Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 173
Перейти на страницу:

Nad od­dzia­łem Źre­bia­rzy uno­si­ły się du­chy.

Du­chy przy­ku­te czar­ny­mi, na wpół przej­rzy­sty­mi łań­cu­cha­mi do pasa, jaki za­ło­żył je­den z cza­row­ni­ków. Było ich... sześć, osiem... dzie­sięć. Wi­dzia­ła trzy ste­po­we wil­ki, je­le­nia, dwa psy, mło­de­go ko­nia, coś, co mu­sia­ło być du­chem ma­łe­go niedź­wie­dzia, i... dwo­je lu­dzi. Męż­czy­znę i ko­bie­tę. I to te du­chy od­bi­ja­ły po­ci­ski. Od­bi­ja­ły i krwa­wi­ły. Za każ­dym ra­zem, gdy prze­szy­wa­ła je strza­ła – by zmie­niw­szy kie­ru­nek, upaść nie­szko­dli­wie gdzieś z boku – szar­pa­ły się na uwię­zi, jak­by za­da­wa­no im praw­dzi­we rany. Z miejsc tra­fie­nia wy­pły­wa­ły ciem­ne, ole­iste smu­gi, przez chwi­lę uno­szą­ce się w po­wie­trzu, by za­raz spły­nąć w dół i wzmoc­nić łą­czą­cy je z pa­sem łań­cuch. Im czę­ściej du­chy były tra­fia­ne, tym moc­niej­sze i trwal­sze sta­wa­ły się ich pęta.

Po­ja­wi­ło się wspo­mnie­nie. Noc, gwiaz­dy – ja­sne krop­ki bez za­pa­chu, ślad za­ją­ca, któ­ry prze­bie­gał w po­bli­żu wie­czo­rem, i to­wa­rzy­szą­cy mu za­pach ste­po­we­go lisa. Prze­lot­na ocho­ta, żeby spraw­dzić, czy ku­zyn na­peł­nił żo­łą­dek. I na­gle TO. Czar­ny łań­cuch wy­ła­nia­ją­cy się z ciem­no­ści i ude­rza­ją­cy pro­sto w pierś. Prze­szy­wa­ją­ce na wskroś, lo­do­wa­te i go­rą­ce jed­no­cze­śnie ko­rze­nie, któ­re z nie­go wy­ro­sły, wy­peł­nia­ją całe cia­ło, się­ga­ją każ­dej koń­czy­ny. I na­gle nie jest już sobą. Wsta­je, choć nie chce, idzie, choć nie chce. A po­tem do­sta­je sza­łu. Szar­pie się, gry­zie łań­cuch, a choć czu­je w py­sku praw­dzi­we, zim­ne że­la­zo, ogni­wa wresz­cie się pod­da­ją. Prze­wra­ca się, ta­rza, gry­zie moc­niej, zim­ne ko­rze­nie pę­ka­ją i na­gle ma wła­dzę nad tyl­ny­mi ła­pa­mi, po­tem pę­ka­ją ko­lej­ne ogni­wa, wsta­je, za­ta­cza się, war­czy. Za­ci­ska szczę­ki, aż ja­sne świa­tło wy­bu­cha mu pod czasz­ką.

Łań­cuch pęka.

To wszyst­ko trwa­ło kró­cej niż mgnie­nie oka. Te­raz to były jej wspo­mnie­nia, jak­by to ona skra­da­ła się przez noc­ny step i gry­zła wid­mo­wy łań­cuch. I wspo­mnie­nia na­stęp­nych trzech dni i nocy, któ­re Ber­deth spę­dził na ste­pie, cze­ka­jąc na oka­zję do ata­ku. Po­lo­wał na cza­row­ni­ka. Ni­g­dy nie są­dzi­ła, że pies może ko­goś tak nie­na­wi­dzić, i jed­no­cze­śnie sama czu­ła te­raz tą or­ga­nicz­ną, zwie­rzę­cą wście­kłość. Zjed­no­cze­nie nio­sło ze sobą ta­kie dary, choć cza­sem za­sta­na­wia­ła się, ile tu­taj za­le­ży od Ber­de­tha. I któ­re z jej wspo­mnień sta­ją się czę­ścią jego pa­mię­ci.

Ta krót­ka chwi­la, drob­ne zwol­nie­nie, gdy prze­sta­ła po­pę­dzać ko­nia, wy­star­czy­ło, żeby wy­pa­dła z szy­ku i zna­la­zła się do­bre dwa­dzie­ścia jar­dów za resz­tą. Cza­ar­dan wciąż gnał, sta­ra­jąc się za­mknąć lukę, któ­rą wy­pa­trzy­li ko­czow­ni­cy. Znisz­cze­nie kil­ku a’ke­erów nie bę­dzie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia, je­śli co naj­mniej dwóch Źre­bia­rzy wy­mknie się z pu­łap­ki. Łowy wciąż trwa­ły.

Ale te­raz wie­dzia­ła. Je­den z nich był praw­dzi­wym Lannho­wenŁow­cą Dusz. Ta­kim, ja­kie­go oba­wia­li się i nie­na­wi­dzi­li nie­mal wszy­scy. Ta­kim, któ­ry mógł prze­mo­cą za­trzy­mać du­szę przy so­bie i uży­wać jej jako nie­wol­ni­ka. Do­pó­ki miał te du­chy w swo­jej wła­dzy, do­pó­ty strza­ły nie mo­gły mu nic zro­bić, bo nie mu­siał czer­pać Mocy z żad­ne­go źró­dła. Prę­dzej cały pułk wy­strze­la wszyst­kie po­ci­ski, niż on się zmę­czy.

