Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 58
Перейти на страницу:

Nagły skok uciekiniera w korytarz prowadzący do sekcji MSVK zaskoczył ścigających, którzy zbili się w wierzgający stos zaraz za drzwiami śluzy. Istoty klasy MSVK były trójnożne, o wyglądzie cokolwiek przypominającym bociana i wymagały bardzo niskiej siły ciążenia, do której ludziom trudno było natychmiast się przystosować. Jednak gdy Conway wciąż jeszcze fruwał po pomieszczeniu, kosmiczne doświadczenie Kontrolerów pozwoliło im szybko stanąć na nogach. Uciekiniera zapędzono z powrotem do sekcji tlenodysznych.

Przez chwilę było strasznie, pomyślał Conway z ulgą, gdyż słabe oświetlenie i mgła, którą MSVK nazywają atmosferą, mogły utrudnić odnalezienie zbiega, gdyby zniknął im z oczu. Gdyby coś takiego zdarzyło się w tym stadium… Conway wolał o tym nie myśleć.

Ale sala rekreacyjna była już niedaleko, a SRTT pędził właśnie w jej kierunku. Znowu się przemieniał — tym razem w coś niskiego i ciężkiego, biegnącego na czterech kończynach. Jakby kurczył się w sobie, grubiał, wreszcie pojawiły się zaczątki skorupy. W tym stanie mijał właśnie skrzyżowanie, z którego wybiegli dwaj Kontrolerzy, dziko wrzeszcząc i wymachując rękami. Tym sposobem zagonili go w korytarz, w którym znajdowały się drzwi sali rekreacyjnej.

Korytarz był pusty…

* * *

Conway zaklął siarczyście. W poprzek korytarza miało stać, zagradzając drogę, kilku Kontrolerów, ale pogoń dotarła na miejsce tak szybko, że nie zdążyli oni jeszcze wyjść z sali, gdzie rozstawiali sprzęt, i zająć pozycji. Uciekinier na pewno minie właściwe drzwi i popędzi dalej.

Conway nie wziął jednak pod uwagę bystrego umysłu i jeszcze sprawniejszego ciała Prilicli. Jego asystent zdał sobie zapewne sprawę z sytuacji w tej samej chwili co on. Pomknął korytarzem, doścignął zbiega, następnie wskoczył na sufit, wyprzedził go i z powrotem znalazł się na podłodze. Conway usiłował krzyknąć, ostrzec go, że swym kruchym ciałem nie zdoła zatrzymać SRTT, który obecnie do złudzenia przypominał potężnego, zwinnego i dobrze opancerzonego kraba, i że jest to akcja samobójcza. Zrozumiał jednak, co Prilicla chce zrobić.

W niszy, jakieś dziesięć metrów przed zbiegiem, stał samojezdny transporter noszowy. Prilicla gwałtownie wyhamował obok niego, uderzył w starter i pobiegł dalej. Cinrussańczyk powodował się nie głupią brawurą, ale szybkim myśleniem i działaniem, co w tych okolicznościach było znacznie pożyteczniejsze.

Pozostawiony bez opieki wózek ruszył zygzakami korytarzem na nacierającego kraba. Nastąpił metaliczny odgłos zderzenia i z pogruchotanych akumulatorów zaczął się wydobywać gęsty żółto-czarny dym. Zanim jeszcze wentylatory zdołały oczyścić powietrze, Kontrolerzy okrążyli ogłuszonego, prawie nieruchomego uciekiniera, po czym zagnali go do sali rekreacyjnej.

Chwilę później do Conwaya zbliżył się oficer Korpusu. Skinieniem głowy wskazał dziwaczny zestaw przyrządów, dopiero co pospiesznie zgromadzony w pomieszczeniu. Aparatura leżała w stosach pod ścianami, obok umundurowanych mężczyzn otaczających salę ciasnym szeregiem. Pośrodku obracał się powoli SRTT, szukając drogi ucieczki.

— Doktor Conway, jak sądzę? — rzucił oficer niby to niedbale, ale wyraźnie zżerała go ciekawość. — No więc, doktorze, co mamy teraz robić?

Conway zwilżył wargi. Dotychczas nie zastanawiał się nad tym zbyt długo — myślał, że to, co miał zrobić, przyjdzie mu łatwo, skoro młody SRTT stał się takim utrapieniem dla Szpitala, szczególnie zaś dla jego oddziału. Teraz jednak obudziło się w nim współczucie. Był to w końcu tylko dzieciak, który przestał nad sobą panować pod wpływem żalu, nieświadomości i przerażenia razem wziętych. Jeśli się nie uda…

Otrząsnął się ze zwątpienia i bezsilności.

