Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
I oto tender zbliżał się już do krążownika Korpusu Kontroli i zawieszonego pod nim wraka.
Jeśli nie liczyć jasnopomarańczowej barwy, wrak ten wyglądał tak samo jak wszystkie, które Conway widział. Pod tym względem statki przypominały ludzi: gwałtowny kres życia pozbawiał je wszelkiej indywidualności. Conway kazał pielęgniarzowi zrobić kilka okrążeń, a sam podszedł do wizjera dziobowego.
Z bliska dokładnie widać było strukturę rozbitego statku, ponieważ uderzenie, jakie otrzymał, praktycznie go rozpołowiło. Wewnątrz zbudowany był z ciemnego, dość zwyczajnie wyglądającego metalu, a zatem jaskrawe zabarwienie pancerza wynikało z zastosowania odpowiedniego lakieru. Conway starannie zanotował ten fakt w pamięci, gdyż odcień lakieru mógł potem dać mu pojęcie o zakresie widzialności organów wzroku osobnika, a także o tym, czy atmosfera jego planety jest przezroczysta czy nie. Po kilku minutach uznał, że powierzchowna obserwacja wraka więcej mu nie da, i rozkazał Kurseddowi, by ten zacumował u burty Sheldona.
Śluza wejściowa krążownika była niewielka, a wrażenie to potęgował jeszcze tłum Kontrolerów w zielonych mundurach, którzy oglądali, dyskutowali oraz ostrożnie trącali palcami osobliwie wyglądający mechanizm — wyraźnie wydobyty z wraka — leżący na pokładzie. W pomieszczeniu huczał zawodowy żargon przynajmniej pół tuzina specjalności i nikt nie zwracał uwagi ani na lekarza, ani na pielęgniarza, dopóki Conway dwukrotnie głośno nie chrząknął. Wówczas od tłumu oderwał się oficer z naszywkami majora, o szczupłej twarzy i siwiejących skroniach.
— Summerfield. Jestem dowódcą tego krążownika — odezwał się energicznie, obrzucając czułym spojrzeniem to, co leżało na podłodze. — A wy to, jak sądzę, ci fachmani ze Szpitala?
Conway był rozdrażniony. Potrafił oczywiście zrozumieć, co czuli ci ludzie: wrak międzygwiezdnego statku należącego do nieznanej cywilizacji był rzadkim znaleziskiem, którego wartości niepodobna było ustalić. Jednak Conway myślał inaczej. Wytwory obcych kultur stały na drugim miejscu, najważniejsza była konieczność zbadania, a potem ratowania życia nieziemca. Dlatego właśnie od razu przystąpił do rzeczy.
— Majorze Summerfield — rzekł ostro — musimy się upewnić co do warunków środowiska rozbitka oraz jak najszybciej odtworzyć je zarówno w Szpitalu, jak i w tendrze, który go tam zabierze. Czy ktoś mógłby pokazać nam wrak? Może jakiś odpowiedzialny oficer, jeśli to możliwe, zaznajomiony z…
— Oczywiście — przerwał mu Summerfield. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale wzruszył ramionami i obrócił się. — Hendricks! — warknął.
Podszedł do niego porucznik ubrany w dolną część skafandra; na jego twarzy malował się niepokój. Major szybko wszystkich przedstawił, po czym wrócił do tajemniczego przedmiotu na podłodze.
— Potrzebne nam będą ciężkie skafandry — oznajmił Hendricks. — Dla pana się znajdzie, doktorze Conway, ale doktor Kursedd jest klasy DBLF…
— Nic nie szkodzi — wtrącił Kursedd. — Mam skafander w tendrze. Będę za pięć minut.
Pielęgniarz popełzł falistym ruchem ku śluzie. Jego sierść unosiła się i opadała powolnymi falami, przebiegającymi od rzadkich kępek na szyi do gęstszego futra na ogonie. Conway miał już sprostować pomyłkę Hendricksa w sprawie funkcji Kursedda, ale nagle uświadomił sobie, że pielęgniarz silnie zareagował emocjonalnie, gdy nazwano go doktorem. Owo falowanie sierści było z pewnością czymś spowodowane! Nie reprezentując tej samej klasy co Kursedd, Conway nie wiedział, czy był to przejaw dumy lub przyjemności z „awansu”, czy też pielęgniarz śmiał się w żywe oczy — których miał czworo — z błędu. Nie było to takie ważne, toteż postanowił nic nie mówić.
