Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Przypuszczam, że też powinnam była zacząć od czegoś prostszego — odparła Elayne. — Często zdarza mi się skakać na głowę do głębokiej wody. — Na głowę do wody? Skoczyła, zamiast najpierw sprawdzić, czy woda w ogóle tam jest! Próbowała się zaśmiać, ale zakłuło ją w boku. Zamiast więc chichotać, syknęła przez zęby. I przy okazji poczuła, że niektóre chyba się ruszają. — Przynajmniej odkryłyśmy nową broń. Być może nie powinnam tak się z tego cieszyć, ale skoro Seanchanie wrócili, to chyba mogę.
— Nie rozumiesz, Elayne. — Aviendha wskazała miejsce pośrodku łąki, gdzie przedtem była brama. — Wszystko mogło się skończyć pojedynczym błyskiem światła albo nie. Tego nie da się przewidzieć. Czy błysk światła jest wart ryzyka, że wypalisz siebie i każdą kobietę, która znajduje się w odległości stu kroków?
Elayne zagapiła się na nią. Została, wiedząc o tym? Ryzykować własne życie to jedno, ale ryzykować utratę zdolności przenoszenia...
— Chciałabym odbyć z tobą ceremonię przysposobienia w charakterze pierwszych-sióstr, Aviendha. Gdy tylko znajdziemy jakieś Mądre. — Nie wiedziała jednak, co począć z Randem. Sam pomysł, że obie miałyby go poślubić... i Min również!... był co najmniej bzdurny. Ale w sprawie tego, co powiedziała, nie żywiła żadnych wątpliwości. — Nie muszę już cię lepiej poznawać. Chcę zostać twoją siostrą. — Delikatnie pocałowała umazany krwią policzek Aviendhy.
Przedtem tylko jej się zdawało, że rumieniec Aviendhy miał iście wściekłą tonację. U Aielów nawet kochankowie nie całowali się na oczach wszystkich. Tymczasem teraz najbardziej ogniste zachody słońca zbladłyby w porównaniu z twarzą Aviendhy.
— Ja też bym chciała, żebyś została moją siostrą — wymamrotała przyjaciółka. Z trudem przełykając ślinę i popatrując na Birgitte, która udawała, że je obie ignoruje, pochyliła się i na moment przycisnęła wargi do policzka Elayne. Elayne kochała ją równie mocno za ten gest, jak i za całą resztę.
Birgitte wbiła spojrzenie gdzieś w przestrzeń poza nimi i być może wcale nie udawała, bo nagle powiedziała:
— Ktoś tu jedzie. Lan i Nynaeve, chyba że źle zgaduję.
Zawróciły niezgrabnie, kuśtykając, potykając się i pojękując. Co wydawało się niedorzeczne — bohaterowie w opowieściach nigdy nie odnosili aż takich obrażeń, by ledwie byli w stanie utrzymać się na nogach. W oddali, na północy, między drzewami mignęły sylwetki jeźdźców. Przelotnie, ale widać ich było dostatecznie długo, by zdołały rozpoznać wysokiego mężczyznę pędzącego zawzięcie na dorodnym wierzchowcu oraz kobietę na nieco niższym koniu, która cwałowała równie chyżo u jego boku. Wszystkie trzy ostrożnie przysiadły na ziemi, żeby na nich zaczekać. Kolejna rzecz, jakiej bohaterowie nigdy nie robili, westchnęła w myślach Elayne. Miała nadzieję, że da radę być taką królową, z jakiej jej matka byłaby dumna, ale wiedziała już z absolutną pewnością, że nigdy nie będzie z niej heroina.
Chulein lekko ściągnęła wodze i Segani przechylił się gładko na żebrowane skrzydło, zawracając. Był to dobrze wytresowany raken, chybki i zwinny, jej ulubiony, choć niestety, musiała się nim dzielić. Morat’rakenów zawsze było więcej niźli rakenów, smutne, ale prawdziwe. Nad farmą, którą właśnie obserwowała z góry, fruwały ogniste kule, wykwitające jakby znikąd. Starała się nie zwracać na nie uwagi, jej zadaniem było wypatrywanie, czy w okolicach farmy nie pojawią się jakieś kłopoty. Przynajmniej nad gajem oliwnym, w którym śmierć znaleźli Tauan i Macu, przestał wreszcie unosić się dym.
