Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Ona to powiedziała?
— Tak. Domyślam się, że wszystkie zamierzają poprosić swoje kucharki, by tego spróbowały.
— Ha! Nigdy nie odkryją tej metody — stwierdziła Glenda z satysfakcją.
— Jula też tak uważa.
— My… zwykle nazywamy ją Juliet.
— Kazała mówić do siebie Jula. Czy to jakiś problem?
— No nie, właściwie nie problem… — zaczęła Glenda.
— No to dobrze — przerwała jej madame, która wiedziała, kiedy nie należy zauważać subtelnych tonów. — Chodźmy teraz oderwać ją od nowych przyjaciół i dopilnujesz, żeby się wyspała.
Rozległy się śmiechy, a po chwili pomagające przy pokazie dziewczęta wbiegły grupą do tej wilgotnej hali będącej akuszerką piękna. Juliet była wśród nich i śmiała się najgłośniej. Odbiegła od pozostałych, gdy zobaczyła Glendę, i raz jeszcze mocno ją uścisnęła.
— Och, Glendo, czy to nie cudowne? Całkiem jak w bajce!
— No tak, możliwe — przyznała Glenda. — Ale nie wszystkie bajki dobrze się kończą. Pamiętaj tylko, że masz teraz dobrą pracę z perspektywami i regularnie możesz zabierać resztki do domu. Nie należy lekkomyślnie tego odrzucać.
— Nie, należy tym cisnąć z wielką siłą — orzekł Pepe. — Smoluszek? Zamachała różdżka, dworzanie biją brawo, ze dwudziestu pięknych książąt stoi w kolejce, by choćby powąchać jej pantofelek, a ty chcesz, żeby wróciła do pracy i szykowała dynie?
Spojrzał na ich nieruchome twarze.
— No dobrze, może wyszło to trochę pomieszane, ale na pewno widzicie, jak biegnie żyła. To jej wielka szansa! Największa z możliwych! Droga wyjścia z wiadra!
— Myślę, że pójdziemy już do domu — oświadczyła Glenda z godnością. — Chodźmy, Jula.
— Widzisz? — mruknął Pepe, kiedy obie zniknęły. — Jak kraby w wiadrze.
Madame zajrzała do butelki, by sprawdzić, czy wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu został tam jeszcze kieliszek szampana.
— Wiesz, że ona praktycznie wychowała tę dziewczynę? Jula zrobi wszystko, co ona powie.
— Co za strata… Nie zdobywaj świata szturmem, zostań na miejscu i rób zapiekanki. Uważasz, że to jest życie?
— Ktoś musi robić zapiekanki — stwierdziła madame z tym swoim doprowadzającym do szału rozsądkiem.
— No proszę cię… Nie ona. Niech to nie będzie ona. Za resztki ze stołu? No nie!
Madame sięgnęła po następną pustą butelkę. Wiedziała, że jest pusta, ponieważ leżała w sąsiedztwie Pepe pod koniec ciężkiego dnia, ale sprawdziła ją mimo to, gdyż pragnienie nigdy nie umiera.
— Hm… Może do tego nie dojdzie — stwierdziła. — Mam przeczucie, że panna Glenda właśnie zaczyna myśleć. Całkiem niezły umysł kryje się za tym dość smętnym płaszczem i potwornymi butami. Dzisiaj może być jego szczęśliwy dzień.
Ridcully maszerował przez korytarze Niewidocznego Uniwersytetu, a szata powiewała za nim dumnie. Miał długi krok i Myślak musiał podbiegać bokiem, by dotrzymać mu tempa. Jak tarczę przyciskał do piersi notatnik.
— Wie pan przecież, zgodziliśmy się, że będzie używana tylko w celach badawczych, nadrektorze. Sam pan podpisał edykt.
— Podpisałem? Nic takiego nie pamiętam, Stibbons.
— A ja pamiętam bardzo dokładnie, nadrektorze. To było zaraz po sprawie pana Floribundy.
— Który to? — zainteresował się Ridcully. Wciąż szedł naprzód, bardzo zdecydowanie.
— To ten, który poczuł się trochę głodny i poprosił gablotę o kanapkę z bekonem, żeby zobaczyć, co się stanie.
— Wydawało mi się, że cokolwiek wyjęte z gabloty musi do niej wrócić, nim minie 14,14 godziny w okresie.
— Tak, nadrektorze. Jednak wydaje się, że zachowaniem gabloty rządzą dziwne reguły, które nie do końca rozumiemy. W każdym razie pan Floribunda bronił się, twierdząc, iż sądził, że to czternastogodzinne ograniczenie nie dotyczy kanapek z bekonem. Nie powiedział o tym nikomu, więc studenci na jego piętrze zostali zaalarmowani dopiero jego krzykami około czternastu godzin później.
