Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Do środka! — przynaglał Conway. — Musimy go stamtąd przegnać, zanim…
Prilicla jednak nie rozpoczynał owego tańca, który w efekcie dawał ochronną powłokę.
— Wykryłem w jego sferze emocjonalnej interesującą zmianę — rzekł nagle. — W dalszym ciągu jest tam strach, zamęt i dominujące nad wszystkim uczucie głodu…
— Głodu! — Murchison nie zdawała sobie dotąd sprawy ze śmiertelnego niebezpieczeństwa, w jakim znaleźli się pacjenci.
— …ale jest jeszcze coś — mówił Prilicla, nie zauważywszy, że mu przerwano. — Mogę to opisać jako śladowe uczucie zadowolenia połączone z tym samym pragnieniem dezintegracji, jakie stwierdziłem niedawno u jego rodzica. Nie wiem jednak, czemu przypisać tę nagłą zmianę.
Conway myślał tylko o trójce maleńkich pacjentów oraz o drapieżnej postaci, którą przybierał uciekinier.
— Zapewne temu — odparł niecierpliwie — że ostatnie wydarzenia miały wpływ również na jego równowagę umysłową, a owo śladowe uczucie przyjemności pochodzi stąd, że lubi wodę…
Urwał gwałtownie, czując zamęt w myślach galopujących zbyt szybko, by mógł sformułować jakąś wypowiedź czy choćby uporządkowaną, logiczną koncepcję. Raczej była to gorączkowa gmatwanina faktów, refleksji i szaleńczych hipotez, które kipiały mu teraz w mózgu, by w końcu, jakimś cudownym sposobem, uspokoić się i ułożyć w… odpowiedź.
Był pewien, że żaden z tytanów myśli zgromadzonych w sali obserwacyjnej nie mógł wpaść na to rozwiązanie, ponieważ nie mieli oni przy sobie empaty w chwili, gdy młody SRTT, bliski pomieszania zmysłów ze strachu i rozpaczy, zanurzył się nagle w ciepłym zielonkawym płynie wypełniającym sekcję AUGL…
Kiedy inteligentny, dojrzały osobnik o złożonym umyśle napotyka wrażenia nieprzyjemne i bolesne w odpowiednio wysokim natężeniu, wynikiem jest ucieczka od rzeczywistości. Zrazu jest to chęć powrotu do prostych, beztroskich dni dzieciństwa, a potem, jeśli okazuje się, że ten okres nie był ani taki beztroski, ani taki nieskomplikowany, jak się go pamięta, następuje ostateczne wycofanie do okresu płodowego i zamarły w bezruchu, w braku aktywności umysłowej stan katatonii. Jednak dojrzały osobnik SRTT nie mógł łatwo osiągnąć katatonicznego stanu płodowego, ponieważ w jego systemie rozrodczym — zamiast nie narodzonego jeszcze płodu znajdującego się w ciepłym i wygodnym łożysku matki — przyszłym potomkiem była część dojrzałego ciała rodzica cały czas uczestnicząca w jego przemianach i działaniach. W ciele osobnika klasy SRTT każda komórka była bowiem siedliskiem umysłu — w przypadku istoty, której wszystkie komórki mogą się wzajemnie wymieniać, jakakolwiek cezura umysłowa jest niemożliwa.
Jak można podzielić szklankę wody, nie odlewając części do innego naczynia?
Dlatego też ogarnięty psychozą osobnik zmuszony będzie cofać się coraz dalej i dalej, angażując się po drodze w niezliczone przemiany i adaptacje, w poszukiwaniu owego nie istniejącego łożyska matki. Będzie się cofał daleko, aż w końcu osiągnie ów stan bezrozumny, do którego dążył, a jego umysł, nierozdzielny z ciałem, stanie się ciepłą wodą kipiącą życiem jednokomórkowym, z którego wykształcił się drogą ewolucji.
Conway znał już powód dezintegracji ciała SRTT seniora. Co więcej, był pewien, że zna też sposób rozwiązania tego potwornego rebusu. Gdyby tylko mógł być pewien tego, że — jak w przypadku większości innych ras — dojrzałe, bardziej złożone umysły SRTT popadały w szaleństwo szybciej niż umysły młode, nie w pełni rozwinięte…
Jak przez mgłę uświadamiał sobie, że podszedł do interkomu i zażądał połączenia z O’Marą oraz że pielęgniarka i Prilicla zbliżyli się, by usłyszeć, co mówi. Potem, zdawało mu się, godziny całe minęły, nim naczelny psycholog wchłonął to wszystko, co usłyszał, i odpowiednio zareagował.
