Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Alise nadal wszystkich poganiała, ale zdawało się, że nie jest to już konieczne. Spieszyły się nawet Poszukiwaczki Wiatru, nieustannie taksując niebo zafrasowanymi spojrzeniami. I spieszyła się nawet Renaile, która wszak nie przestawała wygadywać różnych rzeczy na temat Alise. Elayne odnotowała nawet jedną w zakamarku pamięci, mimo iż określenie „padlinożerca gustujący w rybach” zabrzmiało dość łagodnie, zwłaszcza że ryby, w jej mniemaniu, stanowiły stały element kuchni Ludu Morza.
Sama Alise zajęła miejsce na końcu procesji, mając za sobą tylko Strażników, wyglądało to nieomal tak, jakby chciała poganiać nawet juczne zwierzęta. Zatrzymała się na chwilę i wręczyła Elayne jej kapelusz z zielonymi piórami.
— Powinnaś osłaniać tę swoją słodką twarzyczkę przed słońcem — powiedziała z uśmiechem. — Taka ładna dziewczyna. Po co przedwcześnie zamieniać tę cerę w pomarszczoną skórę?
Aviendha, która siedziała nieopodal, padła na plecy i zanosząc się śmiechem, zabębniła piętami o ziemię.
— Chyba ją poproszę, żeby i dla ciebie znalazła jakiś kapelusz. Z mnóstwem piór i wielkich kokard — rzuciła Elayne fałszywie słodkim tonem i dopiero wtedy ruszyła śladem kobiet z Rodziny. Śmiech Aviendhy umilkł jak nożem uciął.
Łagodnie pofałdowana łąka była rozległa, długa prawie na milę, otaczały ją wzgórza wyższe od tych, które zostawili za sobą, i porastały znajome gatunki drzew, dąb, sosna, czarnodrzew, sorgum, drzewo skórzane i jodła, tworzące od południa, zachodu i wschodu zwarty las, w normalnych czasach źródło znakomitego budulca, aczkolwiek ten rok mógł nie być świadkiem żadnego wyrębu. Większość drzew na północy, tam, gdzie stał dwór, rzadziej rozsianych, nadawałaby się raczej na podpałkę. Tu i ówdzie niewielkie szare głazy urozmaicały powierzchnię splatanej, zbrązowiałej darni, a po umarłych polnych kwiatach nie zostały już nawet zeschłe łodygi. Nie było tu wcale inaczej niż na południu.
Przynajmniej tym razem Nynaeve nie wodziła sokolim wzrokiem po okolicy, starając się odszukać Lana. Zresztą on i Birgitte nie mogli bardzo się oddalić, nie tutaj. Kroczyła dziarsko pośród koni, głośnym, władczym głosem nakazując ludziom siadać w siodła, poganiając służących, którym powierzono opiekę nad jucznymi zwierzętami, szorstko wskazując tym kobietom z Rodziny, dla których zabrakło wierzchowców, że byle dziecko dałoby radę pokonać pięć mil na piechotę, krzycząc na smukłą altarańską arystokratkę z blizną na policzku, która dźwigała tobołek niemal tak duży jak ona sama, że skoro była tak głupia, by zabrać wszystkie swoje suknie, to w takim razie niech je sobie teraz dźwiga. Alise zgromadziła wokół siebie kobiety Atha’an Miere i instruowała je, jak się dosiada konia. O dziwo, zdawały się słuchać jej z uwagą. Nynaeve spojrzała w jej stronę i bardzo się ucieszyła, że wreszcie widzi Alise stojącą w jednym miejscu. Dopóki Alise nie uśmiechnęła się zachęcająco i nie dała jej znaku, że ma kontynuować to, co zaczęła.
Nynaeve przez chwilę stała tak sztywno, jakby kij połknęła, gapiąc się na tamtą. A potem długimi krokami przemaszerowała przez trawę w kierunku Elayne. Sięgnąwszy do jej kapelusza obietria dłońmi, zawahała się, popatrzyła na nią groźnie zza firany rzęs i dopiero wtedy wyprostowała go brutalnym ruchem.
— Tym razem pozwolę jej zająć się wszystkim — oznajmiła podejrzanie rzeczowym tonem. — Zobaczymy, jak sobie poradzi z tymi... z Ludem Morza. — Ten ton był zdecydowanie za bardzo rzeczowy. Nagle spojrzała krzywo w stronę jeszcze otwartej bramy. — Dlaczego podtrzymujesz bramę? Puść ją. — Aviendha też marszczyła czoło.
Elayne zrobiła głęboki wdech. Zastanawiała się nad tym i nie wymyśliła nic innego, ale Nynaeve na pewno będzie jej chciała to wyperswadować, a przecież nie miały czasu na kłótnie. Na podwórku farmy, za bramą, zrobiło się pusto, nawet kury wreszcie się przestraszyły tego zamieszania. Ile czasu upłynie, zanim to miejsce znowu się zaludni? Zbadała swój splot, spleciony tak gładko i równo, że odstawało odeń tylko kilka nitek. Rzecz jasna, widziała każde pasmo z osobna, ale wyjąwszy te odstające, wszystkie wydawały się nierozłączne.
