Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Zgadzam się — powiedział Conway. — Każdą istotę chlorodyszną tlen zabija w ciągu paru sekund i odwrotnie. Może być jednak tak, że jeden z tych gazów stanowi bardzo niewielki procent, śladową ilość. A może oba są tylko elementami śladowymi, zaś głównego składnika jeszcze nie wykryliśmy.
W kilka chwil otwarto cztery pozostałe przewody i pobrano próbki. Tymczasem Kursedd najwyraźniej rozważał hipotezę Conwaya. Odezwał się dopiero wtedy, gdy odchodził do tendra i znajdującej się tam aparatury analitycznej.
— Jeśli te gazy mają być tylko w ilościach śladowych — odezwał się bezbarwny głos z autotranslatora — dlaczego wszystkich tych, a także i obojętnych składników nie miesza się zawczasu i nie dostarcza łącznie z utleniaczem lub jego odpowiednikiem, tak jak robimy to my i większość innych gatunków? Wszystko wtedy dopływa jednym przewodem.
Conway odchrząknął zmieszany. Biedził się nad tym samym problemem i nawet nie wiedział, jak do niego podejść. Tymczasem odezwał się ostrym tonem:
— Proszę szybko wykonać analizy, a tymczasem porucznik Hendricks i ja postaramy się ustalić rozmiary ciała rozbitka oraz właściwe dla niego ciśnienie atmosferyczne. I proszę się nie martwić — zakończył sucho. — Wszystko się z czasem wyjaśni.
— Miejmy nadzieję, że jeszcze w trakcie leczenia, a nie podczas autopsji — odparł na odchodnym Kursedd.
Bez dalszego ponaglania Hendricks zaczął odsuwać powyginane płytki podłogowe, by dostać się do obwodów sztucznego ciążenia. Wygląda na to, że porucznik wie, co robi, pomyślał Conway, toteż zostawił go przy tym zajęciu i poszedł szukać jakichś mebli.
III
Katastrofa spowodowała zupełnie inne skutki niż typowe zderzenie, podczas którego wszystkie przedmioty ruchome oraz znaczna część tych, które powinny być nieruchome, zostają uniesione siłą bezwładności i rzucone w kierunku punktu kolizji. W tym wypadku nastąpił krótki, gwałtowny wstrząs, który zniszczył wszystkie elementy mocujące, takie jak śruby, nity i spojenia. Meble, które na każdym statku zazwyczaj należą do przedmiotów szczególnie kruchych, ucierpiały najbardziej.
Gdyby miał krzesło czy łóżko, mógłby dość dokładnie ustalić kształt i sposób poruszania się jego użytkownika, a także, czy okryty był on twardą skórą, czy też dla wygody potrzebował sztucznej wyściółki. Natomiast badanie zastosowanych materiałów oraz wyglądu mebla dałoby mu pojęcie o tym, jakie ciążenie jest normalne dla owej istoty. Miał jednak wyraźnie pecha.
Niektóre szczątki fruwające po różnych pomieszczeniach bez wątpienia wchodziły kiedyś w skład jakichś sprzętów, ale były tak dokładnie przemieszane, że zidentyfikowanie ich nie było łatwiejsze od układania równocześnie szesnastu przemieszanych łamigłówek. Zastanowił się, czy nie powiedzieć o tym O’Marze, ale zrezygnował. Major na pewno nie jest ciekaw tego, jak mu nie idzie.
Właśnie szperał w pozostałościach czegoś, co mogło być niegdyś rzędem szafek, mając tęskną nadzieję, że natrafi na skarb w postaci odzieży albo fotografii nieziemca, gdy w hełmie rozległ się głos Kursedda.
— Analiza skończona — doniósł pielęgniarz. — W próbkach nie ma nic godnego uwagi, jeżeli się je potraktuje oddzielnie. Natomiast razem tworzą mieszaninę śmiertelną dla każdej istoty obdarzonej układem oddechowym. Jakkolwiek te gazy mieszać, otrzymuje się gęstą, trującą mgłę.
— Proszę dokładniej — rzekł Conway ostro. — Potrzebne mi są dane, a nie osobiste opinie.
— Poza zidentyfikowanymi już gazami — powiedział Kursedd — są tam jeszcze amoniak, dwutlenek węgla oraz dwa gazy obojętne. Łącznie, we wszystkich kombinacjach, jakie mogę sobie wyobrazić, tworzą atmosferę ciężką, trującą i prawie zupełnie nieprzezroczystą.
— To niemożliwe! — warknął Conway. — Widział pan, jak są pomalowane ich pomieszczenia. Same pastelowe kolory. Istoty żyjące w nieprzezroczystej atmosferze nie są wrażliwe na subtelne odcienie barw…
— Doktorze Conway — przerwał przepraszająco Hendricks — zakończyłem już badanie tego obwodu. Moim zdaniem ustawiony jest na pięć g.
