Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 87
Перейти на страницу:

Ale to nie był zwykły podjazd.

Ciągnął się i ciągnął. Następnie ciągnął się i ciągnął. Następnie, kiedy wydawało mi się, że wychodzimy na prostą i zjeżdżamy na bok, aby zaparkować, dalej ciągnął się i ciągnął.

Wreszcie zatrzymaliśmy się.

A potem ruszyliśmy znowu i podjazd dalej ciągnął się i ciągnął.

Zacząłem już podejrzewać, że być może w ogóle nie jest to podjazd. Może po prostu lincoln diplomat został zaprojektowany za pomocą fantastycznie precyzyjnej technologii produkcyjnej, aby rozpadać się na bardzo małe kawałeczki po przekroczeniu przewidzianego gwarancją przebiegu. Być może to właśnie fragmenciki podwozia szurały pod kołami i odpryskiwały spod opon.

Aż w końcu naprawdę się zatrzymaliśmy. Wiedziałem, że tym razem zatrzymaliśmy się już na dobre, ponieważ but o rozmiarze dwanaście, który odpoczywał na moim karku, poczuł się dostatecznie odprężony, aby się zsunąć i wysiąść z samochodu. Uniosłem głowę i wyjrzałem przez otwarte drzwi.

Dom był okazały. Niezwykle okazały. Rzecz jasna na końcu takiego podjazdu nie mógł się znajdować zwykły dom rodzinny okupowany przez hipisów; ale mimo wszystko ten był okazały. Koniec dziewiętnastego wieku, oceniłem, ale kopiujący rozwiązania z poprzednich wieków, z dużą domieszką francuskości. No, oczywiście nie domieszano jej byle jak, ale poddano pieczołowicie procesowi spajania i uwypuklania, przyozdabiania i harmonizowania, fazowania i ukosowania, a bardzo możliwe, że dokonali tego ci sami goście, którzy wykonali barierki wokół Izby Gmin.

Mój dentysta rozrzuca w poczekalni stare numery „Country Life”, tak więc orientowałem się z grubsza, ile musiała kosztować ta posiadłość. Czterdzieści sypialni godzinę od Londynu. Kwota przekraczająca wyobraźnię. Tak naprawdę przekraczająca przekraczanie wyobraźni.

Zacząłem bezmyślnie liczyć ilość żarówek, których potrzeba do oświetlenia takiej budowli, kiedy któryś z Carli chwycił mnie za kołnierz i wyciągnął z samochodu z równą łatwością, jakbym był torbą golfową z niewielką ilością kijów w środku.

Rozdział 13

Każdy człowiek po czterdziestce jest kanalią.

George Bernard Shaw

Zaprowadzono mnie do sali. Do czerwonej sali. Czerwone tapety, czerwone zasłony, czerwony dywan. Powiedziano mi, że jest to sala jadalna. Nie mam pojęcia, dlaczego postanowiono ograniczyć jej przeznaczenie tylko do jedzenia. Oczywiście jedzenie to jedna z rzeczy, które można zorganizować w sali tej wielkości, ale można by tam również wystawiać opery, urządzać wyścigi kolarskie czy fantastyczne zwody w rzucaniu frisbee — wszystko to równocześnie, bez konieczności przesuwania choćby jednego mebla.

W tak dużej sali mógłby padać deszcz.

Pokręciłem się przez chwilę w okolicach drzwi, oglądając obrazy, spody popielniczek, takie tam rzeczy, a kiedy mi się to znudziło, wyruszyłem w stronę kominka znajdującego się na drugim końcu pomieszczenia. W połowie drogi musiałem zatrzymać się i usiąść (mam już swoje lata), a kiedy to uczyniłem, otworzyły się dwuskrzydłowe drzwi i na moich oczach doszło do szeptanej wymiany zdań między Carlem a majordomusem w szarych prążkowanych spodniach i czarnej marynarce.

Obaj zerkali co chwilę na mnie, a po jakimś czasie Carl skinął głową i wycofał się z sali.

Majordomus ruszył w moją stronę dość, jak mi się wydawało, leniwie i z odległości dwustu metrów zawołał:

— Napije się pan czegoś, panie Lang?

Nie musiałem się nad tym długo zastanawiać.

— Poproszę szkocką — zawołałem w odpowiedzi.

Będzie miał nauczkę.

Zatrzymał się sto metrów dalej przy stoliku i otworzył małe srebrne pudełko, z którego wyjął papierosa, nie sprawdzając nawet, czy jakiś się w środku znajduje. Zapalił go i szedł dalej.