II
Drugi raz Hendricks nazwał Kursedda doktorem, kiedy wchodzili do wraka, ale tym razem reakcję pielęgniarza skrył jego skafander.
— Co tu się stało? — zapytał Conway, rozglądając się z zaciekawieniem. — Wypadek, zderzenie, czy co?
— Według naszej teorii — odparł porucznik Hendricks — zawiodła jedna z dwu par generatorów utrzymujących statek w nadprzestrzeni podczas lotu z prędkością nadświetlną. Połowa statku momentalnie wyskoczyła z nadprzestrzeni, co automatycznie oznaczało, że przeszła do prędkości podświetlnej. Rezultatem było rozerwanie jednostki na dwie części. Część z uszkodzonymi generatorami została z tyłu, ponieważ po awarii druga para generatorów działała jeszcze jakąś sekundę. By odizolować uszkodzone sektory, zadziałały zapewne przeróżne urządzenia zabezpieczające, ale awaria praktycznie rozniosła statek w strzępy, więc na niewiele się to zdało. Niemniej włączył się automatyczny sygnał alarmowy, który szczęśliwie usłyszeliśmy, a prawdopodobnie gdzieś w środku zachowała się atmosfera, bo słyszeliśmy też ruchy rozbitka. Nie mogę jednak przestać myśleć — zakończył poważnym tonem — o losie drugiej części wraka. Stamtąd nie wysłano, może nie można było, wołania o ratunek, bo inaczej też byśmy je usłyszeli. Tam też ktoś mógł przeżyć.
— To rzeczywiście szkoda — przyznał Conway. — Tego jednak uratujemy — dodał pewniejszym głosem. — Jak się do niego zbliżyć?
Zanim Hendricks odpowiedział, sprawdził u wszystkich degrawitatory i zbiorniki powietrza.
— Nie można — odparł. — Przynajmniej na razie. Chodźmy, pokażę wam dlaczego.
Conway pamiętał, że O’Mara wspomniał coś o trudnościach z dotarciem do rozbitka, ale uznał wówczas, że chodzi po prostu o zwykły problem z tarasującymi drogę szczątkami urządzeń. Jednak wziąwszy pod uwagę rzeczowość porucznika Hendricksa w szczególności, a powszechnie znaną sprawność Korpusu Kontroli w ogóle, był już teraz pewien, że problem nie należy do zwyczajnych.
Niemniej jednak w miarę posuwania się w głąb wraka ratownicy napotykali wyjątkowo mało przeszkód. Dookoła unosiło się, jak zwykle, trochę luźnych szczątków, ale poważniejszego zawału nie było. Dopiero kiedy Conway przyjrzał się bliżej otoczeniu, zdołał w pełni ocenić skutki awarii. Nie było ani jednego elementu, czy to podpory ściany, czy kawałka pancerza, który nie byłby wyrwany, pęknięty lub choćby poluzowany. A po drugiej stronie przedziału, do którego weszli, widać było przepalone drzwi, chronione tymczasową śluzą zbryzganą szybko schnącą masą izolacyjną.
— Oto nasz problem — odezwał się Hendricks w odpowiedzi na pytające spojrzenie Conwaya. — Awaria rozwaliła statek prawie całkowicie. Gdybyśmy nie byli w stanie nieważkości, rozpadłby się pod naszym ciężarem. — Przerwał, by pomóc Kurseddowi, który nie mógł się przepchnąć przez otwór w drzwiach. — Wszystkie hermetyczne drzwi zapewne zatrzasnęły się automatycznie, ale ponieważ jednostka jest w takim stanie, zamknięte grodzie nie muszą oznaczać, że po drugiej stronie jest jakakolwiek atmosfera. I choć wiemy już, jak te grodzie otworzyć, nie mamy pewności, czy ich poruszenie nie otworzy wszystkich pozostałych drzwi statku, z fatalnym skutkiem dla rozbitka.
W słuchawkach Conwaya rozległo się ciężkie westchnienie, po którym porucznik mówił dalej.
— Jesteśmy więc zmuszeni zakładać śluzy przy wszystkich grodziach, do których dotarliśmy, aby spadek ciśnienia, gdy zaczniemy się przebijać, był tylko minimalny. To jednak zabiera mnóstwo czasu, a nie ma możliwości skrócenia tego bez narażania życia rozbitka.