Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 210
Перейти на страницу:

* * *

Ob­ser­wo­wa­no ich. Wie­dzie­li o tym od sa­me­go Po­mwe, bo le­d­wo opu­ści­li te­ren bi­twy i wje­cha­li w rzad­ki las, na­tknę­li się na świe­żo po­rzu­co­ne obo­zo­wi­sko. Kil­ka sza­ła­sów z wiel­kich li­ści, dziu­ra w zie­mi, w któ­rej pa­lo­no ogień, i reszt­ki po­ogry­za­nych ko­ści. Miej­sco­wi prze­wod­ni­cy obej­rze­li śla­dy i stwier­dzi­li, że to na pew­no nie tu­byl­cy. My­śli­wi z Ko­no­we­ryn czy Kam­be­hii nie bu­du­ją ta­kich sza­ła­sów ani nie roz­pa­la­ją ognia w ten spo­sób. To sztucz­ka przy­wie­zio­na przez nie­wol­ni­ków z pół­no­cy, z po­gra­ni­cza Wiel­kich Ste­pów. Poza tym, star­szy z męż­czyzn wy­krzy­wił ciem­ną twarz w po­nu­rym gry­ma­sie, te­raz my­śli­wi nie za­pusz­cza­ją się w te oko­li­ce. Zbyt ła­two sami sta­li­by się zwie­rzy­ną.

Za­trzy­ma­li się w tam­tym miej­scu na po­pas, opo­rzą­dzi­li ko­nie, roz­pa­li­li po­now­nie ogień. Lea pod byle pre­tek­stem zni­kła w naj­bliż­szym sza­ła­sie, by po kwa­dran­sie wyjść z nie­go z dłoń­mi po­bru­dzo­ny­mi miej­sco­wą, czar­ną i tłu­stą, zie­mią. Ski­nę­ła tyl­ko gło­wą La­skol­ny­ko­wi i wy­szep­ta­ła: „dzie­się­ciu lu­dzi, dwie­ście jar­dów stąd”, po czym ru­chem ręki wska­za­ła kie­ru­nek.

Ka­ile­an się­gnę­ła w głąb sie­bie i we­zwa­ła Ber­de­tha.

Po­ja­wił się na skra­ju po­lan­ki, mach­nął ogo­nem i już go nie było. Po kil­ku chwi­lach prze­ka­zał jej ob­raz: sied­miu męż­czyzn i trzy ko­bie­ty, wszy­scy w ba­weł­nia­nych prze­szy­wa­ni­cach, uzbro­je­ni głów­nie w krót­kie włócz­nie, oszcze­py i noże. Nic dziw­ne­go, że wo­le­li się wy­co­fać; w po­rów­na­niu z ich od­dzia­łem wy­glą­da­li jak ban­da ob­dar­tu­sów.

Na­ra­dza­li się te­raz pół­gło­sem. Ber­deth stał zbyt da­le­ko, by prze­ka­zać jej sło­wa, ale nie po­trze­bo­wa­ła wię­cej, by roz­po­znać, z kim ma do czy­nie­nia. Po­ło­wa zbroj­nych mia­ła ja­sne wło­sy, a na nie­któ­rych szy­jach wciąż wi­dać było prę­gi nie­opa­lo­nej skó­ry. Na­tknę­li się na czuj­kę nie­wol­ni­czej ar­mii.

Tak jak pla­no­wa­li.

Ze­rwa­ła kon­takt z du­chem psa.

— To nasi.

Lea po­twier­dzi­ła jej sło­wa nie­dba­łym mach­nię­ciem.

— Wiem. Mó­wią w me­ekhu. Za­uwa­ży­li nas, le­d­wo mi­nę­li­śmy Po­mwe. Ob­ser­wo­wa­li. Nie wie­dzą, czy je­ste­śmy na­jem­ni­ka­mi, czy ban­dy­ta­mi. Za­sta­na­wia ich Ka­ile­an i Ko­ci­mięt­ka.

— Dla­cze­go?

— Ma­cie naj­ja­śniej­sze wło­sy. Rzad­kość tu­taj. Są­dzą więc, że je­ste­śmy ra­czej zbroj­ny­mi wy­na­ję­ty­mi przez nich — wska­za­ła na prze­wod­ni­ków — bo oni wy­glą­da­ją i ubie­ra­ją się jak miej­sco­wi.

La­skol­nyk oparł się nie­dba­le o pień drze­wa, po­pra­wił pas z sza­blą.

— Do­wie­dzia­łaś się, dla­cze­go tu sie­dzie­li?

— Nie mó­wi­li o tym. Ale je­den wspo­mniał, że są tu już dzie­sięć dni, więc ra­czej nie cze­ka­li spe­cjal­nie na nas. My­ślę, że mie­li ob­ser­wo­wać Po­mwe.

— Za­ata­ku­ją nas?

Ber­deth prze­słał jej ob­raz. Dwóch męż­czyzn i dwie ko­bie­ty opu­ści­ło grup­kę, zni­ka­jąc mię­dzy drze­wa­mi. Każ­de po­szło w inną stro­nę.

— Nie te­raz, kha-dar. Do­pie­ro gdy ścią­gną po­sił­ki. — Opi­sa­ła, co wła­śnie wi­dział duch psa. La­skol­nyk tyl­ko się uśmiech­nął.

