Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Mężczyzna zmarszczył brwi i wypróbował inny numer, informację kosmoportu, chcąc sprawdzić otrzymane od Ruarka dane na temat statku. Tym razem miał więcej szczęścia. W ciągu najbliższych dwóch standardowych miesięcy Worlorn miały odwiedzić trzy gwiazdoloty. Najbliższy przylatywał za ponad dwa tygodnie, tak jak mówił Kimdissianin. Był to kursujący po Krawędzi wahadłowiec o nazwie „Teric neDahlir”. Ruark nie wspomniał jednak o fakcie, że statek kierował się na zewnątrz. Leciał z Kimdissa na Eshellin i Świat Oceanu Czarnego Wina, a wreszcie na Emerel p.i., z którego pochodził. Tydzień po nim miał się tu zjawić statek dostawczy z Dumnego Kavalaanu. Potem nie było już nic aż do chwili, gdy „Postrach Zapomnianych Wrogów” wracał ku środkowi galaktyki.
Nie było mowy, by mieli czekać tak długo. Będą musieli złapać z Gwen „Terica neDahlira” i na którymś z dalszych światów przesiąść się na inny gwiazdolot. Dirk doszedł do wniosku, że najbardziej ryzykowne będzie dostanie się na pokład statku. Kavalarzy nie mieli właściwie szans znaleźć ich w Wyzwaniu, gdyż musieliby przeszukać całą planetę, ale Jaan Vikary z pewnością się domyśli, że będą chcieli opuścić Worlorn tak szybko, jak to tylko możliwe. To oznaczało, że gdy nadejdzie czas, może na nich czekać w kosmoporcie. Dirk nie miał pojęcia, jak sobie wtedy poradzą. Mógł jedynie żywić nadzieję, że nie okaże się to konieczne.
Wyczyścił ekran i wypróbował inne numery, zapamiętując, które funkcje zostały całkowicie wyłączone, a które tylko zredukowano do minimum — na przykład medyczną pomoc w nagłych wypadkach — a które nadal utrzymywano na takim samym poziomie jak w czasie trwania festiwalu. Nie zawsze przestawały one funkcjonować we wszystkich miastach jednocześnie, co przekonało Dirka, że podjęli słuszną decyzję, wybierając Wyzwanie. Emerelczycy byli zdeterminowani udowodnić, że ich arkologia jest nieśmiertelna. Dlatego, odlatując, nie wyłączyli niemal niczego, rzucając rękawicę zimnu, ciemności i nadchodzącemu lodowi. Życie w tym mieście będzie łatwe. W porównaniu z nim inne miasta były w bardzo kiepskim stanie. W czterech z czternastu moc wyłączono całkowicie i spowiła je ciemność, a w jednym spowodowana wiatrem i deszczem erozja posunęła się tak daleko, że rozsypywało się już w gruzy.
Dirk od czasu do czasu wciskał kolejne guziki, lecz w końcu zaczęło go to nużyć. Poczuł się znudzony i niespokojny. Gwen spała. Był jeszcze ranek i nie mógł się skomunikować z Ruarkiem. Zgasił ekran ścienny, umył się pobieżnie w kabinie recyklingowej, a potem wrócił do łóżka i wyłączył tafle świecące. Minęło trochę czasu, nim zdołał zasnąć. Leżał w ciepłym mroku, wpatrując się w sufit, i słuchał cichego oddechu Gwen, lecz jego umysł przebywał daleko, pogrążony w niespokojnych myślach.
Wkrótce wszystko znowu będzie dobrze, powtarzał sobie, tak jak było na Avalonie. Nie potrafił jednak w to uwierzyć. Nie czuł się tak, jak ten dawny Dirk t’Larien, Dirk Gwen, choć obiecał sobie, że znowu się nim stanie. Miał wrażenie, że nic się nie zmieniło. Trzymał się życia, pełen znużenia i pozbawiony nadziei, tak samo jak na Braque i wcześniej na innych światach. Jego Jenny wróciła do niego i powinien się z tego cieszyć, ale czuł się słaby i zmęczony, jakby znowu ją zawiódł.
Odepchnął od siebie te myśli i zamknął oczy.
Kiedy się ocknął, było późne popołudnie. Gwen już wstała. Dirk wziął prysznic i przebrał się w miękkie, wyblakłe ubranie z avalońskich syntetyków. Potem oboje wyszli na korytarze, by zwiedzić 522 piętro Wyzwania. Idąc, trzymali się za ręce.
Ich apartament był jednym z tysięcy podobnych, znajdujących się w mieszkalnej części budynku. Otaczały go inne, różniące się od niego tylko numerami na drzwiach. Podłogi, ściany i sufity korytarzy pokrywały dywany intensywnie kobaltowej barwy, a wiszące na skrzyżowaniach lampy — przyćmione, niedrażniące oczu kule — miały ten sam odcień.
