Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Aviendha westchnęła głośno i wsparła się bezwładnie na łokciach, podskakując w siodle niczym pusty worek; otaczające ją światło saidara zamigotało i zgasło.
— Już nie mogę — wydyszała. — Nie mogę. — Tylko na tyle było ją stać. W chwilę po tym, jak ustał ognisty grad, na łąkę zaczęli wyskakiwać seanchańscy żołnierze.
— Wszystko w porządku — wykrztusiła Elayne. W gardle czuła piach. Cała wilgoć, jaką dotąd kryło jej ciało, teraz wypełzła na skórę i wsiąkła w ubranie. — Korzystanie z angreala naprawdę męczy. Dobrze się spisałaś, już nas nie dogonią.
Na łące pod nimi, jakby naigrywając się z jej słów, pojawiły się sul’dam i damane, nawet z odległości mili tych dwóch kobiet nie można było pomylić z nikim innym. Promienie słońca, wiszącego już nisko na zachodzie, nadal rozpalały blaskiem łączącą je a’dam. Przyłączyła się do nich jeszcze jedna para, potem trzecia i czwarta. Piąta.
— Jesteśmy na szczycie! — zakrzyknęła z radością Birgitte. — Udało nam się! Tej nocy zacne wino i dobrze zbudowany mężczyzna!
Jedna z sul’dam na łące pokazała je palcem i Elayne zdało się, jakby czas nagle zwolnił. Damane tej kobiety otoczyła nagle łuna Jedynej Mocy. Elayne widziała wyraźnie powstawanie splotu. Wiedziała, co to takiego. I wiedziała, że nie istnieje sposób, by to udaremnić.
— Szybciej! — zawołała. Poczuła uderzenie tarczy. Potencjalnie była silniejsza — potencjalnie! — ale tak wyczerpana ledwie trzymała się saidara i tarcza wcięła się między nią a Źródło. Splot bramy utworzonej na łące zapadł się w sobie. Wynędzniała Aviendha, która wyglądała, jakby nie była w stanie nawet drgnąć, rzuciła się całym ciałem na Elayne, ściągając je obie na ziemię. Elayne upadła, zdążywszy tylko zobaczyć przeciwległe zbocze wzgórza, które rozciągało się pod nimi.
Powietrze zmieniło się w biel, oślepiając ją. Rozbrzmiał jakiś dźwięk — wiedziała, że to dźwięk, daleki huk — ale dobiegał jakby z daleka, gdzieś spod progu słyszalności. Coś w nią uderzyło, jakby spadła z dachu na twardy chodnik... nie z dachu, z samego szczytu wieży.
Otworzyła oczy i zobaczyła niebo. Niebo, ale jakieś dziwne, jakby zamazane. Przez chwilę nie była w stanie się ruszyć, a kiedy wreszcie jej się udało, jęknęła. Wszystko ją bolało. Och Światłości, ależ bolało! Powoli uniosła rękę do twarzy; palce, kiedy je odjęła, były czerwone. Krew. Aviendha i Birgitte. Trzeba im pomóc. Czuła Birgitte, czuła ból równie dojmujący jak ten, który pochwycił ją w swoje szpony, ale tamta przynajmniej żyła. I była zła, a także wyraźnie zdeterminowana; nie mogła być aż tak mocno ranna. Aviendha.
Elayne zaszlochała, przekręciła się na bok, w końcu podźwignęła na czworaka, czując potężny zawrót głowy i ukłucie śmiertelnego bólu w boku. Niejasno przypomniała sobie, że poruszanie się nawet z jednym tylko złamanym żebrem może być niebezpieczne, ale ta myśl była równie mglista jak widok zbocza wzgórza. Myślenie zdawało się... trudne. Ale mruganie jakby pomagało w odzyskiwaniu wzroku. Trochę. Znajdowała się tuż u stóp wzgórza! Wysoko w górze unosił się dym znad łąki. Teraz jednak było to nieważne. Zupełnie nieważne.
Zobaczyła Aviendhę, również na czworakach, trzydzieści kroków wyżej, na zboczu. Omal się nie przewróciła, kiedy podniosła rękę, by wytrzeć krew cieknącą jej po twarzy, ale jednocześnie rozglądała się wokół z niepokojem. Jej wzrok padł na Elayne i w tym momencie zastygła w bezruchu, z wytrzeszczonymi oczyma. Elayne zastanawiała się, jak źle musi wyglądać. Z pewnością nie gorzej niż sama Aviendha — połowa spódnicy przyjaciółki gdzieś się zapodziała, staniczek miała oddarty i cała skóra, jaka prześwitywała spod odzienia, zdawała się umazana krwią.
