Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]
- Автор: Новик Наоми
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 978-83-7301-943-0
- Переводчик: Pawel Kruk
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Nefrytowy Tron [Throne of Jade - pl]». Краткое содержание книги:
Kapitan Laurence i Temeraire, nowicjusze w brytyjskim Korpusie Powietrznym, odegrali decydującą rolę w bitwie pod Dover, przyczyniając się do odparcia francuskiej inwazji. Niestety, wkrótce wpadają w kłopoty. Kiedy Chińczycy dowiadują się, że Temeraire — niezwykle rzadki smok, którego podarowali Napoleonowi — dostał się w ręce Anglików, wysyłają do Londynu gotową na wszystko delegację, aby go odzyskać. Laurence jednak odmawia współpracy. Za nieposłuszeństwo grozi mu szubienica, więc wbrew własnej woli musi wyruszyć z Temeraire’em w długą i niebezpieczną podróż na Daleki Wschód. Na dworze chińskiego cesarza czekają go jeszcze bardziej szokujące niespodzianki…
— Dobry Boże, ale tu parówka. Udusisz się, Laurence.
Laurence bez skrępowania poszedł w jego ślady, bo i tak by to zrobił, żeby się nie wyróżniać. Granby natychmiast się do nich dostosował, a potem, mimo początkowego zaskoczenia Riley i Hammond, tak że tylko lord Purbeck siedział w surducie, spoglądając na nich z dezaprobatą. Obiad przebiegł w dość pogodnej atmosferze, chociaż na prośbę Laurence’a James zachował nowiny na później, kiedy to mogli zasiąść wygodnie na smoczym pokładzie z cygarami i kieliszkami porto, w towarzystwie Temeraire’a, którego tułów skutecznie uniemożliwiał reszcie załogi podsłuchanie ich rozmowy. Laurence odesłał awiatorów do kubryku i tylko Sun Kai, jak zwykle zaczerpujący świeżego powietrza w zarezerwowanym kącie smoczego pokładu, był na tyle blisko, że słyszał ich słowa, choć zapewne nic nie rozumiał.
James opowiedział im o działaniach formacji: prawie wszystkie smoki z rejonu śródziemnomorskiego zostały przeniesione nad kanał, Laetificat i Ekscursius wraz ze swoimi oddziałami miały stanowić zaporę nie do przebycia w wypadku kolejnej ewentualnej inwazji Bonapartego, zachęconego sukcesem na kontynencie.
— Ale przez te wszystkie nasze przegrupowania mogą bez problemu zaatakować Gibraltar — zauważył Riley. — Musimy też mieć oko na Tulon: owszem, zdobyliśmy może ze dwadzieścia okrętów pod Trafalgarem, lecz teraz Bonaparte ma do dyspozycji wszystkie lasy w Europie i może zbudować więcej okrętów. Mam nadzieję, że ministerstwo bierze to pod uwagę.
— Ach, do diabła — rzucił James, prostując się gwałtownie; krzesło, na którym siedział odchylony do tyłu z nogami opartymi o reling, uderzyło głośno o pokład. — Ależ ze mnie osioł. Pewnie nie słyszeliście o panu Pitcie.
— Wciąż choruje? — zapytał zatroskany Hammond.
— Nie, już nie — odparł James. — Zmarł ponad dwa tygodnie temu. Podobno zabiły go nowiny. Zaniemógł na wieść o zawieszeniu broni i już nie opuścił łóżka.
— Świeć Panie nad jego duszą — powiedział Riley.
— Amen — odparł wstrząśnięty Laurence. Pitt nie był jeszcze tak stary; bez wątpienia młodszy od jego ojca.
— Kto to jest pan Pitt? — zapytał Temeraire. Laurence wyjaśnił mu, czym się zajmuje premier.
— James, wiesz może, kto utworzy nowy rząd? — zapytał, zastanawiając się nad tym, co ta sytuacja może oznaczać dla niego i Temeraire’a, bo przecież nowy premier mógł preferować inną politykę wobec Chin, albo bardziej pojednawczą, albo bardziej agresywną.
— Nie, musiałem ruszać, zanim otrzymaliśmy jakiekolwiek wiadomości na ten temat — odpowiedział James. — Ale obiecuję, że postaram się przekazać wam nowiny w Kapsztadzie, jeśli coś się zmieniło. — Niestety — dodał — normalnie wysyłają nas w te strony nie częściej jak raz na pół roku, więc szanse są małe. Lądowiska są tu bardzo niepewne. Niekiedy nasi kurierzy przepadali bez śladu, kiedy próbowali przelecieć nad lądem albo choćby tylko przenocować na brzegu.
James wyruszył w drogę powrotną rankiem następnego dnia. Machał do nich z grzbietu Volly’ego, aż mały bladoszary smok rozpłynął się pośród zawieszonych nisko chmur. Laurence zdążył odpisać pospiesznie na list Harcourt, a także dokończył zaczęte wcześniej listy do matki i Jane, tak że kurier mógł je zabrać: niewątpliwie miną długie miesiące, zanim znowu otrzymają od Laurence’a jakąś wiadomość.
