Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
To, co nastąpiło, było tak gwałtowne jak eksplozja bomby.
Conwayem rzuciło o podłogę, w prawym ramieniu stracił czucie od ciosu, który zgruchotałby mu przegub, gdyby nie ciężki skafander. Wściekle manipulował degrawitatorem, aby nie odbić się od podłogi, po czym powoli wycofał się w stronę drzwi. Kakofonia pytań w słuchawkach uporządkowała się na tyle, że można było wyróżnić dwa podstawowe: dlaczego krzyknął i co to za łoskot, który właśnie było słychać?
— Uhm… — odparł drżącym głosem — właśnie ustaliłem, że rozbitek żyje.
Stojący w drzwiach Hendricks zakrztusił się.
— Nie wiem — powiedział wstrząśnięty — czy kiedykolwiek widziałem kogoś bardziej żywotnego.
— Gadajcie do rzeczy! — warknął O’Mara. — Co się dzieje?
Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, myślał Conway, patrząc na toroidalne stworzenie to podskakujące, to toczące się po pomieszczeniu. Dotknięcie wyzwoliło w nim odruch paniki i choć za pierwszym razem powodem był Conway, to obecnie kontakt z czymkolwiek — ścianą, podłogą, a nawet unoszącymi się w powietrzu szczątkami — wywoływał ten sam skutek. Pięć par silnych, elastycznych macek śmigało dookoła, zataczając półmetrowe łuki; siła ich uderzeń cały czas rzucała stworzeniem po przedziale. Niezależnie od tego, którą częścią masywnego ciała czegoś dotknął, macki uderzały we wszystkich kierunkach.
Conway schronił się w śluzie, wykorzystawszy moment, kiedy dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności nieziemiec zawisł bezwładnie pośrodku pomieszczenia, powoli się obracając i w ogóle ogromnie przypominając starożytną stację kosmiczną. Ale już znosiło go ku ścianie i trzeba było szybko zorganizować akcję, nim znowu zacznie szaleć.
Nie zwracając na razie uwagi na O’Marę, Conway powiedział szybko:
— Potrzebna będzie gęsta siatka, rozmiar piąty, plastykowa powłoka do przykrycia oraz zestaw pomp. Nie możemy się spodziewać, że w tym stanie rozbitek będzie się zachowywał spokojnie. Po obezwładnieniu go i zamknięciu w powłoce możemy wypełnić ją odpowiadającą mu atmosferą, co powinno wystarczyć do przeniesienia do tendra. A tam już będzie czekał Kursedd. Tylko proszę się pospieszyć z tą siecią!
Jakim cudem istota przyzwyczajona do wysokiego ciśnienia może zdradzać tak olbrzymią ruchliwość w bardzo rozrzedzonym powietrzu, tego Conway nie potrafił zrozumieć.
— Jak idzie analiza, Kursedd? — zapytał nagle.
Na odpowiedź czekał tak długo, że przez chwilę sądził, iż pielęgniarz przerwał łączność. W końcu jednak dotarły do niego wypowiedziane powoli, z konieczności pozbawione emocji słowa:
— Już skończyłem. Skład powietrza w przedziale rozbitka jest taki, doktorze, że gdyby pan zdjął hełm, mógłby pan nim oddychać.
I to jest największa sprzeczność, pomyślał oszołomiony Conway. Wiedział, że Kursedd musi być równie zdumiony. Nagle roześmiał się na myśl o tym, jak teraz zachowuje się zapewne sierść pielęgniarza…
IV
Sześć godzin później szamocący się wściekle przez całą drogę rozbitek trafił do sali 310 B, niedużego pokoju obserwacyjnego, który przylegał do bloku operacyjnego głównego oddziału chirurgicznego dla klasy DBLF. Po tym wszystkim Conway nie wiedział już, czy chce nieziemca wyleczyć, czy raczej go zamordować, a sądząc po uwagach Kursedda i Kontrolerów podczas przenoszenia, mieli oni podobne wątpliwości. Conway przeprowadził badanie wstępne — na ile pozwalała sieć ograniczająca ruchy pacjenta — które zakończył pobraniem próbek krwi i skóry. Przesłał je do oddziału patologii, opatrzywszy czerwonymi nalepkami „Bardzo pilne”. Nie skorzystał tym razem z poczty pneumatycznej, lecz poprosił Kursedda, by zaniósł je osobiście, ponieważ wiadomo było, że personel patologii cierpi na ostry daltonizm, jeśli chodzi o dostrzeganie nalepek pierwszeństwa. Na koniec zarządził prześwietlenie, polecił Kurseddowi obserwować pacjenta i udał się do O’Mary.
