Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Zatem trzeba sprowadzić więcej ekip ratunkowych — odparł Conway. — Jeśli na krążowniku jest ich za mało, możemy ściągnąć więcej ze Szpitala. W ten sposób skrócimy czas…
— W żadnym wypadku, doktorze! — przerwał mu Hendricks z naciskiem. — Jak pan sądzi, dlaczego zatrzymaliśmy się osiemset kilometrów od Szpitala? Mamy dowody, że we wraku zachowały się znaczne rezerwy energii, i dopóki nie wiemy dokładnie, jakiej i gdzie, musimy pracować z największą ostrożnością. Chcemy uratować rozbitka, ale nie zamierzamy zginąć z nim w eksplozji. Nie mówili panu o tym w Szpitalu?
Conway pokręcił głową.
— Może nie chcieli mnie martwić.
— Ja też nie chcę — zaśmiał się Hendricks. — Mówiąc poważnie, prawdopodobieństwo eksplozji będzie z każdą chwilą mniejsze, jeśli podejmiemy odpowiednie środki ostrożności. Jeżeli jednak zaroi się tu od ludzi z palnikami i łomami, to wybuch będzie prawie pewny.
W trakcie wywodu porucznika zdążyli przejść dwa przedziały i krótki odcinek korytarza. Conway zauważył, że każde pomieszczenie pomalowane jest na inny kolor. Uznał, że rasa, której przedstawicielem jest rozbitek, ma wysoce oryginalne pojęcie o kolorystyce wnętrz.
— Kiedy spodziewa się pan do niego dotrzeć? — zapytał.
Hendricks odparł ponuro, że to bardzo proste pytanie, które wymaga długiej i złożonej odpowiedzi. Obcy zdradził swą obecność hałasem, a mówiąc dokładniej, drganiem struktury statku wywołanym jego ruchami. Jednak stan wraka oraz nieregularne i słabnące ruchy nie pozwalały dokładnie ustalić miejsca, w którym się znajduje. Ratownicy przebijali się do centrum jednostki, zakładając, że tam najpewniej znajduje się jakieś nie uszkodzone, szczelne pomieszczenie. A przy tym, w wyniku hałasu i drgań spowodowanych przez ludzi, nie było już słychać ruchów rozbitka, co pozwoliłoby bliżej ustalić jego położenie.
Ujmując to w liczbach, odpowiedź na postawione pytanie brzmiała: od trzech do siedmiu godzin.
A kiedy już do niego dotrą, pomyślał Conway, trzeba będzie wziąć próbki, przeanalizować i odtworzyć atmosferę, a także właściwe ciążenie, przygotować go do przeniesienia do Szpitala i udzielić wszelkiej możliwej pierwszej pomocy, zanim rozpocznie się właściwe leczenie.
— O wiele za długo — powiedział przerażony. Skoro rozbitek słabł, nie można było oczekiwać, że przeżyje do tego czasu. — Musimy przygotować pomieszczenie w Szpitalu bez oglądania pacjenta. Inne postępowanie jest wykluczone. Zrobimy tak…
Conway wydał szybko polecenie, by zerwano kilka płytek podłogowych i obnażono w ten sposób znajdujące się pod nimi obwody sztucznego ciążenia. Sam nie bardzo się na tym zna, powiedział Hendricksowi, ale porucznik na pewno dość dokładnie zorientuje się w ich mocy. Wszystkie cywilizowane rasy galaktyki, które opanowały sztukę podróży kosmicznych, neutralizują i wytwarzają grawitację w ten sam sposób. Jeśli rasa rozbitka robi to inaczej, i tak będzie można uznać, że akcja ratownicza nie zda się na nic.
— Cechy fizyczne przedstawiciela dowolnej rasy — mówił dalej — można wydedukować na podstawie próbek jego żywności, wielkości i energochłonności obwodów sztucznego ciążenia, a także składu powietrza, które zachowało się gdzieś w odcinkach przewodów. Dostateczna ilość tego rodzaju danych pozwoli nam odtworzyć jego środowisko…
— Niektóre z tych fruwających przedmiotów to zapewne pojemniki z żywnością — wtrącił się nagle Kursedd.
— To możliwe — zgodził się Conway. — Ale najpierw trzeba zdobyć jakąś próbkę atmosfery i przeanalizować ją. W ten sposób będziemy mieli ogólne pojęcie o metabolizmie rozbitka, dzięki czemu zdołamy potem odróżnić puszki z syropem od pojemników z farbą…!