Elayne podpełzła ku niej. Ból rozsadzający czaszkę podpowiadał, że tak będzie znacznie łatwiej, niż gdyby miała wstać i chodzić. Aviendha westchnęła z ulgą, kiedy się do niej zbliżyła.
— Nic ci się nie stało — wydyszała, dotykając zakrwawionymi palcami policzka Elayne. — Tak się bałam. Tak się bałam.
Elayne zamrugała, zdziwiona. Zrozumiała, że sama znajduje się w równie opłakanym stanie jak Aviendha. Jej spódnice pozostały wprawdzie nietknięte, ale za to utraciła prawie połowę staniczka i zdawało się, że krwawi z dwóch tuzinów ran. I wtedy do niej dotarło. Nie wypaliła się. Aż zadygotała, gdy naszła ją ta myśl.
— Żadnej nic się nie stało — powiedziała cicho.
Spory kawałek dalej Birgitte wytarła nóż o grzywę wałacha Aviendhy, a potem powstała znad ciała znieruchomiałego konia. Prawa ręka zwisała jej bezwładnie, kaftan gdzieś zaginął, razem z jednym butem, a reszta odzienia zwisała w strzępach. Ciało i ubranie miała podobnie zakrwawione jak one. Bełt od kuszy wbity w biodro stanowił chyba najgorsze z jej obrażeń, ale inne z pewnością również dawały jej się we znaki.
— Skręcił kark — oznajmiła, wskazując konia leżącego u jej stóp. — Mojemu chyba nic się nie stało, ale ostatnim razem, kiedy go widziałam, pędził tak, jakby chciał zdobyć Wieniec Megairil. Zawsze uważałam, że jest w stanie rozwinąć dużą szybkość. A Lwica... — Wzruszyła ramionami i skrzywiła się. — Elayne, Lwica nie żyła, kiedy ją znalazłam. Przykro mi.
— Za to my żyjemy — stwierdziła stanowczo Elayne — i tylko to się liczy. — Lwicę będzie opłakiwała później. Dym unoszący się nad szczytem wzgórza nie był szczególnie gęsty, ale najwyraźniej dymił spory obszar ziemi. — Chcę zobaczyć dokładnie, co takiego zrobiłam.
Musiały się wzajemnie podpierać, żeby w ogóle powstać z ziemi, a wyczerpującej, powolnej wspinaczce w górę zbocza towarzyszyły stękania i pojękiwania, nawet Aviendha nie potrafiła zmilczeć. Zawodziły, jakby jakaś niewidzialna siła wytrzęsła z nich prawie całe życie — co zresztą, podejrzewała Elayne, istotnie miało miejsce — i wyglądały tak, jakby je wytarzano w jatce rzeźnika. Aviendha nadal zaciskała w garści angreal, ale nawet gdyby ona lub Elayne dysponowała większym Talentem Uzdrawiania, to i tak żadna nie zdołałaby objąć Źródła, nie mówiąc już o przenoszeniu. Wreszcie dotarły do szczytu i stamtąd, podtrzymując się wzajem, przyjrzały krajobrazowi zniszczeń.
Łąkę otaczał pierścień ognia, którego wnętrze zdążyło już poczernieć, tylko dymiło, ogołocone nawet z kamieni. Połowa drzew na okolicznych wzgórzach była połamana albo chyliła się ku ziemi. Na niebie zaczęły pojawiać się jastrzębie, kołowały w gorącym powietrzu drżącym nad pożogą; jastrzębie często polowały w taki sposób, szukając małych zwierzątek, które uciekały przed płomieniami na otwartą przestrzeń. Po Seanchanach nie zostało śladu. Elayne żałowała, że nie widzi żadnych ciał, dzięki temu nabrałaby pewności, że wszyscy nie żyją. Zwłaszcza wszystkie sul’dam. Ale gdy tak wpatrywała się w wypaloną, dymiącą ziemię, nagle ucieszyła się, że niczego nie widzi. To musiała być straszna śmierć. „Światłości, zlituj się nad ich duszami” — pomyślała. — „Nad duszami ich wszystkich”.
— Cóż — odezwała się. — Nie spisałam się tak dobrze jak ty, Aviendha, ale gdy się nad tym zastanowić, coś mi się zdaje; że tylko nam to wyszło na dobre. Następnym razem bardziej się postaram.
Aviendha zerknęła na nią z ukosa. Miała rany na policzku i czole, a jedna, bardzo długa rozcinała jej czaszkę.
— Jak na pierwszy raz, poradziłaś sobie znacznie lepiej niż ja. Mnie za pierwszym razem dostał się prosty węzeł zawiązany strumieniem Powietrza. Rozplątałam go dopiero po pięćdziesiątej próbie, przy czym ani nie spoliczkował mnie wtedy piorun, ani też nie dostałam ciosu, od którego dzwoni w uszach.