Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 104
Перейти на страницу:

W całym Zawołżsku jedynie Mitrofaniusz znał właściwą przyczynę zaniepokojenia i nerwowości prokuratora. Umówili się obydwaj, że wszystko będą zachowywali w najściślejszej tajemnicy, pamiętając o śladzie buta, który omal nie zgubił Pelagii, a także o wszechobecności nieznanego przeciwnika.

Zniknięcie kierowniczki szkoły diecezjalnej wyjaśnione zostało przyczynami zdrowotnymi: siostra zaziębiła sobie nerki, kąpiąc się nierozsądnie w lodowatej Rzece, teraz więc wyprawiona została pilnie na leczenie do kaukaskich wód. W szkole szalała progresistka Swiekołkina, dręcząc biedne dziewczynki ułamkami dziesiętnymi i różnoramiennymi trójkątami.

Późnymi wieczorami zaś pojawiał się u Mitrofaniusza Matwiej Bencjonowicz i zdawał szczegółowe sprawozdania z podjętych działań, po czym otwierali obydwaj atlas i próbowali ustalić, gdzie w danej chwili znajduje się Pelagia – z jakichś powodów przynosiło im to dużą satysfakcję. „Zdaje się, że mija Kercz – mówił na przykład biskup. – Widać tam obydwa brzegi, i krymski, i kaukaski. A za cieśniną fala jest już zupełnie inna, morska". Albo: „Płynie po morzu Marmara. Słońce tam przypieka, pewnie obsypała się piegami". Tu biskup i prokurator uśmiechali się z rozmarzeniem, przy czym jeden rozglądał się po kątach, a drugi patrzył w sufit.

Po czym Berdyczowski zniknął, wezwany jakoby przez ministerstwo. Nie było go przez tydzień. Wrócił i natychmiast z przystani, nie myśląc w ogóle o domu, pospieszył do władyki.

A to kanciarz!

Ledwie zamknął za sobą drzwi gabinetu, wypalił:

– Miała rację. Zresztą jak zawsze... Nie, nie, nie będę uprzedzał faktów. Jak pamiętacie, postanowiliśmy dotrzeć do bandytów poprzez ich pierwsze przestępstwo, to jest grabież Manujłowej „kasy". Bo też od tego wydarzenia pociągnęła się złowieszcza nić. Zakładaliśmy, że „warszawscy" upatrzyli sobie ofiarę zawczasu i – zgodnie ze swoim zwyczajem – „prowadzili" ją, czekając na dogodny moment. Postanowiłem odtworzyć marszrutę, jaką pokonały „znajdy", i pójść tym tropem, wyszukując świadków.

– Pamiętam, wszystko pamiętam – popędził swego duchowego syna władyka, który po jego wyrazie twarzy zorientował się, że ów nie wrócił z pustymi rękami. – Miałeś nadzieję ustalić, kto naprowadził tych zbójów... no, jak to się mówi...?

– Na ślad – podpowiedział Berdyczowski. – Kto wskazał im sekciarską „kasę". A stąd dotrzeć do samych bandytów. Jedna z najważniejszych reguł śledztwa powiada: najkrótsza droga do przestępcy prowadzi od otoczenia ofiary.

– Tak, tak. Mów. Znalazłeś?

– Nikogo takiego nie było! Zresztą wcale nie w tym rzecz! Ach, władyko, proszę mi nie przerywać, muszę to wam wyłożyć po kolei...

Poczuwając się do winy, archijerej uniósł dłonie, po czym jedną przyłożył do ust: będę milczał jak ryba. Opowieść ruszyła wreszcie z miejsca, chociaż całkowitego milczenia biskup zachować nie potrafił – to nie ten temperament.

– Szełuchin i jego świta wsiedli na parowiec w Niżnim – zaczął sprawozdanie prokurator. – Przyjechali tam, jak ustaliłem, pociągiem z Moskwy. Konduktor zapamiętał rzekomego Manujłę: pasażer, jak na pierwszą klasę, wyjątkowo barwny. Jechał w przedziale sam, pozostali oberwancy zaś, którzy mieli najtańsze miejsca, kolejno go odwiedzali. Zrozumiałe, dlaczego pierwsza klasa – dla większego prawdopodobieństwa, że niby istotnie prorok jedzie. Zrozumiałe też, dlaczego zawsze ktoś był przy Szełuchinie – z powodu szkatułki... W Moskwie „znajdy" mają coś w rodzaju miejsca spotkań, suterenę na Chitrowce obok synagogi. Należy sądzić, że celowo trzymają się w pobliżu współwyznawców, prawdziwi Żydzi jednak nie wpuszczają ich do synagogi i w ogóle nie chcą mieć z nimi do czynienia. Manujłowa trzódka modli się na zewnątrz, na ulicy. Widowisko komiczne: nakrywają głowy połami swoich sukien i mamroczą coś w łamanym hebrajskim. Gapie mają rozrywkę, Żydzi spluwają. Jednym słowem, atrakcja. Trzeba też wziąć pod uwagę, że większość „znajd" to ludzie mało wyględni. Ułomni, przepici, z wpadniętymi od syfilisu nosami... Ciekawe, że miejscowa hołota tych nawiedzonych nie rusza – litują się nad nimi. Trochę ich obserwowałem, z niektórymi nawet porozmawiałem. I wiecie, co mnie najbardziej zdumiało? Proszą o jałmużnę, ale nie przyjmują pieniędzy – jedynie żywność. Mówią, że kopiejki nie są im potrzebne, bo pieniądz jest carski, a wikt Boski.