— Widzi pan to coś pośrodku sali? — spytał szorstko. — Trzeba to śmiertelnie przestraszyć.

* * *

Musiał, oczywiście, rozwinąć swoje polecenie, ale Kontrolerzy w lot pochwycili, co miał na myśli, i z wielkim entuzjazmem zajęli się przysłanym im sprzętem. Przyglądając się temu ponuro, Conway rozpoznał urządzenia należące do działu uzdatniania powietrza, służby łączności i najprzeróżniejszych kuchni — wszystko potrzebne do tego, do czego go nie projektowano. Były tam urządzenia wydające przenikliwy gwizd, przeraźliwe wycie i wreszcie inne, składające się z dwóch metalowych, uderzających o siebie tac. Do tego dochodziły jeszcze okrzyki ludzi operujących tymi źródłami hałasu.

Nie było już wątpliwości, że SRTT jest przerażony — Prilicla na bieżąco przekazywał informacje o jego reakcjach emocjonalnych. Ale nie był jeszcze przerażony dostatecznie.

— Cisza! — ryknął nagle Conway. — Teraz sprzęt nieakustyczny!

Dotychczasowy jazgot był tylko wstępem. Przyszła kolej na rzeczywiście mocne wrażenia — ale wszystko w ciszy, gdyż jakikolwiek dźwięk wydany przez SRTT musiał być słyszalny.

Wokół dygocącej postaci na środku sali buchnęły ogniste kule, oślepiająco jasne, ale o niewielkiej temperaturze. Jednocześnie zadziałały pola siłowe, to pchając, to ciągnąc malca; raz podrzucały go, po chwili zaś rozpłaszczały na podłodze. Pola funkcjonowały na tej samej zasadzie co degrawitatory, ale znacznie precyzyjniej. Inni operatorzy pól używali ich do rzucania flar w kierunku unieruchomionej, szamocącej się dziko postaci, w ostatniej chwili zmieniając kierunek ich lotu.

SRTT był już przerażony nie na żarty, tak bardzo, że wyczuwali to nawet nieempaci. Kształty, jakie przybierał, śniły się Conwayowi jeszcze przez wiele tygodni. Uniósł do ust mikrofon.

— Jest jakaś reakcja? — zapytał.

— Jeszcze nic. — Głos O’Mary zagrzmiał z głośników rozstawionych wokół sali. — Nie mam pojęcia, co robicie, ale trzeba to wzmocnić.

— Ale ta istota jest już skrajnie wyczerpana nerwowo… — zaczął Prilicla.

— Jeśli nie może pan tego znieść, proszę wyjść! — wpadł na niego Conway.

— Powoli, doktorze — zabrzmiał ostro głos O’Mary. — Rozumiem, co pan czuje, ale proszę pamiętać, że ostateczny rezultat to wszystko wykreśli…

— Ale jeśli się nie uda… — zaprotestował Conway. — Nieważne, zresztą… Przepraszam. — To ostatnie skierował już do Prilicli. — Jak pan sądzi — zapytał stojącego obok oficera — można jeszcze zintensyfikować nasze działania?

— Dreszcz mnie przechodzi na myśl o tym, że sam mógłbym się znaleźć w podobnej sytuacji — powiedział Kontroler przez zęby — ale można jeszcze spróbować wirowania. Niektóre istoty, potrafiące znieść praktycznie wszystko, zupełnie puchną w czasie wirowania…

* * *

Do cięgów, które SRTT obrywał od pól siłowych, dołączyło się jeszcze wirowanie — nie zwykłe obroty, ale dziki, kołyszący, podrygujący ruch wirowy, na sam widok którego Conwayowi żołądek podszedł do gardła. Flary śmigały wokół istoty to z góry, to z dołu niczym oszalałe księżyce wokół swej planety. Kilku obserwatorów straciło pierwotny entuzjazm, Prilicla zaś kołysał się i dygotał na swych sześciu patykowatych nogach miotany huraganem emocji, który groził porwaniem go ze sobą.

Conway pomyślał gniewnie, że włączenie Prilicli do tej sprawy było błędem; żaden empata nie powinien stawiać czoła podobnemu piekłu emocji. Zresztą błąd popełnił już na początku, bo cały ten pomysł był okrutny, sadystyczny i niesprawiedliwy. Był gorszy od potwora…

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)