Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]

Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:

Kolejna książka o Świecie Dysku. Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Vetinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy — niezależnie od wieku i statusu społecznego — przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 106
Перейти на страницу:

— Ona to powiedziała?

— Tak. Domyślam się, że wszystkie zamierzają poprosić swoje kucharki, by tego spróbowały.

— Ha! Nigdy nie odkryją tej metody — stwierdziła Glenda z satysfakcją.

— Jula też tak uważa.

— My… zwykle nazywamy ją Juliet.

— Kazała mówić do siebie Jula. Czy to jakiś problem?

— No nie, właściwie nie problem… — zaczęła Glenda.

— No to dobrze — przerwała jej madame, która wiedziała, kiedy nie należy zauważać subtelnych tonów. — Chodźmy teraz oderwać ją od nowych przyjaciół i dopilnujesz, żeby się wyspała.

Rozległy się śmiechy, a po chwili pomagające przy pokazie dziewczęta wbiegły grupą do tej wilgotnej hali będącej akuszerką piękna. Juliet była wśród nich i śmiała się najgłośniej. Odbiegła od pozostałych, gdy zobaczyła Glendę, i raz jeszcze mocno ją uścisnęła.

— Och, Glendo, czy to nie cudowne? Całkiem jak w bajce!

— No tak, możliwe — przyznała Glenda. — Ale nie wszystkie bajki dobrze się kończą. Pamiętaj tylko, że masz teraz dobrą pracę z perspektywami i regularnie możesz zabierać resztki do domu. Nie należy lekkomyślnie tego odrzucać.

— Nie, należy tym cisnąć z wielką siłą — orzekł Pepe. — Smoluszek? Zamachała różdżka, dworzanie biją brawo, ze dwudziestu pięknych książąt stoi w kolejce, by choćby powąchać jej pantofelek, a ty chcesz, żeby wróciła do pracy i szykowała dynie?

Spojrzał na ich nieruchome twarze.

— No dobrze, może wyszło to trochę pomieszane, ale na pewno widzicie, jak biegnie żyła. To jej wielka szansa! Największa z możliwych! Droga wyjścia z wiadra!

— Myślę, że pójdziemy już do domu — oświadczyła Glenda z godnością. — Chodźmy, Jula.

— Widzisz? — mruknął Pepe, kiedy obie zniknęły. — Jak kraby w wiadrze.

Madame zajrzała do butelki, by sprawdzić, czy wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu został tam jeszcze kieliszek szampana.

— Wiesz, że ona praktycznie wychowała tę dziewczynę? Jula zrobi wszystko, co ona powie.

— Co za strata… Nie zdobywaj świata szturmem, zostań na miejscu i rób zapiekanki. Uważasz, że to jest życie?

— Ktoś musi robić zapiekanki — stwierdziła madame z tym swoim doprowadzającym do szału rozsądkiem.

— No proszę cię… Nie ona. Niech to nie będzie ona. Za resztki ze stołu? No nie!

Madame sięgnęła po następną pustą butelkę. Wiedziała, że jest pusta, ponieważ leżała w sąsiedztwie Pepe pod koniec ciężkiego dnia, ale sprawdziła ją mimo to, gdyż pragnienie nigdy nie umiera.

— Hm… Może do tego nie dojdzie — stwierdziła. — Mam przeczucie, że panna Glenda właśnie zaczyna myśleć. Całkiem niezły umysł kryje się za tym dość smętnym płaszczem i potwornymi butami. Dzisiaj może być jego szczęśliwy dzień.

* * *

Ridcully maszerował przez korytarze Niewidocznego Uniwersytetu, a szata powiewała za nim dumnie. Miał długi krok i Myślak musiał podbiegać bokiem, by dotrzymać mu tempa. Jak tarczę przyciskał do piersi notatnik.

— Wie pan przecież, zgodziliśmy się, że będzie używana tylko w celach badawczych, nadrektorze. Sam pan podpisał edykt.

— Podpisałem? Nic takiego nie pamiętam, Stibbons.

— A ja pamiętam bardzo dokładnie, nadrektorze. To było zaraz po sprawie pana Floribundy.

— Który to? — zainteresował się Ridcully. Wciąż szedł naprzód, bardzo zdecydowanie.

— To ten, który poczuł się trochę głodny i poprosił gablotę o kanapkę z bekonem, żeby zobaczyć, co się stanie.

— Wydawało mi się, że cokolwiek wyjęte z gabloty musi do niej wrócić, nim minie 14,14 godziny w okresie.

