Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
Tak wiele myśli rzuciło się pędem do awaryjnego wyjścia z mózgu Moista, że pozostała tylko jedna.
Potrzebne będą większe banknoty.
Moist biegiem wrócił do banku i od razu skierował się do małych drzwiczek pod schodami. Lubił atmosferę w krypcie. Było tu chłodno i spokojnie, jeśli nie liczyć bulgotania Chlupera i wrzasków.
Tego ostatniego nie powinno tu być, prawda?
Różowe trucizny wymuszonej bezsenności przelewały się w jego głowie, kiedy znowu poderwał się do biegu.
Były Owlswick siedział na krześle, najwyraźniej gładko ogolony, poza szpiczastą bródką. Na głowie miał umocowane coś w rodzaju metalowego hełmu, z którego druty biegły do jarzącego się i stukającego aparatu, jaki tylko Igor chciałby zrozumieć. Powietrze pachniało burzą.
— Co robisz temu biedakowi?!!! — wrzasnął Moist.
— Zmieniam mu umyfł, fir — odparł Igor i przerzucił wielki nożowy wyłącznik.
Hełm zabrzęczał. Clamp zamrugał.
— Łaskocze — oświadczył. — I nie wiem czemu, ale smakuje truskawkami.
— Przepuszczasz mu błyskawice przez głowę! — rzekł Moist. — To barbarzyństwo!
— Nie, fir. Barbarzyńcy nie mają tych umiejętnofci — odparł Igor spokojnie. — Robię tyle, fir, że zabieram mu wfyftkie złe wfpomnienia i fkładuję je… — tu ściągnął ściereczkę, odsłaniając wielki słój pełen zielonej cieczy, w której pływało coś zaokrąglonego i połączonego z kolejnymi drutami — …w tym!
— Chcesz przenieść jego umysł… do pasternaku?
— To rzepa — poprawił go Igor.
— Zadziwiające, czego potrafią dokonać, prawda? — usłyszał Moist z okolic swego łokcia.
Spojrzał w dół.
Pan Clamp, już bez hełmu, uśmiechnął się do niego promiennie. Wydawał się rozjaśniony i pełen energii, jak lepszej klasy akwizytor obuwia. Igor przeprowadził też transplantację garnituru.
— Dobrze się pan czuje? — spytał Moist.
— Świetnie.
— I jakie… jakie to było uczucie?
— Trudno wyjaśnić — odparł Clamp. — Ale brzmiało jak zapach smaku malin.
— Naprawdę? Hm… No to chyba wszystko w porządku. Naprawdę dobrze się pan czuje? W sobie?
Moist sondował, szukając przerażających skutków ubocznych. Musiały gdzieś być. Ale Owls… Horrendal wyglądał na całkiem zadowolonego, pewnego siebie i rześkiego, jak człowiek gotów przyjąć wszystko, czym ciśnie w niego życie, i zepchnąć je z kortu.
Igor zwijał kable z pełnym satysfakcji wyrazem tego, co pod wszystkimi bliznami było prawdopodobnie jego twarzą.
Moist poczuł wyrzuty sumienia. Był chłopakiem z Überwaldu i jak wszyscy zszedł tutaj przełęczą Vilinus, szukając szczęścia i fortuny — to znaczy własnego szczęścia i fortuny kogoś innego. Nie miał prawa do modnej na nizinach niechęci wobec Igorów. W końcu po prostu realizowali w praktyce to, co tak wielu kapłanów wyznawało jako artykuł wiary: że ciało jest tylko dość ciężką powłoką z tanich materiałów, skrywającą niewidzialną i wieczną duszę. A zatem wymiana różnych kawałków i fragmentów jak części zamiennych nie jest chyba niczym gorszym niż prowadzenie sklepu z używaną odzieżą. Ludzie ciągle nie chcieli zrozumieć, że jest to postępowanie rozsądne i zapobiegliwe, co dla Igorów stanowiło źródło urażonego zdziwienia. Niezrozumienie trwało zwykle do czasu, kiedy ześliznęła się siekiera i człowiek szybko potrzebował pomocnej dłoni. W takich chwilach nawet Igory dobrze wyglądały.