— To nudne — stwierdziła Gwen po kilku minutach wędrówki. — Ta monotonia budzi przygnębienie. I nigdzie nie widzę żadnych planów. Dziwię się, że ludzie tu nie błądzą.
— Pewnie zawsze mogą zapytać Głos o drogę — podsunął Dirk.
— Masz rację. Zapomniałam o tym. — Zmarszczyła brwi. — Co się stało z Głosem? Ostatnio nie miał zbyt wiele do powiedzenia.
— Kazałem mu się zamknąć — wyjaśnił Dirk. — Ale nadal nas obserwuje.
— A możesz go znowu włączyć?
Kiwnął głową i zatrzymał się, a potem poprowadził ją ku najbliższym czarnym drzwiom. Tak jak się tego spodziewał, apartament był niezamieszkany i drzwi otworzyły się łatwo pod jego dotykiem. Wewnątrz wszystko wyglądało tak samo: łóżko, rozkład, ekran ścienny.
Dirk włączył ekran, nacisnął guzik oznaczony gwiazdą i znowu wyłączył urządzenie.
— Czy mogę wam pomóc? — zapytał Głos.
Gwen uśmiechnęła się do Dirka, rozciągając usta w słabym grymasie. Wydawało się, że jest tak samo zmęczona jak on. W kącikach jej ust rysowały się bruzdy.
— Tak — odparła. — Chcemy się czymś zająć. Znajdź nam jakąś rozrywkę. Pomóż zabić czas. Pokaż nam miasto.
Dirk pomyślał, że kobieta mówi trochę zbyt szybko, jak ktoś, kto gorączkowo pragnie oderwać myśli od nieprzyjemnego tematu. Zadał sobie pytanie, czy słyszy w jej głosie strach o ich bezpieczeństwo czy też niepokój o Jaana Vikary’ego.
— Rozumiem — odezwał się Głos. — Pozwólcie więc, bym stał się waszym przewodnikiem po cudach Wyzwania, w którym chwała Emerelu p.i. narodziła się raz jeszcze na odległym Worlornie.
Wskazał im drogę do najbliższego szeregu kabin i opuścili bezkresne królestwo prostych, kobaltowych korytarzy, przechodząc do barwniejszych i bardziej urozmaiconych miejsc.
Wznieśli się aż do Olimpu, luksusowej sali na samym szczycie miasta, i stanęli na czarnym, sięgającym kostek dywanie, spoglądając na zewnątrz przez jedyne, ogromne okno Wyzwania. Kilometr pod nimi mknęła ławica ciemnych chmur, niesiona zimnym wichrem, którego nie czuli. Dzień był mroczny i ponury, Oko Piekieł jak zwykle gorzało na niebie złowrogim blaskiem, ale jego żółci towarzysze zniknęli za zasnuwającą niebo szarą mgiełką. Ze szczytu arkologii Gwen i Dirk widzieli odległe góry oraz niewyraźny, ciemnozielony pas leżących w dole Błoni. Robokelner przyniósł drinki z lodem.
Przeszli do centralnego szybu, cylindra przeszywającego miasto od szczytu aż po podstawę. Stanęli na najwyższym balkonie, wzięli się za ręce i spojrzeli razem w dół, gdzie niezliczone szeregi balkonów niknęły w mrocznej głębinie. Potem otworzyli bramę z kutego żelaza i skoczyli w delikatne objęcia ciepłego prądu wstępującego. Centralny szyb służył rozrywce. Utrzymywała się w nim śladowa grawitacja, która właściwie nawet nie zasługiwała na tę nazwę — mniej niż jedna setna procentu emerelskiego standardu.
Wybrali się na przechadzkę zewnętrznym bulwarem, szerokim, pochyłym korytarzem, który wił się spiralnie wokół krawędzi miasta niczym gwint ogromnej śruby. Ambitny turysta mógł wejść nim od poziomu ziemi aż na sam szczyt. Po obu stronach bulwaru rozmieszczono restauracje, muzea i sklepy. Między nimi biegły opustoszałe pasma ruchu dla samochodów na balonowych kołach, a także inne, przeznaczone dla szybszych pojazdów. Środkowe pasmo bulwaru tworzyło dwanaście ruchomych chodników — sześć z nich poruszało się w górę, a drugie sześć w dół. Gdy rozbolały ich nogi, weszli na pas, potem przeszli na szybszy i wreszcie na jeszcze szybszy. Głos zwracał ich uwagę na najciekawsze z mijanych obiektów, lecz żaden z nich nie wydawał się szczególnie interesujący.