Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
Wirujący wysoko pośrodku sali rozmazany kształt, SRTT, wydał piskliwy, przerażony gulgot.
Z głośników wydobył się straszliwy łoskot. Okrzyki, piski, trzask i tupot wielu nóg nakładały się na jakieś dźwięki znacznie powolniejsze i wielokrotnie niższe. Słychać było głos O’Mary, co sił w płucach wykrzykującego jakieś nie wiadomo do kogo adresowane wyjaśnienia.
— Do jasnej cholery, przestańcie już, wy tam! — rozległ się nie zidentyfikowany głos. — Tatuś malucha obudził się i demoluje cały interes!
Szybko, lecz łagodnie zatrzymali ruch wirowy malca i opuścili SRTT na podłogę, potem zaś czekali w napięciu, aż okrzyki i trzaski dochodzące do nich przez głośniki z sali obserwacyjnej, osiągnąwszy crescendo, opadną. Ludzie stali nieruchomo, patrząc to na siebie, to na pojękującą istotę na podłodze, to na głośniki, i czekali. W końcu doczekali się.
Dźwięki wydobywające się z głośnika przypominały ów gulgot transmitowany kilka godzin wcześniej, ale już bez ryku zakłóceń, a ponieważ wszyscy mieli włączone autotranslatory, słychać było również tłumaczenie.
Był to głos SRTT seniora — wyleczonego, gdyż stanowiącego już fizyczną jedność — który przemawiał zarówno uspokajająco, jak i z wyrzutem do swego niesfornego potomka. Sprowadzało się to do stwierdzenia, że mały był bardzo niegrzeczny, że musi zaprzestać gonitw i bałaganienia i że nic złego mu się nie stanie, jeśli tylko będzie słuchał otaczających go istot. Im prędzej to zrobi, zakończył rodzic, tym szybciej będą mogli udać się do domu.
Conway wiedział, że uciekinier przeszedł straszliwe męki psychiczne. Może i zbyt wielkie. Pełen napięcia przyglądał się mu — wciąż jeszcze ni to rybie, ni to ssakowi, ni to ptakowi — jak kuśtykał w stronę ludzi. Kiedy malec łagodnie i posłusznie trącił jednego z Kontrolerów w kolano, okrzyk radości, który się rozległ o krok od niego, o mało nie wywołał powtórnego szoku.
— Kiedy Prilicla dostarczył mi klucz do tego, na co cierpi starszy SRTT, upewniłem się, że kuracja musi być wstrząsowa — mówił Conway do Diagnostyków i starszych lekarzy zgromadzonych wokół biurka O’Mary.
Już to, że siedział w tak dostojnym towarzystwie, było dostatecznym dowodem uznania, ale i tak denerwował się podczas dalszych wywodów.
— Jego regres ku — dla niego — stadium płodu, czyli ku całkowitej dezintegracji na pojedyncze, nie myślące komórki unoszące się w pierwotnym oceanie, był bardzo zaawansowany. Może i za bardzo, sądząc z jego stanu. Major O’Mara próbował już różnych terapii wstrząsowych, ale istota ta, przy swej fantastycznie elastycznej budowie komórkowej, mogła to wszystko zneutralizować lub zignorować. Moja koncepcja zakładała wykorzystanie ścisłej więzi fizycznej i emocjonalnej, która — jak odkryłem — istnieje pomiędzy seniorem a jego ostatnim potomkiem. W ten sposób chciałem dotrzeć do seniora.
Conway zamilkł, obiegając wzrokiem otaczającą ich ruinę. Sala obserwacyjna numer trzy wyglądała, jakby trafiła w nią bomba. Lekarz wiedział o tych kilku gorączkowych minutach, jakie upłynęły od ocknięcia się seniora z katatonii do udzielenia mu wyjaśnień. Odchrząknął i mówił dalej:
— Zwabiliśmy więc juniora do sali rekreacyjnej i próbowaliśmy możliwie najbardziej go przestraszyć, jednocześnie transmitując wydawane przez niego dźwięki do pomieszczenia, w którym znajdował się rodzic. Poskutkowało. Starszy SRTT nie mógł leżeć spokojnie, podczas gdy jego najmłodszy i najukochańszy potomek znajdował się w straszliwym niebezpieczeństwie. Troska rodzicielska i uczucie przezwyciężyły obłęd, a pacjenta przywróciły do rzeczywistości. Senior mógł uspokoić potomka i wszystko skończyło się dobrze.