– Jakże to, nie biorą pieniędzy? To skąd wzięła się „kasa"?

– W tym cały szkopuł! Skąd? Przecież zakładaliśmy, że zagrabiona szkatułka zawiera datki zebrane przez „znajdy". Że Manujła wszystkie te niezliczone piątaki i groszaki wymienił na banknoty i umieścił akuratnie w skrzyneczce. Od razu wyjaśniam – nie, nic podobnego! Chwilowo nawet porzuciłem wersję „warszawską" i zainteresowałem się pochodzeniem pieniędzy. Zacząłem ostrożnie rozpytywać fałszywych Żydów, czy nie słyszeli o Manujłowej kasie. Trzeba przyznać, że przeważnie są to ludzie otwarci i ufni – i właśnie tacy stają się zwykle ofiarami przestępców. Mówili, że wiedzą i że słyszeli. „Ogromniaste pieniąchy" na urządzenie się w Ziemi Świętej ofiarował prorokowi Manujle jakiś kupczysko z Borowska. Rzecz jasna, udałem się do Borowska i porozmawiałem z „kupczyskiem".

– Jakże go jednak odszukałeś?! – zawołał Mitrofaniusz, wciąż zaskoczony zdecydowaniem i energią, jakie ujawniły się niespodziewanie u jego duchowego syna.

– Bez trudu. Borowsk to malutkie miasto. Zasobne, czyściutkie, trzeźwe – mieszkają tam staroobrzędowcy. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Pojawienie się tak ozdobnej figury jak prorok Manujła zapamiętali na długo. A rzecz miała się tak. „Kupczysko" z Borowska (nazywa się Pafnutjew) siedział w swoim kramie spożywczym i handlował, bo dzień był targowy. Podchodzi do niego wychudzony włóczęga w chlamidzie, przepasanej niebieskim sznurem, z kosmatą głową i kosturem w ręku. Prosi o chleb. Pafnutjew żebraków nie lubi, zaczął go pouczać, nazwał darmozjadem i pasożytem. Tamten mu odpowiedział: „Jestem żebrakiem, a ty jesteś biedakiem, a być biedakiem to o wiele gorzej niż być żebrakiem". „Ja biedakiem?!" – obraził się Pafnutjew, którego uważa się w Borowsku za jednego z największych bogaczy. Manujła na to: „A nie? Przeżyłeś czterdzieści siedem lat – powiada – i nie pojąłeś, że ubogi bardziej jest błogosławiony niż bogaty". Kupca zamurowało – skąd obcy dowiedział się, ile ma lat? – i tylko wymamrotał: „Czym bardziej błogosławiony?" „Duchem" – odparł włóczęga. Mitrofaniusz nie wytrzymał i parsknął:

– Manujła nie uznaje Chrystusa, nie mylę się? A jednak „błogosławionych duchem" zręcznie zaczerpnął z ewangelii.

– I nie tylko ich. Prorok oznajmił Pafnutjewowi, że drzwiczki do Boga są ciasne i że nie każdy przez nie przejdzie. „Rozważ sam – powiada – komu łatwiej będzie się przecisnąć – żebrakowi czy tobie?" Tu poklepał się po chudych bokach. Pafnutjew zaś, jak przystało kupcowi, ważył osiem, jeśli nie dziesięć pudów. Wszyscy wokół pokładali się ze śmiechu – bardzo to wypadło poglądowo. Pafnutjew jednak nie obraził się, ale, wedle jego własnych słów, „popadł w niejakie zadumanie", zamknął kram i zaprowadził „dziwnego człowieka" do swego domu, by z nim porozmawiać.

– Czegoś tu nie rozumiem. Manujła był rzekomo „niemowny". W każdym razie miał wydawać nieartykułowane dźwięki. Myślałem o nim, że to nad wyraz oryginalny kaznodzieja, bo obywa się bez słów.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)