Szpital kosmiczny
- Автор: Уайт Джеймс
- Серия: szpital kosmiczny #1
- Год: 2002
- Язык: польский
- Переводчик: Wiktor Bukato
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:
— Moim zdaniem — kontynuował — popełniono straszliwą omyłkę, ale najwyraźniej pański sukces w sprawie owego rozpuszczającego się SRTT oraz rola, jaką odegrał pan w przypadku lewitującego dinozaura, wywarły wrażenie na kierownictwie. Oni myślą, że stało się to dzięki pańskim zdolnościom, a nie czystemu przypadkowi. Co do mnie — wyszczerzył zęby — nie powierzyłbym panu nawet własnego wyrostka.
— Jest pan bardzo uprzejmy — odrzekł sucho Conway.
Major znowu się uśmiechnął.
— A czego pan oczekiwał? Pochwał? Do mnie należy leczenie głów, a nie nadymanie ich. Teraz, jak sądzę, przyda się panu kilka chwil, by przywyknąć do zaszczytu…
Conway natychmiast docenił, co znaczy dla niego ta zmiana. Na pewno sprawiła mu ona przyjemność — spodziewał się awansu na starszego lekarza nie wcześniej niż za dwa lata. Ale też trochę się przestraszył.
Teraz włoży na ramię opaskę ze złotym galonem, a w korytarzach i jadalniach przysługiwać mu będzie pierwszeństwo przed wszystkimi poza innymi starszymi lekarzami i Diagnostykami. Na każde żądanie otrzyma potrzebny sprzęt i pomoc. Zostanie obarczony pełną odpowiedzialnością za wszystkich pacjentów znajdujących się pod jego opieką i nie będzie mógł się z tego wykręcić lub zrzucić na kogoś innego. Ograniczeniu ulegnie jego osobista swoboda. Będzie musiał prowadzić wykłady dla pielęgniarzy, szkolić stażystów i prawie na pewno wziąć udział w którymś z długoterminowych programów badawczych. Obowiązki te spowodują konieczność pozostawienia w głowie przynajmniej jednej hipnotaśmy fizjologicznej, a zapewne dwóch. Jak wiedział, ten aspekt sprawy nie będzie wcale przyjemny.
Starsi lekarze, obarczeni stałymi obowiązkami dydaktycznymi, musieli na trwałe mieć w głowie jedną lub dwie hipnotaśmy. Na plus można było zapisać tylko to, że będzie w lepszej sytuacji niż każdy Diagnostyk, przedstawiciel elity szpitalnej, którego umysł uważano za wystarczająco odporny, by zapisać mu na stałe sześć, siedem czy nawet dziesięć taśm. Te umysły, przeładowane danymi, miały prowadzić badania przyczynkowe z zakresu medycyny ksenologicznej oraz diagnozować nowe schorzenia u przedstawicieli nieznanych dotąd ras.
Jedno z popularnych w Szpitalu powiedzeń, które podobno wymyślił sam naczelny psycholog, głosiło, że ktokolwiek był dostatecznie zrównoważony psychicznie, by zostać Diagnostykiem, jest niewątpliwie pomylony.
Hipnoedukator zapisywał bowiem w umysłach nie tylko dane fizjologiczne, ale także całą pamięć i osobowość istoty, która owe dane przekazała. W rezultacie każdy Diagnostyk poddawał się dobrowolnie najostrzejszej postaci wielokrotnej schizofrenii…
Nagle rozmyślania Conwaya przerwane zostały słowami O’Mary.
— A teraz, kiedy już pan urósł o cały metr i na pewno pana ponosi, mam dla pana robotę. W pobliże Szpitala sprowadzono wrak, na którym znajduje się żywy rozbitek. Jak się wydaje, nie można tam zastosować normalnej procedury wydobywania istot żywych z wraków. Klasyfikacja rozbitka nie jest znana, nie udało się bowiem jeszcze zidentyfikować statku. Nie wiemy, co ta istota je, czym oddycha ani w ogóle, jak wygląda. Chciałbym, żeby pan się tam udał i uporządkował to wszystko, mając na celu jak najszybsze sprowadzenie pacjenta na leczenie. Poinformowano nas, że jego ruchy są coraz słabsze — zakończył energicznie — proszę więc traktować sprawę jako pilną.
— Tak jest — odrzekł Conway, szybko wstając. U drzwi zatrzymał się. Potem długo jeszcze zastanawiał się nad zuchwałością tego, co powiedział na pożegnanie naczelnemu psychologowi, i ostatecznie zdecydował, że to awans uderzył mu do głowy. — A ja właśnie mam pański parszywy wyrostek. Kellerman wyciął go trzy lata temu, zamarynował i ofiarował na nagrodę w turnieju szachowym. Słój stoi na mojej biblioteczce…
O’Mara w odpowiedzi jedynie skłonił głowę, jakby usłyszał jakiś komplement.
Wyszedłszy na korytarz, Conway skierował się do najbliższego komunikatora i połączył z działem transportu.