— To bardzo pomysłowe, doktorze — odezwał się w końcu cierpko major. — Co więcej, jestem przekonany, że tak się właśnie rzeczy mają, i nic tu nie da dalsze teoretyzowanie. Szkoda jedynie, że fakt, iż mamy świadomość tego, co się stało, nie pomoże pacjentowi…
— O tym też myślałem — żywo przerwał mu Conway — i według mnie obecnie największym problemem jest dla nas uciekinier. Jeśli wkrótce go nie złapiemy i nie obezwładnimy, będą poważne ofiary wśród personelu i pacjentów, przynajmniej na moim oddziale, jeśli jeszcze nie gdzie indziej. Niestety, z przyczyn technicznych pański pomysł uspokojenia go za pomocą nagrania w jego języku nie dał, jak dotąd, pozytywnych rezultatów…
— Ujął to pan bardzo oględnie — odparł sucho O’Mara.
— Ale — ciągnął Conway — gdyby pomysł ten zmodyfikować tak, by do uciekiniera przemówił i uspokoił go znajdujący się u nas rodzic… Gdyby go wyleczyć…
— Wyleczyć go! A co pańskim zdaniem, do cholery, robimy przez całe trzy tygodnie? — zapytał gniewnie major. Potem jednak zdał sobie sprawę, że pytanie Conwaya nie było głupie czy zadane dla żartu, że było najzupełniej poważne. — Proszę dalej, doktorze — dodał bezbarwnym głosem.
Conway kontynuował. Gdy skończył, w głośniku interkomu rozległo się donośne westchnienie ulgi.
— Sądzę, że ma pan rację. Musimy tego spróbować bez względu na ryzyko, o którym pan wspomniał — mówił podniecony O’Mara. Zaraz jednak opanował się i przyjął poważny ton. — Niech pan tam obejmie kierownictwo. Wie pan lepiej od innych, co trzeba zrobić. Proszę wykorzystać pomieszczenie rekreacyjne dla klasy DBLF na poziomie pięćdziesiątym dziewiątym, jest blisko pańskiej sekcji. Można je szybko ewakuować. Wykorzystamy zwykłe linie łączności, więc nie stracimy czasu na montaż nowych, a ów specjalny sprzęt, którego pan potrzebuje, będzie tam najdalej za piętnaście minut. Może więc pan w każdej chwili zaczynać, doktorze…
Zanim Conway przerwał połączenie, usłyszał majora wydającego rozkaz, by wszyscy Kontrolerzy i cały personel na terenie oddziału pediatrycznego stawili się do dyspozycji doktora Conwaya i doktora Prilicli. Ledwie zdążył odwrócić się od interkomu, gdy Kontrolerzy w zielonych mundurach zaczęli wchodzić do śluzy.
VII
Młodego SRTT należało jakoś zwabić do sali rekreacyjnej, którą tymczasem zamieniono w wielką pułapkę. Najpierw jednak trzeba było zmusić go do wyjścia z sekcji AUGL. Udało się to przy pomocy dwunastu pływających w ciężkich skafandrach służbowych, ociekających potem i klnących na czym świat stoi Kontrolerów, którzy niezgrabnie uganiali się za przybyszem, aż zapędzili go w takie miejsce, z którego śluza była jedyną drogą ucieczki.
W prowadzącym do śluzy korytarzu czekali już na niego Conway, Prilicla i kolejny oddział Korpusu, wszyscy ubrani odpowiednio do warunków panujących w najgroźniejszych środowiskach, przez które przyszłoby im ścigać zbiega. Siostra Murchison też usiłowała pójść z nimi — chciała być obecna, jak się wyraziła, przy „dobiciu zwierza” — ale Conway oświadczył ostro, że jej miejsce jest przy trzech małych pacjentach klasy AUGL i tym ma się zająć.
Tak ostra reakcja zaskoczyła i jego, ale nerwy miał napięte do granic wytrzymałości. Jeśli koncepcja, o której z takim entuzjazmem opowiadał O’Marze, nie da rezultatu, było wielce prawdopodobne, że w Szpitalu zamiast jednego znajdą się dwaj nieuleczalnie chorzy pacjenci klasy SRTT. W tym kontekście słowa „dobicie zwierza” były wyjątkowo niefortunnie dobrane.
Uciekinier przemienił się znowu, tym razem przybierając postać ludzką — był to rezultat na poły świadomego mechanizmu obronnego wyzwolonego przez ścigających. Biegł korytarzem, człapiąc nogami zbyt chwiejnymi i zginającymi się w niewłaściwych miejscach, a jednocześnie łuskowata, brunatna powłoka, która okrywała go w zbiorniku AUGL, drżąc, marszcząc się i wygładzając, zmieniała się w róż i biel ludzkiego ciała i fartucha lekarskiego. Conway potrafił bez obrzydzenia przyglądać się najróżniejszym stworzeniom cierpiącym na najstraszliwsze choroby, ale widok SRTT przeistaczającego się w biegu w człowieka przyprawił go o mdłości.