Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 151
Перейти на страницу:

Opuściła wzrok. Nie. Nie ma cię tu. Ty nie jesteś moim bratem.

– Nie zostało mi już dużo z naszej umowy, ale teraz zawiązujemy nową. Wiesz, Deana… Czasem myślę, że popadam w obłęd, ale kiedy pokazała mi ciebie… To dobra wymiana. Wiesz, że się uczę? Nieustannie. Siniaki, rany, zwichnięcia, czasem potrafię już utrzymać płomyk w środku przez wiele godzin. Godzin… I czuję, jak mnie wypala. Czasem nawet wygrywam. Proszę, odezwij się do mnie.

Przykucnął nagle przed nią, twarzą w twarz, a ona, choć bardzo tego nie chciała, utonęła w jego oczach. Tyle… To nie był ból, tylko coś ponad i pod, to, co zostaje, gdy człowiek uświadamia sobie, że cierpienie jest tylko czarnym naczyniem, a naprawdę ważne jest to, co znajduje się w jego środku. I gdy znajdzie w sobie tyle odwagi, by do niego zajrzeć.

Deana nie potrafiła oderwać wzroku od tego, co połyskiwało w głębi jego źrenic.

– Pamiętasz, jak mnie uczyłaś? Większości tego, co potrafię, nauczyłem się od ciebie. Od starszej siostry. Poprawiałaś mi chwyt na rękojeści miecza, pokazywałaś, jak stawiać stopy, jak oddychać. Niektórzy śmiali się potem, że walczę jak dziewczyna… Odezwij się do mnie, proszę.

Zamknęła oczy, z wysiłkiem, kratą powiek zamknęła wejście z twierdzy swojego umysłu.

Nie… ty już nie jesteś moim bratem.

Parsknął suchym, podszytym obłędem śmiechem. Jakby w skorupie czaszki grzechotały potrzaskane kości.

– Powiedziała, że tak będzie. Nienawidzę, kiedy ma rację. Wiesz, że mogłabyś mnie pokonać, wtedy, na placu, gdy zabijałem synów Lengany? Ale teraz już nie. Ja już przeszedłem… Ha, ogień to takie banalne. Rzekę popiołów, gorących, lepkich, cuchnących… Wypaliły mnie. Nie wtedy… przy ścianie… nie na pustyni, gdy całował mnie skorpion, nie w mieście nad morzem ani nie w lesie… teraz… rozumiesz, teraz się wypaliłem…

Yatech

Nie usłyszał, rzecz jasna.

– Jesteśmy kukłami zwyczajów, wiary, przesądów, tradycji. Trzeba przejść przez rzekę popiołów, powiedziała, wykąpać się w nich… aż wszystko to opadnie z ciebie jak garść pyłu. Wtedy ukazujesz się prawdziwy ty.

Wstał.

– Zastanawiałaś się czasem, jak by to było, gdyby nasza matka wyszła za jakiegoś Meekhańczyka i urodziła nas w zwykłej, północnej rodzinie?

Przeraziła ją zmiana w jego głosie, jakby mówił dawny Yatech, zawsze spokojny i zawsze lekko onieśmielony. Jakby nic się nie zmieniło przez ostatnie miesiące.

– Vernean pewnie by jeszcze żył. Miałby już żonę i dzieci, ty pewnie też uczyniłabyś mnie wujkiem, może mielibyśmy inne rodzeństwo, braci i siostry, może z lękiem i fascynacją patrzylibyśmy na Południe, na góry zamieszkane przez dzikich, zasłaniających twarze wojowników. A może by nas w ogóle nie było. Jedna decyzja, poryw serca jednej kobiety, i jesteśmy tu. Ty i ja. Tak daleko od domu. Kiepskie miejsce, żeby przeciąć więzy.

Usłyszała, jak wyciąga z pochwy miecz. Coś jak podmuch, nie, mniej niż podmuch powietrza, i krępujące ją rzemienie opadły.

Westchnął, i to westchnienie wbiło jej nóż w serce.

Och, Yatech

– Gdybyśmy urodzili się w Imperium, przynosiłbym ci czasem kwiatki, czasem jakąś wstążkę albo małe zwierzątko, wszystko to, co podobno lubią dziewczyny z Północy. Ale jesteśmy tym, kim jesteśmy. Więc dam ci własny prezent, Deana, na pożegnanie. Jedyny, jaki ktoś urodzony w górach może dać swojej siostrze. A gdy spotkamy się następnym razem… nie wyciągaj na mnie broni, proszę. Zabiję cię, jeśli będę musiał. Ale teraz…

Otworzyła oczy w ostatniej chwili, by zobaczyć, jak rusza ku szczelinie, gdzie zniknęli bandyci.

Yatech…

Nie odezwała się, nie skrzywiła, lodowa obręcz spinająca jej gardło sięgnęła wyżej, zakuła twarz w pancerz. Wszedł między skały.

