Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Świat finansjery [Making Money - pl]
Świat finansjery [Making Money - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Świat finansjery [Making Money - pl]

Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:

Była to propozycja nie do odrzucenia... Kto by nie chciał zarządzać Królewską Mennicą w Ankh-Morpork i sąsiadującym z nią bankiem? To posada na całe życie. Ale były oszust, Most von Lipwig, odkrywa, że niekoniecznie znaczy to: na długo.
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 90
Перейти на страницу:

To ostatnie skierowane było do klienta, z którym się zderzył, a który odzyskał równowagę, uśmiechnął się do Moista i odezwał głosem z przeszłości, jaka powinna zostać pogrzebana.

— Ależ to mój dobry przyjaciel Albert! Dobrze szobie tu radzisz, czo? — bełkotał obcy przez źle dopasowane zęby. — W tym szwoim żłotym garniturku!

Dawne życie przesunęło się Moistowi przed oczami. Nie musiał nawet dochodzić do swojej śmierci, choć miał wrażenie, że zaraz umrze.

To był Cribbins! To nie mógł być nikt poza Cribbinsem!

Pamięć Moista tłukła go po głowie od środka, raz za razem. Te zęby! Te nieszczęsne sztuczne zęby! Były dla Cribbinsa dumą i radością. Wyrwał je z ust staruszka, którego napadł; tamten biedak leżał wtedy i umierał ze strachu. Żartował sobie, że mają własny rozum. Pluły, trzaskały, siorbały i pasowały tak fatalnie, że kiedyś odwróciły mu się w ustach i ugryzły w gardło!

Często je wyjmował i rozmawiał z nimi! I — aaargh! — były takie stare i poplamione, wyrzeźbione z kości morsa, a ich sprężyna taka mocna, że czasem odpychała górną część głowy do tyłu i człowiek patrzył prosto w jego nozdrza!

Wszystkie wspomnienia wróciły jak nieświeża ostryga.

To był po prostu Cribbins. Nikt nie znał jego imienia. Moist pracował z nim jakieś dziesięć lat temu, kiedy to zimą w Überwaldzie razem wykonali stary przekręt ze spadkiem. Cribbins był o wiele starszy od Moista i wciąż miał poważny problem osobisty, wskutek czego pachniał bananami.

Był paskudnym typem. Zawodowcy mają swoją dumę. Muszą dla nich istnieć ludzie, których nie obrabują, i rzeczy, których nie ukradną… I trzeba mieć styl. Jeśli człowiek nie ma stylu, daleko nie poleci…

Cribbins nie miał stylu. Nie używał przemocy, chyba że nie było absolutnie żadnej szansy odwetu. Była w nim jednak jakaś ogólna, nędzna, podlizująca się złośliwość, która działała Moistowi na nerwy.

— Jakieś kłopoty, panie Lipwig? — zapytał Bent, patrząc gniewnie na Cribbinsa.

— Co? Och… nie.

To szantaż, myślał Moist. Przeklęty obrazek w azecie… Ale niczego nie może mi udowodnić, niczego!

— Myli się pan, drogi panie — powiedział.

Rozejrzał się. Kolejki wolno sunęły naprzód i nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi.

Cribbins przechylił głowę na ramię i przyjrzał się Moistowi z rozbawieniem.

— Mylę się? To możliwe, mogę szę mylić. Życie na drodze, czodziennie nowi żnajomi, wie pan, jak to jeszt… To żnaczy nie wie pan, a to dlatego, że pan nie jeszt Albertem Szpanglerem. Choć to żabawne, bo ma pan jego uśmiech, trudno taki uśmiech odmienić, a pana uśmiech jeszt tak jakby żawieszony przed twarzą, jakby pan na niego patrzył ż tyłu (siorb!). Czałkiem jak uśmiech młodego Alberta. Mądry był ż niego chłopak i bysztry, bardżo bysztry. Nauczyłem go wszysztkiego, czo umiałem.

…a to zajęło jakieś dziesięć minut, pomyślał Moist, a potem rok, żeby część z tego zapomnieć. Jesteś typem, który psuje przestępcom opinię…

— I jaszne, żasztanawia się pan, czy lampart może żgubić szwoje czętki… Czy ten sztary drań, którego żnałem, mógł żamienić ścieżki szerokie i kręte na proste i wąszkie? — Popatrzył na Moista i poprawił się natychmiast: — Opsz! Nie, oczywiście, że nie, no bo przecież nigdy mnie pan nie widział. Ale żwinęli mnie w Pszeudopolisz, wrzucili do paki ża żłośliwe włóczęgosztwo, i tam właśnie szpotkałem Oma.

— Dlaczego? Co on takiego zrobił?

To było głupie, ale Moist nie mógł się powstrzymać.