— Proszę mnie poprawić, gdybym się mylił… — Ridcully wciąż kroczył w imponującym tempie. — Do tej pory kanapka była już przetrawiona?
— Tak, nadrektorze. A jednak wróciła do gabloty. Samodzielnie, można powiedzieć. To było całkiem interesujące odkrycie. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego może się stać.
Ridcully zatrzymał się tak nagle, że Myślak wpadł na niego z tyłu.
— A co dokładnie się z nim stało?
— Nie chciałby pan, żebym to opisywał, nadrektorze. Jednakże dobra wiadomość jest taka, że wkrótce wstanie z wózka inwalidzkiego. Jak rozumiem, już teraz całkiem dobrze potrafi chodzić z laską. Jak go ukarzemy, to oczywiście pańska decyzja, nadrektorze. Papiery leżą na pańskim biurku, podobnie jak, muszę zaznaczyć, znaczna liczba innych dokumentów.
Ridcully ruszył przed siebie.
— Zrobił to, żeby sprawdzić, co się stanie, tak? — zapytał z satysfakcją.
— Tak mówił, nadrektorze — potwierdził Myślak.
— I było to wbrew moim wyraźnym poleceniom?
— Tak. Absolutnie i zdecydowanie. — Myślak dobrze znał nadrektora i miał już przeczucie, jak sprawa się zakończy. — A zatem, nadrektorze, muszę nalegać, by został…
Znowu wpadł na Ridcully’ego, który zatrzymał się przed szerokimi drzwiami. Wisiała na nich jaskrawoczerwona kartka z napisem: „Zakazuje się wynoszenia z tego pokoju jakichkolwiek przedmiotów bez wyraźnej zgody nadrektora. Podpisano: Myślak Stibbons w/z Mustrum Ridcully”.
— Podpisał pan to za mnie? — zapytał Ridcully.
— Tak, nadrektorze. Był pan wtedy zajęty, a zgodziliśmy się w tej kwestii.
— Oczywiście, ale chyba nie powinien pan tak sobie wuzetować. Pamięta pan, co mówiła o NU ta młoda dama?
Myślak wydobył duży klucz i otworzył drzwi.
— Chciałbym także przypomnieć, nadrektorze, że zgodziliśmy się wprowadzić moratorium na korzystanie z Gabloty Osobliwości, dopóki nie oczyścimy budynku z przynajmniej części magii rezydualnej. Wciąż chyba nie udało nam się pozbyć kałamarnicy.
— My się zgodziliśmy, panie Stibbons? — Ridcully odwrócił się gwałtownie. — Czy może pan się zgodził ze sobą w/z mnie?
— Ehm… No, miałem wrażenie, że rozumiem ducha pańskiego myślenia…
— No cóż, to duch czystej pracy badawczej — odparł nadrektor. — Badamy, jak możemy próbować ocalić naszą deskę serów. Wielu uzna, że nie ma szlachetniejszego celu. A co do młodego Floribundy…
— Tak, nadrektorze? — spytał ze znużeniem Myślak.
— Proszę go awansować. Nieważne, na jakim jest teraz poziomie, proszę go przesunąć na wyższy.
— Wydaje mi się, że przekaże to niewłaściwy sygnał…
— Wręcz przeciwnie, panie Stibbons. Wyślemy studentom najbardziej właściwy przekaz.
— Ale złamał bezpośredni zakaz, nadrektorze, jeśli mogę przypomnieć…
— Fakt. Wykazał się niezależnym myśleniem oraz pewną brawurą, a czyniąc to, uzyskał cenne dane zwiększające nasze zrozumienie Gabloty Osobliwości.
— Mógł przy tym zniszczyć cały uniwersytet, nadrektorze!
— To prawda. W tym przypadku zostałby surowo ukarany, gdybyśmy tylko zdołali odszukać cokolwiek, co po nim zostało. Ale nie zrobił tego, ponieważ miał szczęście, a potrzebujemy magów, którym ono sprzyja. Proszę go awansować na moje osobiste polecenie, bez żadnego wuzeta. A przy okazji, jak głośne były jego krzyki?
— Prawdę mówiąc, nadrektorze, ten pierwszy był tak pełen emocji, że trwał jeszcze długo po tym, jak panu Floribundzie brakło tchu. I najwyraźniej zyskał niezależną egzystencję. To znowu magia rezydualna. Musieliśmy ten krzyk zamknąć w piwnicy.