— Tak, nadrektorze. Jednak wydaje się, że zachowaniem gabloty rządzą dziwne reguły, które nie do końca rozumiemy. W każdym razie pan Floribunda bronił się, twierdząc, iż sądził, że to czternastogodzinne ograniczenie nie dotyczy kanapek z bekonem. Nie powiedział o tym nikomu, więc studenci na jego piętrze zostali zaalarmowani dopiero jego krzykami około czternastu godzin później.

— Proszę mnie poprawić, gdybym się mylił… — Ridcully wciąż kroczył w imponującym tempie. — Do tej pory kanapka była już przetrawiona?

— Tak, nadrektorze. A jednak wróciła do gabloty. Samodzielnie, można powiedzieć. To było całkiem interesujące odkrycie. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego może się stać.

Ridcully zatrzymał się tak nagle, że Myślak wpadł na niego z tyłu.

— A co dokładnie się z nim stało?

— Nie chciałby pan, żebym to opisywał, nadrektorze. Jednakże dobra wiadomość jest taka, że wkrótce wstanie z wózka inwalidzkiego. Jak rozumiem, już teraz całkiem dobrze potrafi chodzić z laską. Jak go ukarzemy, to oczywiście pańska decyzja, nadrektorze. Papiery leżą na pańskim biurku, podobnie jak, muszę zaznaczyć, znaczna liczba innych dokumentów.

Ridcully ruszył przed siebie.

— Zrobił to, żeby sprawdzić, co się stanie, tak? — zapytał z satysfakcją.

— Tak mówił, nadrektorze — potwierdził Myślak.

— I było to wbrew moim wyraźnym poleceniom?

— Tak. Absolutnie i zdecydowanie. — Myślak dobrze znał nadrektora i miał już przeczucie, jak sprawa się zakończy. — A zatem, nadrektorze, muszę nalegać, by został…

Znowu wpadł na Ridcully’ego, który zatrzymał się przed szerokimi drzwiami. Wisiała na nich jaskrawoczerwona kartka z napisem: „Zakazuje się wynoszenia z tego pokoju jakichkolwiek przedmiotów bez wyraźnej zgody nadrektora. Podpisano: Myślak Stibbons w/z Mustrum Ridcully”.

— Podpisał pan to za mnie? — zapytał Ridcully.

— Tak, nadrektorze. Był pan wtedy zajęty, a zgodziliśmy się w tej kwestii.

— Oczywiście, ale chyba nie powinien pan tak sobie wuzetować. Pamięta pan, co mówiła o NU ta młoda dama?

Myślak wydobył duży klucz i otworzył drzwi.

— Chciałbym także przypomnieć, nadrektorze, że zgodziliśmy się wprowadzić moratorium na korzystanie z Gabloty Osobliwości, dopóki nie oczyścimy budynku z przynajmniej części magii rezydualnej. Wciąż chyba nie udało nam się pozbyć kałamarnicy.

— My się zgodziliśmy, panie Stibbons? — Ridcully odwrócił się gwałtownie. — Czy może pan się zgodził ze sobą w/z mnie?

— Ehm… No, miałem wrażenie, że rozumiem ducha pańskiego myślenia…

— No cóż, to duch czystej pracy badawczej — odparł nadrektor. — Badamy, jak możemy próbować ocalić naszą deskę serów. Wielu uzna, że nie ma szlachetniejszego celu. A co do młodego Floribundy…

— Tak, nadrektorze? — spytał ze znużeniem Myślak.

— Proszę go awansować. Nieważne, na jakim jest teraz poziomie, proszę go przesunąć na wyższy.

— Wydaje mi się, że przekaże to niewłaściwy sygnał…

— Wręcz przeciwnie, panie Stibbons. Wyślemy studentom najbardziej właściwy przekaz.

— Ale złamał bezpośredni zakaz, nadrektorze, jeśli mogę przypomnieć…

— Fakt. Wykazał się niezależnym myśleniem oraz pewną brawurą, a czyniąc to, uzyskał cenne dane zwiększające nasze zrozumienie Gabloty Osobliwości.

— Mógł przy tym zniszczyć cały uniwersytet, nadrektorze!

— To prawda. W tym przypadku zostałby surowo ukarany, gdybyśmy tylko zdołali odszukać cokolwiek, co po nim zostało. Ale nie zrobił tego, ponieważ miał szczęście, a potrzebujemy magów, którym ono sprzyja. Proszę go awansować na moje osobiste polecenie, bez żadnego wuzeta. A przy okazji, jak głośne były jego krzyki?

— Prawdę mówiąc, nadrektorze, ten pierwszy był tak pełen emocji, że trwał jeszcze długo po tym, jak panu Floribundzie brakło tchu. I najwyraźniej zyskał niezależną egzystencję. To znowu magia rezydualna. Musieliśmy ten krzyk zamknąć w piwnicy.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 106
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)