Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Jednym z powodów, naturalnie, jest to, że w końcu walczył przeciwko Ankh-Morpork. W mieście Genoi skończyła się rodzina królewska — chów wsobny doprowadził w końcu do sytuacji, gdy jedyny żywy przedstawiciel składał się głównie z zębów. Najważniejsi dworzanie napisali do Ankh-Morpork, prosząc o pomoc.
Vimes ze zdziwieniem odkrył, że takie sytuacje zdarzały się całkiem często. Małe królestwa z równin Sto bez przerwy wyciągały od siebie nawzajem zbędnych książąt. Król odesłał Tacticusa z czystej desperacji — trudno władać porządnym imperium, jeśli bez przerwy dostaje się poplamione krwią listy o treści w stylu: „Szanowny Panie, spieszę poinformować, że podbiłem Betrek, Smalę i Uszystan. Proszę o przesłanie 20 000 AM$ tytułem zaległego żołdu”. Ten człowiek nigdy nie wiedział, kiedy skończyć. Dlatego pospiesznie mianowano go diukiem i posłano do Genoi. Na miejscu przede wszystkim rozważył, co jest największym zagrożeniem militarnym dla miasta, a kiedy je zidentyfikował, wypowiedział wojnę Ankh-Morpork.
Ale czego można się było spodziewać? Spełnił swój obowiązek. Przywiózł stosy łupów, mnóstwo jeńców i — co niemal wyjątkowe wśród dowódców wojskowych Ankh-Morpork — większość swoich ludzi. Vimes podejrzewał, że tego ostatniego właśnie historia nie zaaprobowała. Istniała sugestia, że w pewnym sensie nie grał czysto.
Veni, vidi, vici. Podobno to właśnie powiedział, kiedy zdobył… co takiego? Pseudopolis chyba. A może Al-Khali? Albo Quirm? Czy Sto Lat? Działo się to dawno temu, kiedy człowiek atakował obce miasto dla zasady, a potem wracał i załatwiał ich jeszcze raz, jeśli wyglądało, że zaczynają się podnosić. W tych czasach nikt się nie przejmował tym, że świat patrzy. Człowiek chciał, żeby patrzyli i uczyli się. Veni, vidi, vici. Przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem.
Vimes zawsze uważał to za wypowiedź nazbyt gładką. Takich słów nie wymyśla się pod wpływem chwili. Brzmiały, jakby ułożył je sobie wcześniej. Prawdopodobnie spędzał w namiocie długie noce, przeglądał słownik i szukał krótkich słów zaczynających się na V. Veni, verdi, vomui — przybyłem, zzieleniałem, zwymiotowałem? Visi, veneri, vamoosi — odwiedziłem, złapałem wstydliwą chorobę, uciekłem? Na pewno z ulgą odkrył trzy krótkie, sensowne słowa. Pewnie ułożył je najpierw, a potem ruszył, żeby zobaczyć coś i podbić.
Vimes otworzył książkę na przypadkowej stronie i przeczytał:
Zawsze dobrze jest stawać wobec nieprzyjaciela gotowego zginąć za swój kraj. To znaczy, że i my, i on mamy dokładnie te same cele.
— Ha!
— Bingely bingely b…
Vimes uderzył otwartą dłonią w pudełko.
— Tak? Co jest?
— Piętnasta zero pięć, spotkanie z kpr. Tyłeczek dot. zaginięcia sierż. Colona — oznajmił nadąsany demon.
— Nigdy się nie umawiałem… Skąd wiesz? Chcesz powiedzieć, że mam spotkanie, o którym nic mi nie wiadomo?
— Zgadza się.
— Więc niby skąd ty o nim wiesz?
— Kazałeś mi wiedzieć, prawda? Zeszłej nocy — przypomniał demon.
— Możesz mi mówić o spotkaniach, o których nie mam pojęcia?
— To nadal spotkania sine qua spotkań. Istnieją zatem w przestrzeni fazowej spotkań.
— A co to znaczy, u licha?
— Słuchaj — tłumaczył cierpliwie demon — możesz mieć jakieś spotkanie o dowolnym czasie, prawda? Czyli dowolne spotkanie istnieje in potentia…
— Czyli gdzie?