Kiedy się zbliżył, dostrzegłem, że ma ponad pięćdziesiąt lat i urodę charakterystyczną dla osób spędzających dużo czasu w pomieszczeniach zamkniętych, a jego twarz połyskuje w dziwny sposób. Odbicia z lamp i żyrandoli tańczyły mu po całym czole, przez co, kiedy szedł, wydawał się niemal pobłyskiwać. Mimo to podświadomie wiedziałem, że to nie był pot ani olejek, tylko po prostu połysk.

Kiedy zostało mu do przejścia około dziesięciu metrów, uśmiechnął się i wyciągnął przed siebie rękę, i trzymał ją tak, idąc. Zanim się zorientowałem, już stałem, gotów przywitać go niczym starego przyjaciela.

Uścisk miał ciepły, ale suchy. Chwycił mnie mocno za łokieć i zaprowadził z powrotem na sofę, opadł na nią obok mnie tak, że nasze kolana niemal się stykały. Muszę powiedzieć, że jeżeli zawsze siadał tak blisko swoich gości, po prostu wyrzucił pieniądze w błoto na ten pokój.

— Morderstwo — powiedział.

Zapadło milczenie. Chyba nie muszę wam tłumaczyć dlaczego.

— Słucham? — zapytałem.

— Naimh Morderstone — powiedział, po czym obserwował mnie cierpliwie, kiedy układałem sobie w głowie pisownię. — Bardzo mi miło. Bardzo mi miło.

Mówił cichym głosem z akcentem świadczącym o wyższym wykształceniu. Podejrzewałem, że prawdopodobnie — potrafi równie dobrze porozumiewać się w tuzinie innych języków. Strzepnął popiół z papierosa mniej więcej w kierunku popielniczki, po czym nachylił się do mnie.

— Russell wiele mi o panu powiedział. I muszę przyznać, że bardzo panu kibicowałem.

Z bliska mogłem powiedzieć o Morderstonie dwie rzeczy: nie był majordomusem, a na jego twarzy połyskiwały pieniądze.

Ów połysk nie był wywołany przez pieniądze albo za nie kupiony. To po prostu były pieniądze. Pieniądze, które zjadał, nosił, którymi jeździł, oddychał — w takich ilościach i przez tak długi czas, że jego skóra zaczęła je wydzielać przez pory. Być może uznacie, że to niemożliwe, ale pieniądze dosłownie uczyniły go pięknym.

Zaśmiał się.

— Tak, naprawdę panu kibicowałem. Wie pan, Russell to osoba o bardzo dużym znaczeniu. Naprawdę bardzo dużym. Ale czasami myślę sobie, że dobrze na niego wpływa, kiedy ktoś go wpędzi we frustrację. Powiedziałbym, że ma skłonność do popadania w arogancję. A coś mi mówi, że pan wywiera dobry wpływ na takich ludzi.

Ciemne oczy. Niesamowicie ciemne oczy. Z ciemnymi brzegami powiek, które powinny były być makijażem, ale nie były.

— Myślę — powiedział Morderstone, wciąż uśmiechając się promiennie — że wpędza pan we frustrację wielu ludzi. Być może dlatego właśnie Bóg przysłał nam tu pana, panie Lang. Zgodzi się pan ze mną?

Roześmiałem się. Cholera wie dlaczego, ponieważ nie powiedział niczego śmiesznego. A mimo to siedziałem tam sobie, chichocząc jak pijany głupek.

Gdzieś otworzyły się drzwi i nagle między nami pojawiła się taca z whisky przyniesiona przez ubraną na czarno pokojówkę. Każdy z nas wziął do ręki szklankę, a pokojówka zaczekała, aż Morderstone rozcieńczy swoją whisky wodą sodową, a ja trochę skropię swoją. Odeszła, nie uśmiechając się ani się nie kłaniając. Bezszelestnie.

Pociągnąłem spory łyk szkockiej i poczułem się pijany, niemal zanim ją przełknąłem.

— Zajmuje się pan handlem bronią — stwierdziłem.

Nie bardzo wiem, jakiej reakcji się spodziewałem, ale — jakiejś się spodziewałem. Sądziłem, że może się wzdrygnie, zarumieni, zdenerwuje, każe mnie zastrzelić — wybierzcie sobie dowolną rzecz z powyższych — ale reakcji nie było żadnej. Nawet się nie zająknął. Odpowiedział, jakby od lat wiedział, co zamierzam powiedzieć.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)