— Ka­hel-saw-Kir­hu oto­czył Po­mwe czuj­ka­mi. Mają pil­no­wać dróg, przej­mo­wać po­słań­ców, in­for­mo­wać o ka­ra­wa­nach. Za­ło­żę się, że od mie­sią­ca żad­na nie do­tar­ła do mia­sta. — Wes­tchnął, wy­krzy­wił usta. — Cho­le­ra. Nie chcę ry­zy­ko­wać wal­ki z ludź­mi, któ­rych szu­kam. Damy radę po­dejść tak, żeby ich nie spło­szyć?

Lea za­sta­no­wi­ła się.

— Nie, kha-dar. To las, gę­sty i pa­skud­ny. Kon­no nie pod­je­dzie­my, a na pie­cho­tę wo­la­ła­bym na nich nie iść, bo pew­nie zna­ją się na wal­ce w le­sie le­piej niż my. Mu­si­my to za­ła­twić ina­czej.

Więc spró­bo­wa­li, i to nie­mal w ostat­niej chwi­li: dzie­sięć mil da­lej, gdy Jan­ne dał znak, że wo­kół nich zgro­ma­dzi­ło się już oko­ło trzy­dzie­stu zbroj­nych, a przed nimi czai się ko­lej­na dwu­dziest­ka.

Ka­ile­an kich­nę­ła, a To­ryn za­strzygł usza­mi i par­sk­nął. Po­kle­pa­ła go po szyi, od­ga­nia­jąc przy oka­zji kil­ka na­tręt­nych much. To było do­bre miej­sce. Mi­nę­li wła­śnie wiel­ką po­la­nę, gdzie ko­nie to­nę­ły w tra­wach nie­mal po grzbie­ty, i sta­nę­li przed gę­sty­mi pną­cza­mi za­gra­dza­ją­cy­mi dal­szą dro­gę. Oczy­ma Ber­de­tha uj­rza­ła, jak idą­ca za nimi trzy­dziest­ka roz­dzie­la się. Część ru­szy­ła wzdłuż lasu ota­cza­ją­ce­go po­la­nę, ale kil­ku tro­pią­cych po­chy­li­ło się i zni­ka­jąc w tra­wach, po­dą­ży­ło wprost za cza­ar­da­nem.

Kich­nę­ła jesz­cze raz i wy­tar­ła nos w rę­kaw. Na ten znak Niiar przy­su­nął się bli­żej, zaj­mu­jąc miej­sce po jej le­wej stro­nie, a Jan­ne wy­cią­gnął to­pór i uno­sząc się w strze­mio­nach, za­ma­szy­sty­mi cio­sa­mi za­czął od­rą­by­wać za­gra­dza­ją­ce im dro­gę pną­cza. Ka­ile­an się­gnę­ła po sza­blę, jak­by za­mie­rza­ła do nie­go do­łą­czyć.

La­skol­nyk gwizd­nął prze­cią­gle.

Spię­li ko­nie, aż zwie­rzę­ta przy­sia­dły na za­dach, za­wró­ci­li nie­mal w miej­scu i ru­nę­li w tył. Dzie­sięć wierz­chow­ców w kil­ka ude­rzeń ser­ca prze­szło w ga­lop, roz­trą­ca­jąc sze­ro­ki­mi pier­sia­mi wy­so­kie tra­wy.

Pę­dzi­li.

Jan­ne zwol­nił na­gle, wy­pu­ścił to­pór z ręki, cięż­ka broń za­wi­sła na pę­tli przy nad­garst­ku, a męż­czy­zna po­chy­lił się w sio­dle i po­de­rwał z zie­mi drob­ną po­stać. Ko­ci­mięt­ka pró­bo­wał zro­bić to samo, chy­bił i omal nie spadł z ko­nia. Ka­ile­an na­wet przez szum po­wie­trza w uszach usły­sza­ła, jak klnie. Sama w ostat­niej chwi­li szarp­nę­ła wo­dze w lewo, bo To­ryn, przy­wy­kły do ta­kich starć, pró­bo­wał wła­śnie stra­to­wać ko­goś przed sobą.

I już zbli­ża­li się do dru­gie­go koń­ca po­la­ny.

Gwizd osa­dził ich w miej­scu. Za­wró­ci­li ko­nie, czuj­nie, z tar­cza­mi unie­sio­ny­mi w górę, z bro­nią w rę­kach.

Ko­ci­mięt­ka klął na­dal, ru­sza­jąc bar­kiem w górę i w dół.

— Ci­cho, Sar­den. — La­skol­nyk mie­rzył wzro­kiem obrze­ża po­la­ny, któ­re wła­śnie za­ro­iły się ludź­mi. — Uda­waj, że je­steś cały.

Szli na nich ławą, już się nie kry­jąc, ta trzy­dziest­ka, któ­ra ich śle­dzi­ła, i resz­ta, dwu­dzie­stu zbroj­nych, na któ­rych mie­li wpaść. Ci byli do­brze przy­go­to­wa­ni do wal­ki z jaz­dą, mie­li sta­lo­we heł­my i kol­czu­gi. W dło­niach dzier­ży­li dłu­gie włócz­nie i coś, co wy­glą­da­ło jak do­mo­wej ro­bo­ty gi­zar­my, oraz osa­dzo­ne na sztorc kosy, wy­po­sa­żo­ne do­dat­ko­wo w haki. No i byli star­si niż resz­ta, szpa­ko­wa­ci, po­bliź­nie­ni. Szli rów­nym kro­kiem, nie spie­sząc się, nie oka­zu­jąc wa­ha­nia ani stra­chu.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)