwone halki, postawą przypominała matkę, która czeka na nieuniknione oznaki złego zachowania ze strony swoich dzieci, natomiast blondwłosa Seta, okryta od stóp do szyi szarą wełnianą suknią z wysokim kołnierzem, wydawała się studiować niebezpieczne psy, które powinno się prędzej czy później zamknąć w klatce. Renna, jawnie wcześniej opowiadająca o odcinaniu rąk i nóg, również udawała, że czyta, jednak co jakiś czas podnosiła znad cienkiego tomu złudnie łagodne brązowe oczy i bacznie przyglądała się Aes Sedai, niezbyt przyjemnie się przy tym uśmiechając. Mat miał ochotę przekląć, zanim któraś z nich otworzy usta. Każdy mądry mężczyzna trzyma się z dala od niechętnych mu kobiet, szczególnie gdy wśród tych kobiet znajdowały się Aes Sedai. Niestety, identyczną atmosferę znajdował zawsze, ilekroć wchodził do tego wozu.