— Najgorsze już minęło — powiedział naczelny psycholog, gdy Conway skończył relację. — Chyba chce pan poprowadzić ten przypadek…
— Nie… nie sądzę — odparł Conway.
O’Mara zmarszczył brwi.
— Jeśli pan nie chce, proszę powiedzieć wprost. Nie lubię uników.
Conway odetchnął przez nos, po czym powoli, ciągnąc słowa, oznajmił:
— Chcę poprowadzić tego pacjenta. Moja wątpliwość to nie skutek niezdecydowania, ale pańskiego błędnego osądu, że najgorsze już minęło. Nieprawda. Przeprowadziłem badanie wstępne i kiedy jutro nadejdą wyniki analiz, zrobię badanie szczegółowe. Chciałbym, żeby byli przy tym doktorzy Mannon i Prilicla, pułkownik Skempton oraz pan.
Brwi O’Mary uniosły się.
— Osobliwy zestaw specjalistów, doktorze. A może mi pan powie, po co pan nas potrzebuje?
Conway pokręcił głową.
— Wolałbym nie. Jeszcze nie teraz.
— Dobrze, przyjdziemy — odparł naczelny psycholog z wymuszoną uprzejmością. — Przepraszam, że posądziłem pana o unik. Po prostu tak pan mamrotał i ziewał mi prosto w twarz, że rozumiałem co trzecie słowo. Teraz niech pan pójdzie się przespać, zanim wpadnie mi do głowy, żeby rozwalić panu łeb.
Dopiero wtedy Conway uświadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony. W drodze do pokoju raczej powłóczył nogami, niż szedł pewnym, rytmicznym krokiem…
Następnego ranka spędził sam dwie godziny z pacjentem, zanim zwołał konsylium, którego zażądał u O’Mary. Wszystko, co wykrył, a nie było tego wiele, świadczyło, że nic konstruktywnego nie da się osiągnąć bez pomocy specjalistów.
Pierwszy zjawił się doktor Prilicla, pająkowaty i niezwykle kruchy reprezentant klasy fizjologicznej GLNO. O’Mara oraz pułkownik Skempton — naczelny inżynier Szpitala — przyszli razem. Doktor Mannon, zatrzymany na bloku DBLF-ów, przybył spóźniony, prawie biegiem. Zwolnił, po czym dwukrotnie, spokojnie, obszedł pacjenta.
— Wygląda jak obwarzanek w polewie kakaowej — powiedział.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Ta narośl — rzekł Conway, przysuwając tomograf — nie jest ani naturalna, ani taka nieszkodliwa, na jaką wygląda. Jak widać, stworzenie wykazuje wszystkie cechy osobnika o anatomii zbliżonej do normalnego typu DBLF: ma cylindryczne ciało o lekkim kośćcu i silnym umięśnieniu. Jego kształt nie jest pierścieniowaty, sprawia tylko takie wrażenie, gdyż z jakiegoś, sobie tylko znanego powodu osobnik ten usiłuje połknąć własny ogon.
Mannon wbił wzrok w ekran tomografu, wydał pełne niedowierzania mruknięcie, po czym się wyprostował.
— Istne błędne koło, słowo daję — mruknął. — Czy dlatego O’Mara jest tutaj? Uważasz, że nasz pacjent ma nierówno pod sufitem?
Conway uznał pytanie za niepoważne i zignorował je.
— Narośl jest najgrubsza w miejscu, gdzie otwór gębowy pacjenta obejmuje jego ogon, zresztą jej rozmiary prawie uniemożliwiają dostrzeżenie tego połączenia. Przypuszczalnie narośl ta jest bolesna, a przynajmniej wysoce drażniąca, i może właśnie nieznośne swędzenie powoduje, że istota gryzie się w ogon. Albo też pozycję tę wymusił mimowolny skurcz mięśni, do którego przyczyniła się narośl, coś w rodzaju spazmu epileptycznego…
— Ta druga hipoteza bardziej do mnie przemawia — przerwał mu Mannon. — Żeby taka narośl mogła się przenieść z głowy na ogon albo odwrotnie, szczęki muszą być zwarte w ten sposób już od dłuższego czasu.