Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
A potem raken runął w dół, skrzecząc ochryple i wirując tak szybko wokół własnej osi, że aż Chulein poczuła, jak uprząż wpija się w jej ciało. Nie oderwała jednak rąk od bioder, dłonie, mimo iż zaciśnięte kurczowo na wodzach, pozostały nieruchome. Segani musiał wyjść samodzielnie z nurkowania, każde szarpnięcie wodzy tylko by go przestraszyło. Spadali, obracając się niczym koło gry losowej. Morat’rakenów szkolono, że nie powinni patrzeć w dół, gdy ich raken spadał, niezależnie od przyczyn, ale nie umiała się powstrzymać, by nie szacować wysokości, na jakiej się znajdowali, za każdym razem, gdy, jak strzał z bicza, w zasięgu wzroku pojawiała się ziemia. Osiemset kroków. Sześćset. Czterysta. Dwieście. Oby Światłość opromieniła jej duszę, a nieskończona łaska Stwórcy chroniła ich oboje od...
Gwałtowny wymach szerokich skrzydeł szarpnął jej ciałem z taką siłą, że aż posłyszała dzwonienie własnych zębów. Segani wyrównał lot, szorując czubkami piór o korony drzew. Ze spokojem wykształconym drogą wytężonego treningu sprawdziła, czy nie nadwyrężył sobie skrzydeł. Nic nie znalazła, ale i tak każe der’morat’rakenowi dokładnie go zbadać. Mistrz nie przeoczy drobiazgu, który mógł umknąć jej uwadze.
— Wychodzi na to, że znowu udało nam się umknąć Pani Cieni, Eliya. — Obróciła się, by spojrzeć przez ramię, i przekonała się, że mówiła na próżno. Za pustym siedzeniem łopotał fragment zerwanego pasa bezpieczeństwa: Każdy oblatywacz wiedział, że na samym końcu długiego upadku czeka Pani Cieni, ale ta wiedza niczego nie ułatwiała, gdy na własne oczy było się jego świadkiem.
Zmówiła krótką modlitwę za zmarłych i z całą stanowczością powróciła do obowiązków, Segani powoli na nowo nabierał wysokości. Niespiesznym, spiralnym lotem, na wypadek, gdyby jednak dokuczały mu jakieś ukryte obrażenia, najszybciej jednak, jak to uznała za bezpieczne. Może nawet odrobinę szybciej. Zmarszczyła brwi na widok dymu unoszącego się zza przysadzistego wzgórza, ale dopiero to, co zobaczyła, kiedy szerokim łukiem mijała jego szczyt, sprawiło, że zaschło jej w ustach. Jej dłonie znieruchomiały na wodzach, a Segani nadal się wspinał potężnymi wymachami skrzydeł.
Farma... zniknęła. Widać było fundamenty, na których przedtem stały białe budynki, ale wszystkie wielkie konstrukcje wbudowane w stoki zawaliły się, zmieniając w sterty gruzu. Po farmie nie zostało ni śladu. Wszystko sczerniało i spłonęło. Ogień szalał w zaroślach porastających zbocza i rozprzestrzeniał się jęzorami długości stu kroków, hen w głąb gajów oliwnych i lasu, sięgając do kotlin między wzgórzami. Dalej, na przestrzeni kolejnych stu kroków albo i więcej, leżały połamane drzewa, wyglądając, jakby starały się uciec z farmy. W życiu nie widziała czegoś takiego. Nic w dole nie mogło ocaleć. Nie da się przeżyć czegoś takiego. Cokolwiek to było.
Prędko oprzytomniała i zawróciła Seganiego ku południu. W oddali widziała to’rakeny, na każdym tłoczyło się po kilkanaście Niebiańskich Pięści i sul’dam, przybywających zbyt późno. Zaczęła układać już raport w głowie, z pewnością nikt inny nie miał go sporządzić. Wszyscy twierdzili, że to kraj pełen marath’damane, które tylko czekają, aż ktoś im nałoży obrożę, a jednak teraz okazało się, że te kobiety, które nazywały siebie Aes Sedai, stanowią prawdziwe niebezpieczeństwo, skoro dysponują taką bronią. Coś trzeba w związku z tym przedsięwziąć, podjąć rozstrzygające kroki. Żeby tak Wysoka Lady Suroth — zakładając, że już wyruszyła w drogę do Ebou Dar — też to zrozumiała.