Ciążenie równe pięciokrotnej grawitacji ziemskiej oznaczało również proporcjonalnie wysokie ciśnienie atmosferyczne. Owa istota musi więc oddychać gęstą zupą, trującą mieszaniną gazów, ale przezroczystą, dodał pośpiesznie w myśli. Poza tym były jeszcze dalsze bezpośrednie, a może i niebezpieczne konsekwencje.
— Niech pan powie ekipie ratunkowej — zwrócił się szybko do Hendricksa — żeby bardziej uważali, jeśli to możliwe, nie zwalniając tempa pracy. Każdy stworek żyjący pod pięcioma g ma swoją siłę, a istoty w stanie zagrożenia życia nieraz ogarniała panika.
— Rozumiem — odparł Hendricks zaniepokojonym tonem i wyłączył się.
Conway wrócił do rozmowy z Kurseddem.
— Słyszał pan, co powiedział porucznik — mówił już spokojniej. — Proszę spróbować jakichś kombinacji pod wysokim ciśnieniem. I niech pan pamięta: to ma być przezroczysta atmosfera!
Nastąpiło dłuższe milczenie.
— Tak jest — odezwał się w końcu pielęgniarz. — Chciałbym jednak dodać, że nie lubię zbytecznej roboty, nawet na rozkaz.
Przez kilka sekund Conway usilnie starał się opanować. W końcu trzask w słuchawkach uświadomił mu, że DBLF przerwał połączenie. Wówczas wyrzucił kilka słów, które nawet po wypraniu z wszelkiej emocji przez autotranslator nie pozostawiłyby najmniejszej wątpliwości w umyśle jakiegokolwiek nieziemca, że Conway jest wściekły.
Wkrótce jednak jego gniew na tego głupiego, zarozumiałego, wprost impertynenckiego pielęgniarza, którego mu wepchnięto, zaczął słabnąć. Może i Kursedd nie jest głupi, mimo wszystkich innych wad. Powiedzmy, że ma rację co do nieprzezroczystości atmosfery — co zatem z tego wynika? Kolejna sprzeczna informacja.
Cały wrak jest pełen takich sprzeczności, myślał ze znużeniem Conway. Jego kształt i budowa nie wskazywały na to, że był przeznaczony dla istot przyzwyczajonych do wysokiej grawitacji, a mimo to obwody sztucznego ciążenia mogły dać aż pięć g. Kolorystyka wnętrz z kolei dowodziła, że spektrum światła widzianego przez te istoty zbliżone jest do ludzkiego. A jednak, według Kursedda, ich powietrze wymagało radaru, by się w nim poruszać. Nie mówiąc już o nie wiadomo dlaczego tak skomplikowanym systemie napowietrzania oraz jasnopomarańczowym kadłubie…
Chyba już dwudziesty raz Conway usiłował zbudować jakiś rozsądny obraz sytuacji z danych, którymi rozporządzał. Bezskutecznie. Może gdyby podszedł do tego z innej strony…
Gwałtownie wcisnął guzik nadajnika.
— Poruczniku Hendricks — powiedział — proszę połączyć mnie ze Szpitalem, z majorem O’Marą. I chciałbym, żeby słuchał tego major Summerfield, pan oraz pielęgniarz Kursedd. Da się to załatwić?
Hendricks mruknął na potwierdzenie.
— Jedną chwileczkę — powiedział.
Pośród trzasków, brzęczenia i pisków Conway usłyszał urywane słowa Hendricksa, następnie łącznościowca z Sheldona wzywającego Szpital, a w końcu beznamiętny głos autotranslatora dyżurnego centrali Szpitala. W niespełna minutę, co zakładał Conway, gwar ucichł i rozległ się stanowczy, znajomy głos.
— Mówi naczelny psycholog — warknął O’Mara. — Słucham.
Conway naszkicował jak mógł najpobieżniej sytuację na statku, poinformował o braku jakichkolwiek ustaleń oraz o stwierdzonych przez nich sprzecznych danych.
— Ekipa ratunkowa — mówił — kieruje się ku centrum wraka, ponieważ tam najprawdopodobniej jest rozbitek. Mogą jednak trafić do jakiejś klitki gdzieś z boku, więc może trzeba będzie przeszukać wszystkie przedziały, by go odnaleźć. Nie wykluczam, że może to potrwać parę dni. Rozbitek — zakończył grobowym głosem — jeśli jeszcze żyje, na pewno jest w ciężkim stanie. Nie mamy tyle czasu.