Wy­peł­ni­ła ją zim­na, dzi­ka i wście­kła nie­na­wiść. Emo­cje Ber­de­tha. Stłu­mi­ła ją, na­rzu­ci­ła swo­ją wolę. Tak­ty­ka psa, któ­ry chciał rzu­cić się do ata­ku, gry­ząc i ska­cząc do gar­deł, nie była naj­lep­sza. W tej wal­ce to ona po­win­na kie­ro­wać.

Cza­ar­dan zna­lazł się w za­się­gu strza­łu. Ob­ser­wo­wa­ła, jak po­ci­ski są prze­chwy­ty­wa­ne przez du­chy, jak strza­ły zwal­nia­ją i nie­szko­dli­wie spa­da­ją na zie­mię. Za każ­dym ra­zem łań­cu­chy nie­znacz­nie się po­gru­bia­ły.

Zo­sta­ło jej tyl­ko pięć szy­deł i jed­na igła.

Po­chy­li­ła się nad koń­skim uchem.

– No, To­ryn. Daj z sie­bie wszyst­ko, sta­rusz­ku.

Od­bi­ła w lewo, nie pró­bu­jąc do­go­nić resz­ty, po­cwa­ło­wa­ła dzi­ko przed sie­bie. To­ryn mógł biec tak jesz­cze kil­ka chwil, za­nim za­ry­je chra­pa­mi w zie­mię. Lecz da­wał z sie­bie wszyst­ko, tak jak pro­si­ła, bo jeź­dzi­li ra­zem od trzech lat i ni­g­dy nie za­wie­dli wza­jem­ne­go za­ufa­nia.

Zna­la­zła się w luce, w któ­rej usi­ło­wał zmie­ścić się ucie­ka­ją­cy od­dział. Bar­dziej wy­czu­ła, niż zo­ba­czy­ła, jak kil­ku in­nych pró­bu­je za nią po­dą­żyć, lecz gwiz­dek La­skol­ny­ka osa­dził ich w miej­scu. Je­śli cza­ar­dan roz­cią­gnął­by szyk, tych dwu­dzie­stu Se-koh­land­czy­ków ro­ze­rwa­ło­by jego li­nię i po­mknę­ło w step. Mię­dzy ko­czow­ni­ka­mi a dro­gą uciecz­ki zna­la­zła się tyl­ko sa­mot­na dziew­czy­na.

Za­trzy­ma­ła ko­nia, gdy byli dwie­ście jar­dów przed nią. Pięć szy­deł i jed­na igła.

Wy­pu­ści­ła pierw­szą strza­łę, dru­gą i trze­cią, świa­do­ma, że dy­stans jest tro­chę za duży dla szy­deł. Do­le­cieć, do­le­cą, ale cięż­kie strza­ły będą mia­ły już wte­dy zbyt mały im­pet, żeby co­kol­wiek zdzia­łać. Ale jed­ne­go była pew­na. Ten Źre­biarz mu­siał­by być bo­giem łucz­ni­ków, żeby roz­po­znać, jaka strza­ła nad­la­tu­je.

Duch je­le­nia wy­sko­czył i od­bił nad­la­tu­ją­ce po­ci­ski. Tyl­ko on. Resz­ta wciąż osła­nia­ła ucie­ki­nie­rów przed ostrza­łem z tyłu i z boku. Wi­dzia­ła, jak ska­cze, rą­czy i pięk­ny na­wet po śmie­ci, i ser­ce jej krwa­wi­ło na wi­dok ciem­nych smug, któ­re strza­ły wy­rwa­ły z jego cia­ła.

Ża­den ko­czow­nik nie się­gnął po łuk, żeby po­słać jej strza­łę. Po co? Za kil­ka ude­rzeń ser­ca stra­tu­ją ją i po­gna­ją da­lej.

Zu­ży­ła ostat­nie szy­dło i się­gnę­ła po igłę. Jej sze­ro­ki, pła­ski grot był tak ostry, że moż­na by go uży­wać jako brzy­twy. Na­pię­ła łuk, wy­rów­na­ła od­dech. Wi­dzia­ła już wy­raź­nie każ­dą twarz, lecz skon­cen­tro­wa­ła się tyl­ko na jed­nej. Jej wła­ści­ciel trzy­mał na uwię­zi du­chy.

Zjed­no­cze­nie zni­kło rów­nie na­gle, jak się po­ja­wi­ło. Ber­deth po­rzu­cił ją po raz dru­gi.

Tak, jak mu na­ka­za­ła.

Mięk­ko, nie­mal de­li­kat­nie, zwol­ni­ła cię­ci­wę.

Igła była szyb­ka. Znacz­nie szyb­sza niż szy­dło, tak wła­śnie ją zro­bio­no. Lek­kie drzew­ce i mięk­kie lot­ki mia­ły za­pew­nić jej pręd­kość i za­sięg. Po­mknę­ła pła­skim to­rem na spo­tka­nie twa­rzy Źre­bia­rza i wy­da­wa­ło się, że nic nie zdo­ła jej wy­prze­dzić.

Duch je­le­nia był szyb­szy. Wy­rósł mię­dzy cza­row­ni­kiem a po­ci­skiem, po­chy­la­jąc pięk­ny, ro­so­cha­ty łeb w ge­ście god­nym księ­cia każ­dej pusz­czy. Nad­sta­wił pierś.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)