— Znakomicie pan to wydedukował, doktorze — powiedział ciepło O’Mara. — Trzeba pana pochwalić…
Przerwał mu sygnał interkomu. Siostra Murchison powiadamiała o pierwszych oznakach zesztywnienia u trzech małych pacjentów klasy AUGL i prosiła, by doktor przyszedł natychmiast. Conway zażądał hipnotaśmy klasy AUGL dla siebie i Prilicli i wyjaśnił zgromadzonym, że to sprawa nie cierpiąca zwłoki. W czasie zapisu Diagnostycy i starsi lekarze zaczęli wychodzić. Nieco rozczarowany Conway pomyślał, że wezwanie zepsuło najważniejszą być może chwilę w jego życiu.
— Niech się pan nie martwi, doktorze — pocieszył go O’Mara, znowu czytając w jego myślach. — Gdyby to wezwanie przyszło pięć minut później, głowa tak by się panu rozdęła, że nie mógłby pan zrobić zapisu…
Dwa dni później Conway po raz pierwszy i ostatni pokłócił się z Priliclą. Twierdził, że bez zdolności empatycznych swego asystenta — niezwykle pożytecznego narzędzia diagnostycznego — oraz czujności siostry Murchison wyleczenie wszystkich trzech pacjentów byłoby niemożliwe. Cinrussańczyk oświadczył, że nie leży w jego naturze sprzeciwianie się poglądom zwierzchnika, ale w tym wypadku Conway myli się całkowicie. Siostra Murchison powiedziała, że cieszy się, iż mogła pomóc, i poprosiła o trochę wolnego.
Conway zgodził się, po czym kontynuował kłótnię z Priliclą, choć bez nadziei na sukces. Naprawdę był przekonany, że bez pomocy małego empaty nie byłby w stanie uratować trzech pacjentów — może nawet żadnego. Ale był szefem, a kiedy szef wraz z asystentami ma jakieś osiągnięcia, zasługi niezmiennie przypisuje się właśnie jemu.
Kłótnia, jeśli było to właściwe słowo na określenie w zasadzie przyjacielskiej sprzeczki, trwała wiele dni. Na oddziale pediatrycznym wszystko szło dobrze; nie zdarzyło się nic takiego, czym zaprzątano by sobie głowę. Obaj lekarze nie wiedzieli jeszcze o wraku statku kosmicznego, który holowano już do Szpitala, ani o rozbitku, który się na tym statku znajdował.
Conway nie wiedział również, że przez następne dwa tygodnie cały personel Szpitala będzie nim pogardzał.
5. PACJENT Z ZEWNĄTRZ
I
Krążownik Korpusu Kontroli Sheldon wychynął z nadprzestrzeni około ośmiuset kilometrów od Szpitala Kosmicznego. Z tej odległości, holując wrak, który był powodem jego przybycia, potężna, jasno oświetlona konstrukcja szybująca zwykle w przestrzeni międzygwiezdnej gdzieś na skraju galaktyki zdawała się jedynie przyćmioną plamką światła, ale dowódca krążownika utrzymywał tę odległość, stojąc w obliczu trudnej decyzji. Gdzieś w ściągniętym przezeń wraku znajdowała się żywa istota pilnie potrzebująca pomocy lekarskiej. Jak każdy jednak odpowiedzialny strażnik porządku publicznego, dowódca miał związane ręce ze względu na zagrożenie osób postronnych — w tym przypadku personelu i pacjentów największego wielośrodowiskowego szpitala galaktyki.
Pospiesznie połączywszy się z izbą przyjęć, wyjaśnił sytuację i otrzymał zapewnienie, że lekarze natychmiast zajmą się tą sprawą. Skoro los rozbitka znalazł się w fachowych rękach, dowódca zdecydował, że ze spokojnym sumieniem może powrócić do badania wraka, który w każdej chwili groził eksplozją.
W gabinecie naczelnego psychologa Szpitala doktor Conway kręcił się niespokojnie w wygodnym fotelu i patrzył na kwadratową, kamienną twarz O’Mary przez otchłań zagraconego biurka.
— Niech się pan uspokoi, doktorze — powiedział nagle O’Mara, najwyraźniej czytając w jego myślach. — Gdybym wezwał pana na dywanik, podsunąłbym panu coś mniej wygodnego. Przeciwnie, polecono mi pana pochwalić i poinformować o awansie. Moje gratulacje. Jest pan teraz, Boże miej nas w swej opiece, starszym lekarzem.
Zanim Conway zdołał zareagować, psycholog uniósł potężną kwadratową dłoń.