— Każde konkretne spotkanie kolapsuje funkcję falową. Ja tylko wybieram najbardziej prawdopodobną formę z macierzy projekcji.
— Wymyślasz to sobie — uznał Vimes. — Gdybyś miał rację, to lada sekunda…
Ktoś zapukał do drzwi. Było to pukanie ciche, nieśmiałe i dyskretne.
Vimes nie odrywał wzroku od uśmiechniętego drwiąco demona.
— Czy to wy, kapral Tyłeczek? — zapytał.
— Tak, sir. Sierżant Colon przysłał gołębia. Pomyślałam, że powinien pan to zobaczyć.
— Wejdźcie!
Tyłeczek położyła mu na biurku zwitek cienkiego papieru. Zaczął czytać:
Zgłosiliśmy się na ochotnika do misji o Kluczowym Znaczeniu. Postawią nam statuje, jak już skończymy tę robotę. PS. Ktoś, o kim nie mogę nic powiedzieć, mówi, że ta wiadomość ulegnie samozniszczeniu w ciągu pięciu sekund, przeprasza, że nie miał chemikiliów, żeby zrobić to lepiej…
Papier zaczął marszczyć się na brzegach, a potem zniknął w niewielkim obłoczku gryzącego dymu.
Vimes wpatrywał się w mały stosik popiołu, jaki pozostał.
— To prawdziwy cud, że nie wysadzili gołębia, sir — stwierdziła kapral Tyłeczek.
— Co oni kombinują, u demona? Zresztą nie mogę ich przecież gonić. Dzięki, Cudo.
Krasnoludka zasalutowała i wyszła.
— Przypadek — oświadczył Vimes.
— No dobrze — zgodził się demon. — Bingely bingely biip! Piętnasta piętnaście. Pilne spotkanie z kapitanem Marchewą.
Był to walec zwężający się z obu końców. Z jednej strony to zwężenie wyglądało na skomplikowane — walec przechodził w ciąg coraz mniejszych, zachodzących na siebie pierścieni zakończonych wielkim rybim ogonem. W szczelinach między nimi błyszczała naoliwiona skóra.
Z drugiej strony z walca wystawał — całkiem podobny do rogu jednorożca — bardzo długi i zaostrzony gwint.
Całość spoczywała na prostym wózku, który z kolei toczył się po dwóch żelaznych szynach, znikających w czarnej wodzie na drugim końcu hangaru.
— Dla mnie wygląda to jak wielka ryba — stwierdził Colon. — Z blachy.
— Z rogiem — dodał Nobby.
— Nigdy nie będzie pływać. Widzę już, gdzie jest błąd. Wszyscy wiedzą, że metal tonie.
— To nie jest do końca prawda — odparł dyplomatycznie Leonard. — A poza tym ta łódź specjalnie została zbudowana tak, by tonąć.
— Co?
— Głównym problemem był napęd, niestety — mówił Leonard, wspinając się na drabinkę. — Rozważałem łopatki i wiosła, a nawet jakieś odmiany śruby, ale potem pomyślałem: delfiny! To jest rozwiązanie! Poruszają się niezwykle szybko przy całkiem nieznacznym wysiłku. Oczywiście te na morzu; tutaj, w ujściu, spotykamy tylko delfiny płaskonose. System dźwigni jest trochę skomplikowany, lecz zwykle udawało mi się osiągać całkiem niezłe prędkości. Pedałowanie może się okazać męczące, ale we trójkę powinniśmy uzyskać dostateczne przyspieszenie. Zadziwiające, do czego można dojść, naśladując naturę. Żałuję, że moje eksperymenty z lata… Oj, gdzieście zniknęli…?
Trudno byłoby ustalić, który element dostatecznie przyspieszającej natury strażnicy próbowali naśladować, jednak z pewnością był to ten, który często utyka w drzwiach.
Przestali się przepychać i cofnęli się do hali.
— Ach, to pan, sierżancie — odezwał się lord Vetinari, wchodząc. — Jest też kapral Nobbs. Leonard wszystko wam objaśnił?
— Nie może pan nam kazać wchodzić do tego czegoś, sir! To by było samobójstwo! — oświadczył Colon.