7
Zagroda dla kóz
Ghealdańskie niebo było bezchmurne, słońce od samego rana dręczyło niemiłosiernie porośnięte lasami wzgórza. Ziemia omdlewała od upału, mimo że dopiero co minęło południe. Nie tylko sosny i drzewa skórzane żółkły od suszy, ale również te gatunki drzew, które zdaniem Perrina zaliczały się do wiecznie zielonych. Nawet pojedynczy podmuch wiatru nie mącił upiornego żaru. Pot spływający mu po twarzy ściekał prosto pod zarost brody, a kędzierzawe włosy lepiły się do czaszki. Wydawało mu się, że gdzieś na zachodzie zahuczał grom, ale już prawie przestał wierzyć, że jeszcze kiedykolwiek spadnie deszcz. Człowiek walił młotem w to żelazo, które leżało na jego kowadle, a nie marzył o kuciu srebra.
Ze stanowiska na rzadko zalesionej grani przyglądał się przez okute mosiądzem szkło powiększające warownemu miastu noszącemu nazwę Bethal. Również jego oczom potrzebna była pomoc przy takiej odległości. Miasto było nawet spore, z budynkami o spadzistych dachach, wśród których wyróżniało się z pół tuzina okazałych kamiennych budowli, być może pałace pomniejszych arystokratów albo domostwa zamożnych kupców. Nie był w stanie dojrzeć, co widnieje na czerwonym sztandarze zwisającym bezwładnie ze szczytu najwyższej wieży najokazalszego z pałaców — jedynym sztandarze w zasięgu wzroku — ale wiedział, do kogo należy. Alliandre Maritha Kigarin, królowa Ghealdan, bawiła daleko od swej stolicy w Jehannah.
Bramy osadzone w zewnętrznych murach stały otworem, przy każdym ze skrzydeł stało co najmniej dwudziestu strażników, żaden jednak nie wychodził na zewnątrz, a wszystkie drogi w zasięgu jego wzroku były puste, jeśli nie liczyć samotnego jeźdźca, który właśnie galopował w stronę Bethal z północy. Żołnierzy strzegących miasta osoba jeźdźca wyraźnie zdenerwowała, niektórzy poprawiali piki albo łuki na jego widok, jakby pędził, wymachując ociekającym krwią mieczem. Kolejni żołnierze tłoczyli się na szczytach barbakanów albo maszerowali po łączących je murach. Nasadzali właśnie strzały na cięciwy albo unosili kusze. Dużo tam było strachu.
Przez tę część Ghealdan przewaliła się burza. Nadal się przewalała. Oddziały Proroka siały chaos, z czego korzystali bandyci oraz Białe Płaszcze, które dokonywały najazdów z graniczącej z Ghealdan Amadicii i bez większego trudu zapuszczały się aż tak daleko. Kilka rozproszonych kolumn dymu dalej na południu oznaczało zapewne płonące farmy, dzieło Białych Płaszczy albo Proroka. Bandytom rzadko kiedy chciało się podkładać ogień, a zresztą Synowie pozostawiali im niewiele pola do popisu. Na domiar wszystkiego pogłoski, jakie docierały do Perrina w każdej wiosce, przez którą przejeżdżał, mówiły, że padł Amador, wzięty przez Proroka, może przez Tarabonian, może przez Aes Sedai, zależało to od tego, kto opowiadał. Niektórzy twierdzili, że sam Pedron Niall poległ podczas obrony miasta. Jednym słowem, królowa miała dość powodów, by troszczyć się o własne bezpieczeństwo. Niewykluczone też, że ci żołnierze byli tam z jego powodu. Mimo największych wysiłków ich wyprawa na południe raczej nie umknęła ludzkiej uwagi.
Zamyślony, podrapał się po brodzie. Szkoda, że wilki ukryte na okolicznych wzgórzach nie mogły mu nic powiedzieć, ale one rzadko zwracały uwagę na ludzkie poczynania, trzymały się od dwunożnych z daleka. A zresztą po wydarzeniach u Studni Dumai uważał, że nie ma prawa wypytywać je o nic więcej ponadto, co absolutnie musiał wiedzieć. Postąpi chyba najroztropniej, jeśli wjedzie do miasta sam, w towarzystwie najwyżej kilku ludzi z Dwu Rzek.
Często odnosił wrażenie, że Faile potrafi czytać jego myśli, zwłaszcza wtedy, gdy sobie najmniej tego życzył, i dowiodła tego właśnie teraz, podjeżdżając na swej czarnej jak noc Jaskółce. Ta suknia do konnej jazdy z wąskimi spódnicami była niemal tak ciemna jak sierść jej klaczy, a jednak upał zdawała się znosić lepiej niż on. Pachniała lekko ziołowym mydłem i czystym potem, sobą. A także determinacją. Jej skośne oczy były zdecydowane, a wydatny nos nieodparcie przywodził na myśl sokoła, od którego wzięła swe imię.