Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Nad oddziałem Źrebiarzy unosiły się duchy.
Duchy przykute czarnymi, na wpół przejrzystymi łańcuchami do pasa, jaki założył jeden z czarowników. Było ich... sześć, osiem... dziesięć. Widziała trzy stepowe wilki, jelenia, dwa psy, młodego konia, coś, co musiało być duchem małego niedźwiedzia, i... dwoje ludzi. Mężczyznę i kobietę. I to te duchy odbijały pociski. Odbijały i krwawiły. Za każdym razem, gdy przeszywała je strzała – by zmieniwszy kierunek, upaść nieszkodliwie gdzieś z boku – szarpały się na uwięzi, jakby zadawano im prawdziwe rany. Z miejsc trafienia wypływały ciemne, oleiste smugi, przez chwilę unoszące się w powietrzu, by zaraz spłynąć w dół i wzmocnić łączący je z pasem łańcuch. Im częściej duchy były trafiane, tym mocniejsze i trwalsze stawały się ich pęta.
Pojawiło się wspomnienie. Noc, gwiazdy – jasne kropki bez zapachu, ślad zająca, który przebiegał w pobliżu wieczorem, i towarzyszący mu zapach stepowego lisa. Przelotna ochota, żeby sprawdzić, czy kuzyn napełnił żołądek. I nagle TO. Czarny łańcuch wyłaniający się z ciemności i uderzający prosto w pierś. Przeszywające na wskroś, lodowate i gorące jednocześnie korzenie, które z niego wyrosły, wypełniają całe ciało, sięgają każdej kończyny. I nagle nie jest już sobą. Wstaje, choć nie chce, idzie, choć nie chce. A potem dostaje szału. Szarpie się, gryzie łańcuch, a choć czuje w pysku prawdziwe, zimne żelazo, ogniwa wreszcie się poddają. Przewraca się, tarza, gryzie mocniej, zimne korzenie pękają i nagle ma władzę nad tylnymi łapami, potem pękają kolejne ogniwa, wstaje, zatacza się, warczy. Zaciska szczęki, aż jasne światło wybucha mu pod czaszką.
Łańcuch pęka.
To wszystko trwało krócej niż mgnienie oka. Teraz to były jej wspomnienia, jakby to ona skradała się przez nocny step i gryzła widmowy łańcuch. I wspomnienia następnych trzech dni i nocy, które Berdeth spędził na stepie, czekając na okazję do ataku. Polował na czarownika. Nigdy nie sądziła, że pies może kogoś tak nienawidzić, i jednocześnie sama czuła teraz tą organiczną, zwierzęcą wściekłość. Zjednoczenie niosło ze sobą takie dary, choć czasem zastanawiała się, ile tutaj zależy od Berdetha. I które z jej wspomnień stają się częścią jego pamięci.
Ta krótka chwila, drobne zwolnienie, gdy przestała popędzać konia, wystarczyło, żeby wypadła z szyku i znalazła się dobre dwadzieścia jardów za resztą. Czaardan wciąż gnał, starając się zamknąć lukę, którą wypatrzyli koczownicy. Zniszczenie kilku a’keerów nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli co najmniej dwóch Źrebiarzy wymknie się z pułapki. Łowy wciąż trwały.
Ale teraz wiedziała. Jeden z nich był prawdziwym Lann’howen – Łowcą Dusz. Takim, jakiego obawiali się i nienawidzili niemal wszyscy. Takim, który mógł przemocą zatrzymać duszę przy sobie i używać jej jako niewolnika. Dopóki miał te duchy w swojej władzy, dopóty strzały nie mogły mu nic zrobić, bo nie musiał czerpać Mocy z żadnego źródła. Prędzej cały pułk wystrzela wszystkie pociski, niż on się zmęczy.
Wypełniła ją zimna, dzika i wściekła nienawiść. Emocje Berdetha. Stłumiła ją, narzuciła swoją wolę. Taktyka psa, który chciał rzucić się do ataku, gryząc i skacząc do gardeł, nie była najlepsza. W tej walce to ona powinna kierować.
Czaardan znalazł się w zasięgu strzału. Obserwowała, jak pociski są przechwytywane przez duchy, jak strzały zwalniają i nieszkodliwie spadają na ziemię. Za każdym razem łańcuchy nieznacznie się pogrubiały.
Zostało jej tylko pięć szydeł i jedna igła.
Pochyliła się nad końskim uchem.
– No, Toryn. Daj z siebie wszystko, staruszku.
Odbiła w lewo, nie próbując dogonić reszty, pocwałowała dziko przed siebie. Toryn mógł biec tak jeszcze kilka chwil, zanim zaryje chrapami w ziemię. Lecz dawał z siebie wszystko, tak jak prosiła, bo jeździli razem od trzech lat i nigdy nie zawiedli wzajemnego zaufania.
Znalazła się w luce, w której usiłował zmieścić się uciekający oddział. Bardziej wyczuła, niż zobaczyła, jak kilku innych próbuje za nią podążyć, lecz gwizdek Laskolnyka osadził ich w miejscu. Jeśli czaardan rozciągnąłby szyk, tych dwudziestu Se-kohlandczyków rozerwałoby jego linię i pomknęło w step. Między koczownikami a drogą ucieczki znalazła się tylko samotna dziewczyna.
Zatrzymała konia, gdy byli dwieście jardów przed nią. Pięć szydeł i jedna igła.
Wypuściła pierwszą strzałę, drugą i trzecią, świadoma, że dystans jest trochę za duży dla szydeł. Dolecieć, dolecą, ale ciężkie strzały będą miały już wtedy zbyt mały impet, żeby cokolwiek zdziałać. Ale jednego była pewna. Ten Źrebiarz musiałby być bogiem łuczników, żeby rozpoznać, jaka strzała nadlatuje.
Duch jelenia wyskoczył i odbił nadlatujące pociski. Tylko on. Reszta wciąż osłaniała uciekinierów przed ostrzałem z tyłu i z boku. Widziała, jak skacze, rączy i piękny nawet po śmieci, i serce jej krwawiło na widok ciemnych smug, które strzały wyrwały z jego ciała.
Żaden koczownik nie sięgnął po łuk, żeby posłać jej strzałę. Po co? Za kilka uderzeń serca stratują ją i pognają dalej.
Zużyła ostatnie szydło i sięgnęła po igłę. Jej szeroki, płaski grot był tak ostry, że można by go używać jako brzytwy. Napięła łuk, wyrównała oddech. Widziała już wyraźnie każdą twarz, lecz skoncentrowała się tylko na jednej. Jej właściciel trzymał na uwięzi duchy.
Zjednoczenie znikło równie nagle, jak się pojawiło. Berdeth porzucił ją po raz drugi.
Tak, jak mu nakazała.
Miękko, niemal delikatnie, zwolniła cięciwę.
Igła była szybka. Znacznie szybsza niż szydło, tak właśnie ją zrobiono. Lekkie drzewce i miękkie lotki miały zapewnić jej prędkość i zasięg. Pomknęła płaskim torem na spotkanie twarzy Źrebiarza i wydawało się, że nic nie zdoła jej wyprzedzić.
Duch jelenia był szybszy. Wyrósł między czarownikiem a pociskiem, pochylając piękny, rosochaty łeb w geście godnym księcia każdej puszczy. Nadstawił pierś.