Spróbowała wstać i aż zgięła się wpół z nagłego bólu. Przez łoskot krwi tętniącej w skroniach, przez błyskawice i gromy przetaczające się jej w głowie, usłyszała najpierw odległy krzyk, potem drugi, trzeci, czwarty… Każdy z nich urywał się nagle, zanim krzyczący wypuścił całe powietrze z płuc. Coś nagle huknęło głucho, ślina wypełniła jej usta, a ze szczeliny powiał gwałtowny wiatr. A potem była już tylko kakofonia dźwięków, wrzasków, brzęczącej stali, głuchych jęków, rzężenia.

Podpełzła do szabli leżącej kilka kroków dalej. Dziewczyna wstała ostrożnie, jakby była dzieckiem uczącym się trudnej sztuki chodzenia. Tupot stóp w szczelinie, jeden z bandytów wybiegający na oślep wprost na nią. Bezwiedny, szybszy niż świadoma myśl krok w przód i ruch ręki. Ból eksplodujący w boku i mężczyzna łapiący się za gardło, charkoczący, padający na ziemię. Nie musiała uderzać, twarz miał już rozrąbaną niemal na pół, a niosło go tylko obłędne przerażenie.

Upadł i zapanowała cisza.

Nikt nie wyszedł z pęknięcia w skale, choć czekała kwadrans, potem drugi, aż do chwili, gdy słońce przywitało się ze światem. Potem założyła ekchaar i wspierając się na szabli jak na lasce, weszła do środka.

Krótka szczelina otwierała się na skalną nieckę, owalną jak przekrój gigantycznego jaja i martwą jak bestia, która to jajo kiedyś złożyła. Pierwszy trup, drugi i trzeci, skórzany kubek i sześć kości między nimi. Oszczepy i toporki, po które nie zdążyli sięgnąć. Nieco dalej czarownik, rozrąbany od lewego barku po prawe biodro, z kamiennej ściany wokół niego zdawało się wyciekać coś lodowatego i lepkiego.

Kolejnych dwóch bandytów wykorzystało swój czas i dobyło broni, szabla tkwiąca w śmiertelnym uchwycie równo odrąbanej dłoni była jak znak, podpis, sama go uczyła takiego cięcia. Ostatnich dwóch, w tym młodzika udającego przywódcę, Yatech zapędził w kąt, gdzie bronili się rozpaczliwie. Stalowa klinga wyższego z nich pękła od straszliwego uderzenia, które chybiając celu, trafiło w jeden z leżących tu głazów. Policzyła.

Najpierw trzech zaskoczonych wartowników, potem czarownik, najgroźniejszy z całej bandy, potem reszta i ten, który zdołał wybiec na zewnątrz, martwy już, choć jego nogi jeszcze o tym nie wiedziały. Dziewięciu. I wszystko odbyło się szybko i czysto. Czysto i szybko, jakby Yatech nie walczył o życie, lecz sprzątał, od niechcenia wymiatał śmieci.

Kim się stałeś, bracie?

Już go tu nie było, zresztą szczerze mówiąc, nie spodziewała się tego. Źle. Miała nadzieję, że go nie będzie, w tym stanie nie dałaby rady… nie zdołałaby… teraz, gdy jest taka poharatana…

Walczyć z nim? Zabić go?

Pojawienie się tych myśli przeszyło ją nagłą błyskawicą białego bólu. Nawet jeśli prawa plemienia mówiły o gaaneh „Gdy je znajdziesz, przynieś temu ciału pokój”, ona nie była pewna… nie chciała…

Nie! Odrzuciła te myśli.

Dziś, teraz miała inne zobowiązania.

Zakręciło jej się w głowie, a kolejny atak cierpienia pozbawił tchu, aż musiała oprzeć się o skałę. I wtedy zobaczyła coś, co ścisnęło jej serce bólem tak wielkim, że przy nim połamane żebra wydawały się nieco niezgrabną pieszczotą.

Na głazie pośrodku niecki, trochę bezwładnie, lecz starannie ułożone, leżały cztery bukłaki, trochę zapasów i dwie lekkie szable, skrzyżowane w sposób, w który zawsze wieszała na ścianie swoje talhery.

Och, braciszku.

Usiadła pod skałą, niezdolna utrzymać się na nogach.

*

Miotła. Popiół. Praca.

I pochylać głowę, nisko, by nikt nie widział uśmieszku tańczącego na wargach, by nie złowił błysku w oczach. A zwłaszcza on. Mężczyzna w masce, który po raz pierwszy wydał z siebie jakiś odgłos, choć ten rzężący, podobne do charczenia topielca oddech trudno było uznać za zabawny. W chwili gdy strażnik czarnowłosej trafił na pustynię, wojownik w szkarłacie zerwał się na równe nogi i zacisnął opancerzoną dłoń na przedramieniu chłopca.

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)