— Proszę nie żartować, drogi panie, proszę nie żartować — rzekł Cribbins z powagą. — Jesztem człowiekiem odmienionym, nowym człowiekiem. Moim żadaniem jeszt teraż głoszenie dobrej nowiny! — W tym miejscu, z szybkością wysuwanego wężowego języka, Cribbins wydobył spod brudnej marynarki pogniecioną puszkę. — Moje wysztępki mi ciążą jak łańczuchy z gorączego żelaża, drogi panie, jak łańczuchy, ale pragnę żrzucić to brzemię dzięki dobrym uczynkom i modlitwom, a te osztatnie są najważniejsze. Wielkiego ciężaru muszę się pożbyć, żanim będę mógł żasznąć szpokojnie. — Zagrzechotał puszką. — Dla małych dzieciaczków…

Pewnie działałoby to lepiej, gdybym wcześniej nie widział, jak to robisz, pomyślał Moist. Skruszony złodziej to chyba jeden z najstarszych numerów w podręczniku…

— No cóż, miło mi to słyszeć, panie Cribbins — powiedział. — Przykro mi, że nie jestem tym starym przyjacielem, którego pan szuka. Pozwoli pan, że wrzucę tu kilka dolarów… na dzieciaczki.

Monety brzęknęły o dno puszki.

— Szerdecznie dziękuję, panie Szpangler — powiedział Cribbins.

Moist błysnął przelotnym uśmiechem.

— Jak wspomniałem, nie nazywam się Spangler, panie…

Nazwałem go Cribbinsem! Przed chwilą! Nazwałem go Cribbinsem! Czy on mi się przedstawił? Czy zauważył? Musiał zauważyć!

— …to znaczy, przepraszam, chciałem powiedzieć: wielebny — dokończył.

Przeciętny człowiek nie zauważyłby króciutkiej pauzy i całkiem zręcznego dokończenia. Ale Cribbins nie był przeciętny.

— Dziękuję panu, panie Lipwig — powiedział.

Moist wyraźnie usłyszał przeciągnięte „panie” i wybuchowo sardoniczne „Lipwig”. Razem oznaczały: Mam cię!

Cribbins mrugnął do Moista i ruszył przez halę, potrząsając puszką, a zęby akompaniowały mu kombinacją straszliwych odgłosów dentalnych.

— Biada, potrójna biada (szss!) człowiekowi, który kradnie ż pomoczą szłów, albowiem jężyk jego przyrośnie do podniebienia (stuk!). Dajcie parę miedziaków dla biednych sierot (szuuuiszsz!), bracia i siosztry! Dla tych (szuip!), którzy te dary otrzymają, ogólnie mówiącz…

— Wezwę ochronę — oświadczył stanowczo Bent. — Nie wpuszczamy do banku żebraków.

Moist chwycił go za ramię.

— Nie — rzekł z naciskiem. — Nie przy tych wszystkich ludziach. Wyrzucenie sługi bożego i w ogóle. To nie zrobi dobrego wrażenia. Myślę, że sam już wychodzi.

Teraz pozwoli mi dojrzeć, myślał Moist, kiedy Cribbins nonszalancko zmierzał do drzwi. To jego metoda. Będzie to przedłużał, a potem zacznie wyrywać ze mnie pieniądze, raz po raz.

No dobrze, a co Cribbins może udowodnić? Ale czy dowód w ogóle jest potrzebny? Jeśli zacznie opowiadać o Albercie Spanglerze, nie będzie to dobrze wyglądać. Czy Vetinari rzuci Moista wilkom na pożarcie? Może. I prawdopodobnie rzuci. Można postawić kapelusz na to, że nie brał się do gry we wskrzeszanie bez licznych planów awaryjnych.

W każdym razie Moist uznał, że ma trochę czasu. Cribbins nie atakował szybko. Lubił patrzeć, jak ludzie się wiją.

— Dobrze się pan czuje? — zaniepokoił się Bent.

Moist wrócił do rzeczywistości.

— Co? Och, świetnie — zapewnił.

— Nie powinien pan zachęcać takich osób do przychodzenia tutaj.

Moist zadrżał lekko.

— W tym ma pan rację, panie Bent. Chodźmy do mennicy, dobrze?

— Tak, sir. Ale ostrzegam pana, panie Lipwig, tych ludzi nie da się przekonać wymyślnymi słówkami!

* * *

— Inspektorzy… — powtórzył pan Shady dziesięć minut później, obracając to słowo w ustach jak cukierek.

— Potrzebni mi ludzie, którzy cenią wspaniałe tradycje mennicy — oświadczył Moist i nie dodał: Takie jak wykonywanie monet bardzo, bardzo powoli i zabieranie pracy do domu.

— Inspektorzy — powtórzył pan Shady jeszcze raz.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 90
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)