— Zabierz wszystkich do dworu, Nynaeve — poleciła. Słońce niebawem miało zajść, do zmierzchu brakowało pewnie najwyżej dwóch godzin. — Pan Hornwell będzie zaskoczony taką liczbą osób przybywających o zmroku, ale powiedz mu, że jesteście gośćmi dziewczynki, która opłakiwała gila ze złamanym skrzydłem. Na pewno mnie sobie przypomni. Dołączę do was tak szybko, jak będę mogła.
— Elayne... — zaczęła Aviendha, głosem pełnym zaskakującego niepokoju, a równocześnie Nynaeve powiedziała ostrym tonem:
— Co ty sobie wyobrażasz, że kim ty...
Istniał tylko jeden sposób, by położyć temu kres. Elayne pociągnęła za wystającą ze splotu nitkę; nitka zadrżała i zadygotała niczym żywa macka, zjeżyła się i jakby zawrzała, maleńkie kłaczki saidara odrywały się i blakły w powietrzu. Nie zauważyła tego, kiedy Aviendha rozplątywała swój splot, ale wtedy widziała tylko sam koniec operacji.
— Jedźcie — powiedziała do Nynaeve. — Ja tu zaczekam, dopóki wszyscy nie znikniecie mi z oczu. — Nynaeve wytrzeszczyła oczy i otwarła usta. — To trzeba zrobić — rzekła z westchnieniem. — Za kilka godzin na farmie pojawią się Seanchanie, to pewne jak słońce. Nawet jeśli zaczekają do jutra, to co będzie, jeśli jedna z damane posiada Talent odczytywania pozostałości splotu? Nynaeve, nie obdaruję Seanchan umiejętnością Podróżowania. Co to, to nie!
Nynaeve warknęła pod nosem coś na temat Seanchan, coś szczególnie kąśliwego, sądząc po brzmieniu.
— A ja nie pozwolę, żebyś się wypaliła! — oświadczyła podniesionym tonem. — No już, wsadź to z powrotem! Zanim wszystko eksploduje tak, jak ostrzegała Vandene. Jeszcze nas tu pozabijasz!
— Tego nie da się cofnąć — wtrąciła się Aviendha, kładąc dłoń na ramieniu Nynaeve. — Zaczęła i teraz musi skończyć. A ty nie masz innego wyjścia, jak zrobić to, co ona każe, Nynaeve.
Brwi Nynaeve wygięły się w dół. „Każe” było słowem, za którym nieszczególnie przepadała, zwłaszcza gdy stosowało się do niej. Ale nie była głupia, więc po kilku ostrzegawczych spojrzeniach — na Elayne, na bramę, na Aviendhę, na cały świat — przytuliła Elayne, ściskając tak mocno, że aż zatrzeszczały jej żebra.
— Uważaj na siebie, słyszysz? — wyszeptała. — Jeśli dasz się zabić, to przysięgam, obedrę cię żywcem ze skóry! — Wbrew wszystkiemu, Elayne wybuchnęła śmiechem. Nynaeve prychnęła, odsuwając ją na odległość wyciągniętych ramion. — No, wiesz przecież, co chciałam powiedzieć — burknęła. — I nie myśl sobie, że nie mówiłam tego wszystkiego na poważnie, bo się srodze zawiedziesz! Jako żywo — dodała cichszym głosem. — Bądź ostrożna.
Opanowała się dopiero po chwili, zamrugała i naciągnęła swoje niebieskie rękawice do konnej jazdy. Jej oczy lśniły jakby od wilgoci, choć było to raczej nieprawdopodobne; Nynaeve doprowadzała innych ludzi do płaczu, sama nie płakała nigdy.
— No dobrze — powiedziała, tym razem głośno. — Alise, jeśli za chwilę wszyscy nie będą gotowi... — Obróciwszy się, urwała ze zduszonym, chrapliwym okrzykiem.
Ci, którzy mieli już siedzieć na koniach, siedzieli, nawet Atha’an Miere. Wszyscy Strażnicy zebrali się wokół pozostałych sióstr; Lan i Birgitte zdążyli tymczasem wrócić i Birgitte przyglądała się z niepokojem Elayne. Słudzy ustawili juczne konie w szeregu, a kobiety z Rodziny czekały cierpliwie, większość pieszo z wyjątkiem tych z Kółka Dziewiarskiego. Kilka koni, które nadawały się do jazdy pod wierzch, obładowano workami z żywnością i tobołkami z dobytkiem. Kobiety, które wzięły ze sobą więcej, niż Alise pozwoliła — żadna nie należała do Rodziny — dźwigały tobołki na własnych plecach. Szczupła arystokratka z blizną zgięła się nienaturalnie pod swoim bagażem, ale patrzyła chmurnie na każdego, tylko nie na Alise. Wszystkie kobiety, które potrafiły przenosić, wpatrywały się w bramę. Przy czym każda, której dane było słyszeć, jak Vandene przestrzegała przed niebezpieczeństwem, przyglądała się temu drgającemu włókienku takim wzrokiem, jakby to była czerwona żmija.