Z wysokości tysiąca stóp miała znakomity widok. Pozostałe rakeny przeprowadzały zwiady nad okolicą. Każda kobieta, która uciekła, miała zostać namierzona celem sprawdzenia, czy jest jedną z tych, które spowodowały całe to zamieszanie, aczkolwiek prawda była taka, że na widok rakena przemierzającego niebo uciekałby zapewne każdy mieszkaniec tych ziem. Chulein miała tylko obserwować, czy nie szykuje się coś nieprzewidzianego. Żałowała, że nie czuje swędzenia między łopatkami — stanowiło zawsze niezawodne ostrzeżenie. Podmuchy łopoczących skrzydeł Segani nie były silne przy takiej prędkości, ale na wszelki wypadek ściągnęła tasiemki kaptura z woskowanego płótna, sprawdziła rzemienie przytrzymujące siodło, poprawiła kryształowe okulary i naciągnęła rękawice.
Na ziemi zebrało się już ponad sto Niebiańskich Pięści i, co ważniejsze, sześć sul’dam w towarzystwie damane, a oprócz nich kilkanaście innych, które dźwigały torby z zapasowymi a’dam. Z południowych wzgórz miały lada chwila nadlecieć posiłki. Byłoby dobrze, gdyby pierwszy atak przeprowadzono bardziej zmasowaną siłą, ale Hailene brakowało to’rakenów, krążyły pogłoski, jakoby wielu z nich przydzielono zadanie przetransportowania Wysokiej Lady Suroth oraz całego jej dworu z Amadicii. Wprawdzie obyczaj zakazywał myśleć źle o przedstawicielach Krwi, a jednak Chulein wolałaby, żeby do Ebou Dar posłano więcej to’rakenów. Żaden morat’raken nie mógł mieć wysokiego zdania o tych ogromnych, niezgrabnych to’rakenach, które nadawały się tylko do dźwigania ciężarów, potrafiły jednak przenieść więcej Niebiańskich Pięści i więcej sul’dam, i to w znacznie krótszym czasie.
— Krążą pogłoski, że tam na dole są setki marath’damane — powiedziała głośno Eliya za jej plecami. Na niebie trzeba było mówić głośno, żeby przekrzyczeć wiatr. — Wiesz, co zamierzam zrobić z moim udziałem w złocie? Kupię sobie oberżę. To Ebou Dar wygląda na przyjemne miejsce, jak mogłam się zorientować. Może nawet znajdę sobie męża. Urodzę dzieci. Co myślisz?
Chulein uśmiechnęła się pod szarfą osłaniającą dolną część jej twarzy przed wiatrem. Wszyscy awiatorzy chcieli kupować oberże — albo tawerny, czasami farmy — ale kto tak naprawdę byłby zdolny opuścić niebo? Poklepała Segani po długim, skórzastym karku. Każda kobieta awiator — na każdych czterech przypadały trzy kobiety — mówiła o mężu i dzieciach, ale dzieci oznaczały koniec z lataniem. Więcej kobiet odchodziło z Pięści Niebios w ciągu miesiąca, niźli opuszczało niebo w ciągu połowy roku.
— Myślę, że powinnaś trzymać oczy otwarte — odparła. Ale w takiej pogawędce nie było nic niewłaściwego. Byłaby w stanie dostrzec dziecko pośród gajów oliwnych, a co dopiero prawdziwe zagrożenie dla Niebiańskich Pięści. Najlżej uzbrojeni z żołnierzy byli równie twardzi jak Straż Skazańców, niektórzy powiadali, że jeszcze twardsi. — Ja wykorzystam swój udział do kupienia sobie damane i wynajęcia sul’dam. — Jeśli tam w dole była choć połowa tych wszystkich marath’damane, o jakich mówiły pogłoski, to wystarczyłoby jej pewnie na dwie damane. Albo nawet na trzy! — Damane przyuczoną do tworzenia Świateł Niebios. Kiedy opuszczę niebo, będę tak bogata, jakbym wywodziła się z Krwi. — Mieszkańcy tych ziem wymyślili coś, co nazywali „fajerwerkami”, widziała w Tanchico jakichś ludzi, którzy na próżno usiłowali wzbudzić nimi zainteresowanie Krwi, ale kto by tam oglądał takie widowiska, jakże przecież żałosne w porównaniu ze Światłami Niebios? Ich twórcy zostali bezceremonialnie wyrzuceni poza obręb miejskich murów.
— Farma! — krzyknęła Eliya i nagle coś uderzyło w Segani, z całej siły, silniej niźli podmuchy wszelkich burz, jakie Chulein kiedykolwiek przeżyła, sprawiając, że raken zatoczył się ze skrzydła na skrzydło.