— Mówi doktor Conway — zaczął. — Potrzebuję tendra na pilną wizytę u pacjenta. Poza tym pielęgniarza umiejącego obsługiwać analizator i, jeśli to możliwe, mającego doświadczenie w wyławianiu rozbitków z wraków. Będę przy luku przyjęć numer osiem za parę minut…
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, dość prędko dotarł do celu. Raz tylko musiał przylgnąć do ściany, gdy mijał go zamyślony Diagnostyk z Tralthanu, dudniący sześcioma słoniowatymi nogami i niosący na plecach swego symbionta, maleńkiego i prawie pozbawionego inteligencji przedstawiciela klasy OTSB. Conway nie miał nic przeciwko ustępowaniu z drogi Diagnostykom, zresztą kombinacja FGLI i OTSB dawała najlepszych chirurgów w galaktyce. Przeważnie jednak osoby, które spotykał — w większości pielęgniarze klasy DBLF oraz kilku przedstawicieli zbliżonej do ptaków klasy LSVO — jemu ustępowały z drogi. Dowodziło to tego, że poczta pantoflowa Szpitala działa sprawnie, ponieważ Conway miał wciąż jeszcze na ramieniu starą opaskę.
Jego puchnąca z dumy głowa natychmiast wróciła do właściwych rozmiarów po spotkaniu ze stworzeniem czekającym na niego przy luku ósmym. Był to kolejny pielęgniarz klasy DBLF, który zobaczywszy Conwaya, natychmiast zaczął pohukiwać i popiskiwać w swoim języku. Autotranslator przełożył te dźwięki na zrozumiałą mowę.
— Czekam na pana już siedem minut — brzmiały słowa pielęgniarza. — Powiedziano mi, że przypadek jest pilny, a widzę, że pan się wlecze, jakby się wcale nie spieszyło…
Słowa padające z autotranslatora, były jak zawsze, wyprane z wszelkich emocji, DBLF mógł zatem żartować, pokpiwać sobie albo po prostu stwierdzać fakt, nie zamierzając okazywać braku szacunku. W to ostatnie Conway mocno powątpiewał, wiedział jednak, że jeśli teraz straci cierpliwość, na nic mu się to nie przyda.
— Mógłbym może skrócić pańskie oczekiwanie — odezwał się, wziąwszy głęboki oddech — gdybym całą drogę pokonał biegiem. Jestem jednak przeciwny bieganiu, gdyż niepotrzebny pośpiech osoby na moim stanowisku stwarza złe wrażenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że z jakiegoś powodu wpadłem w popłoch, i zwątpiłby w moją sprawność. By więc wszystko było jasne — zakończył sucho — nie wlokłem się, ale szedłem pewnym, rytmicznym krokiem.
Dźwięku, który pielęgniarz wydał w odpowiedzi, autotranslator nie przetłumaczył.
Conway wszedł przed pielęgniarzem do kanału łączącego luk ze statkiem; kilka sekund później wystartowali. W tylnym ekranie tendra nieprzeliczone światełka Szpitala zaczęły się nagle zbiegać. Conway poczuł pierwsze oznaki niepokoju.
Nie pierwszy raz wzywano go do wraka i całą procedurę znał dobrze. Nagle jednak uświadomił sobie, że teraz tylko on jest odpowiedzialny za to, co się stanie, że nie ma do kogo zwrócić się o pomoc, jeśli coś się nie uda. Co prawda, nigdy jeszcze o taką pomoc nie prosił, ale miło było wiedzieć, że w razie potrzeby jest taka możliwość. Zapragnął nagle zrzucić część nowej odpowiedzialności na kogoś innego — na przykład na doktora Priliclę, łagodnego pająka, który był jego asystentem na pediatrii, albo któregokolwiek z lekarzy, obojętne człowieka czy nie.
Przez całą drogę do wraka pielęgniarz, który przedstawił się jako Kursedd, mocno grał mu na nerwach. Odznaczał się zupełnym brakiem taktu i chociaż Conway znał tego powód, niełatwo mu było się z tym oswoić.
Rasa, do której należał Kursedd, nie miała właściwie zmysłu telepatycznego, ale jej przedstawiciele potrafili dość dokładnie odgadywać myśli, obserwując zachowanie interlokutora. Osobnik tej rasy miał czworo oczu na szypułkach, dwa czułki słuchowe, skórę pokrytą sierścią, która czasem gładko przylegała, czasem zaś sterczała jak u dopiero co wykąpanego psa, a także wiele innych, w wysokim stopniu zmiennych i dużo wyrażających cech wyglądu. Zrozumiałe było więc, że ta gąsienicowata rasa nigdy nie mogła się nauczyć sztuki dyplomacji. Jej przedstawiciele zawsze mówili to, co myśleli, ponieważ i tak myśli te były oczywiste dla drugiego osobnika, a więc niezgodna z nimi wypowiedź nie miała sensu.