Poszukiwania mające na celu wykrycie i wyodrębnienie systemu doprowadzającego powietrze rozpoczęły się kilka sekund później. Conway wiedział, że w każdym pomieszczeniu statku kosmicznego znajduje się mnóstwo rur i przewodów, ale taka ilość, jaką zawierał tu choćby najmniejszy przedział, zdumiewała go swą złożonością. Ich widok budził u niego jakąś niejasną myśl, gdzieś w zakamarkach mózgu, ale albo jego centra skojarzeniowe nie działały właściwie, albo ów bodziec nie był zbyt silny — w każdym razie nic mu nie przyszło do głowy.
Conway oraz pozostali ratownicy działali zgodnie z założeniem, że jeśli każdy przedział można odizolować hermetycznymi grodziami, przewody powietrzne prowadzące do takiego sektora powinny być przedzielone zaworami przy wejściu i wyjściu. Znalezienie odcinka przewodu zawierającego jeszcze powietrze było więc tylko kwestią czasu. Jednak w labiryncie otaczających ich rur były również przewody energetyczne i telekomunikacyjne, z których część pewnie nadal znajdowała się pod napięciem. Trzeba zatem było prześledzić każdy odcinek aż do jakiejś przerwy, by wyeliminować wszystkie przewody poza powietrznymi. Był to długi i żmudny proces. Conway aż wrzał w duchu ze złości na myśl o tej czysto mechanicznej zgadywance, od której szybkiego rozwiązania zależało życie pacjenta. Żywił wściekłą nadzieję, że ekipa przebijająca się do centrum wraka pierwsza dotrze do pacjenta, a on będzie mógł z powrotem stać się w pełni sprawnym lekarzem, nie zaś technikiem z dwiema lewymi rękami.
Po dwóch godzinach ograniczono zakres możliwości do jednej ciężkiej rury, która po prostu musiała być przewodem powietrznym.
Wszystko wskazywało na to, że prowadzi do niej aż siedem wlotów!
— No, jeśli ktoś potrzebuje siedmiu składników… — zaczął Hendricks, po czym popadł w kłopotliwe milczenie.
— Tylko jeden przewód dostarcza składnika głównego — stwierdził Conway. — Pozostałe muszą wprowadzać potrzebne elementy śladowe albo składniki obojętne, jak na przykład azot w naszym powietrzu. Gdyby te zawory regulacyjne, które widać na każdym przewodzie, nie zamknęły się, gdyby przedział się rozhermetyzował, można byłoby odczytać z ich ustawień dokładną proporcję poszczególnych składników.
Mówił pewnym głosem, ale w głębi duszy nie czuł się pewnie. Miał przeczucie.
Kursedd przesunął się do przodu. Ze swego zestawu wyciągnął niewielki palnik, zwęził płomień, otrzymując dwudziestocentymetrową iglicę ognia, po czym dotknął nią jednego z przewodów wlotowych. Conway zbliżył się, trzymając w pogotowiu otwartą butelkę do próbek.
Z rury trysnął strumień żółtawej pary i Conway skoczył ku niemu. W pojemniku znalazło się niewiele gazu, ale dość, by przeprowadzić analizę. Kursedd zaatakował kolejny przewód.
— Sądząc po wyglądzie — rzekł, nie przerywając pracy — powiedziałbym, że to chlor. A jeśli chlor jest głównym składnikiem atmosfery pacjenta, będzie go można umieścić w zmodyfikowanej sali dla klasy PVSJ.
— Jakoś mi się nie wydaje, żeby to było takie proste — odparł Conway.
Ledwie skończył mówić, silny strumień pary wypełnił pomieszczenie białą mgłą. Kursedd odskoczył instynktownie, odrywając płomień palnika od przedziurawionej rury. Para przeistoczyła się w wielkie krople przezroczystego płynu, które wściekle bulgocąc, zmieniały się w gaz. Wygląda to i zachowuje się jak woda, pomyślał Conway, pobierając kolejną próbkę.
Po wykonaniu otworu w trzecim przewodzie płomień palnika wyraźnie urósł i pojaśniał, póki znajdował się w strumieniu uchodzącego gazu. Nie było wątpliwości dlaczego.
— Czysty tlen — orzekł Kursedd, ujmując w słowa myśli Conwaya. — Albo prawie czysty.
— Woda może być — wtrącił się Hendricks — ale chlor i tlen tworzą mieszaninę zupełnie nie nadającą się do oddychania.