Nie było czasu na użalanie się nad sobą, bo od razu wezwano go na dół, żeby doradził Liu Bao, czym można zastąpić jakiś małpi organ, serwowany tradycyjnie przez Chińczyków. Kiedy zaproponował jagnięce cynaderki, natychmiast poproszono go o pomoc w innej sprawie, i tak pozostała część tygodnia upłynęła na gorączkowych przygotowaniach. W kuchni pracowano dzień i noc, aż w końcu smoczy pokład ogrzał się tak bardzo, że nawet Temeraire uznał, że to już przesada. Także chińscy służący zabrali się do oczyszczania okrętu ze szkodników i z uporem wykonywali to beznadziejne zajęcie. Czasem pięć albo i sześć razy dziennie wychodzili na pokład i wyrzucali do morza zdechłe szczury, a midszypmeni obserwowali to z oburzeniem, bo zazwyczaj zjadali je z braku innej żywności pod koniec rejsu.
Laurence nie miał najmniejszego pojęcia, czego ma oczekiwać, lecz na wszelki wypadek ubrał się na uroczystość szczególnie starannie, pożyczając nawet do pomocy Jethsona, stewarda Rileya: włożył najlepszą koszulę, wykrochmaloną i wyprasowaną, jedwabne pończochy i bryczesy do kolan zamiast spodni, lśniące buty heskie, galowy surdut w kolorze butelkowej zieleni, ze złotymi dystynkcjami na ramionach i odznaczeniami, złotym medalem na szerokiej, niebieskiej wstędze za kampanię egipską, gdzie służył jako porucznik Królewskiej Marynarki, i srebrną odznakę przyznaną niedawno kapitanom walczącym w bitwie pod Dover.
Ucieszył się, że zadał sobie tyle trudu, gdy tylko wszedł do kwater Chińczyków: w wejściu musiał schylić głowę pod ciężkim czerwonym materiałem podwieszonym pod sufitem, a zaraz potem zobaczył, że ściany udrapowano tak szczelnie zasłonami, że gdyby nie jednostajne kołysanie okrętu, można by pomyśleć, iż jest to wielki pawilon na lądzie. Na stole przygotowano zastawę porcelanową, każda z delikatnych filiżanek miała inny kolor i pozłacane lub posrebrzane brzegi; na każdym miejscu rozłożono też lakierowane pałeczki do jedzenia, o których Laurence myślał z niechęcią przez cały tydzień.
Yongxing siedział już u szczytu stołu, wyprostowany i wystrojony w najbardziej oficjalne szaty z ciemnozłocistego jedwabiu, ozdobione smokami wyszywanymi niebieską i czarną nicią. Z bliska Laurence zobaczył, że oczy i pazury smoków zrobiono z klejnotów, a na piersi księcia widniał tylko jeden smok, większy niż pozostałe, wyhaftowany białą nicią jedwabną, którego oczy i pięć pazurów na każdej łapie wykonano z malutkich rubinów.
Jakoś upchnięto wszystkich, razem z Roland i Dyerem; młodsi oficerowie siedzieli ciasno przy osobnym stole z twarzami już lśniącymi od potu i czerwonymi z gorąca. Jedni służący zaczęli nalewać wszystkim wino, inni zaś przynosili z kuchni i ustawiali na stole duże tace: plastry zimnego mięsa, przekładane ciemnożółtymi orzechami, marynowanymi wiśniami i krewetkami z nienaruszonymi głowami i odnóżami.
Yongxing wzniósł pierwszy toast i wszyscy pospiesznie chwycili za kielichy, aby z nim wypić; ryżowe wino, serwowane na ciepło, piło się niebezpiecznie łatwo. Najwyraźniej był to sygnał do rozpoczęcia uczty; Chińczycy zaatakowali tace, a młodsi Anglicy niezwłocznie poszli w ich ślady. Laurence zerknął na Dyera i Roland i z zażenowaniem zobaczył, że oboje radzą sobie z pałeczkami całkiem dobrze i mają buzie pełne jedzenia.
Sam zdołał zaledwie wsunąć do ust kawałek wołowiny, którą po prostu nadział na jedną z pałeczek; podwędzone mięso było dość smaczne. Jeszcze dobrze go nie przełknął, gdy Yongxing wzniósł kolejny toast, tak więc Laurence znowu musiał wypić; powtórzyło się to jeszcze kilkakrotnie, aż wreszcie ogarnęło go nieprzyjemne ciepło i zakręciło mu się trochę w głowie.
Nabierając powoli wprawy w posługiwaniu się pałeczkami, ośmielił się sięgnąć po jedną z krewetek, chociaż pozostali oficerowie ich unikali; z powodu sosu były śliskie, więc trudno było się do nich dobrać. Jego krewetka trzęsła się mocno, a jej paciorkowate czarne oczy łypały na niego; idąc za przykładem Chińczyków, ugryzł ją tuż za głową. Zaraz potem sięgnął szybko po swój kielich, oddychając głęboko przez nos: sos był piekielnie ostry, pot wystąpił mu na czoło i zaczął spływać po policzkach na kołnierz. Na widok jego miny Liu Bao wybuchnął gromkim śmiechem i nalał mu więcej wina, po czym pochylił się nad stołem i z aprobatą poklepał go po ramieniu.