A wyglądały… praktycznie. Dzięki swojej nieczułości na ból, znakomitym maściom gojącym oraz cudownej umiejętności przeprowadzania operacji chirurgicznych na sobie, z pomocą ręcznego lusterka, pewnie mogłyby wyglądać lepiej niż ktoś pozostawiony na miesiąc w deszczu. Igoriny wszystkie były oszałamiająco piękne, choć zawsze miały jakieś… coś — pięknie wygiętą bliznę pod jednym okiem czy bransoletę dekoracyjnych szwów na nadgarstku. Dla wyglądu. Było to odrobinę niepokojące, ale trzeba przyznać, że Igory miały serce we właściwym miejscu. Jakieś serce.
— Dobry… ehm, dobra robota, Igorze — wykrztusił Moist. — Czyli może pan przystąpić do pracy nad banknotem dolarowym, panie… Clamp?
Uśmiech pana Clampa jaśniał słonecznymi promykami.
— Już gotowy! Zrobiłem go dzisiaj rano.
— Niemożliwe!
— Ależ tak! Proszę spojrzeć.
Człowieczek poszedł do stołu i podniósł arkusz papieru.
Banknot lśnił purpurą i złotem. Promieniował. Wydawał się unosić nad papierem niczym maleńki latający dywan. Mówił o bogactwie, tajemniczości i tradycji…
— Zrobimy mnóstwo pieniędzy — obiecał Moist.
Oby się udało, dodał w myślach. Musimy wydrukować co najmniej 600 000 takich, chyba że wprowadzę wyższe nominały.
Ale oto leżał przed nim — tak piękny, że człowiek miał ochotę płakać, zrobić bardzo dużo takich i schować je do portfela.
— Jak się to panu udało tak szybko?
— Och, spora część to tylko geometria — odparł pan Clamp. — Obecny tu pan Igor był tak uprzejmy, że wykonał dla mnie mały aparacik, który okazał się bardzo pomocny. Rysunek nie jest jeszcze skończony, naturalnie, a drugiej strony nawet nie zacząłem. Myślę, że wezmę się za to od razu, póki wciąż jestem świeży.
— Myśli pan, że zrobi coś jeszcze lepszego? — spytał Moist, onieśmielony obecnością geniusza.
— Czuję się taki… pełen energii! — oświadczył pan Clamp.
— To pewnie ten płyn elektryczny… — domyślił się Moist.
— Nie, chodzi mi o to, że wyraźnie widzę, co należy zrobić! Przedtem wszystko to było jak jakiś wielki ciężar, który musiałem podnieść, ale teraz jest jasne i lekkie!
— Cieszę się, że to słyszę — zapewnił Moist, nie do końca pewny, czy naprawdę. — Przepraszam, bank czeka.
Przebiegł pod łukami sklepienia i przez niepozorne drzwiczki wrócił do głównej hali akurat na czas, by niemal się zderzyć z panem Bentem.
— Ach, pan Lipwig. Właśnie się zastanawiałem, gdzie pan jest.
— Czy to coś ważnego, panie Bent?
Główny kasjer zrobił urażoną minę — jakby kiedykolwiek zawracał Moistowi głowę czymś, co nie jest ważne.
— Przed mennicą czeka dużo ludzi — poinformował. — Z trollami i wozami. Twierdzą, że za pańską zgodą mają zainstalować… — tu się otrząsnął — …machinę drukarską!
— Zgadza się — przyznał Moist. — Są od Teemera i Spoolsa. Pieniądze musimy drukować tutaj. Będzie to wyglądało bardziej oficjalnie, no i zachowujemy kontrolę nad tym, co wychodzi za drzwi.
— Panie Lipwig! Pan robi z tego banku cyrk!
— No cóż, to ja mam cylinder, panie Bent, więc chyba to ja rządzę na arenie!
Powiedział to z uśmiechem, by trochę rozluźnić nastrój, ale twarz Benta zachmurzyła się nagle.
— Doprawdy, panie Lipwig? A kto panu powiedział, że ten, kto rządzi na arenie, kieruje cyrkiem? Głęboko się pan myli, sir. Dlaczego odcina pan innych akcjonariuszy?
— Bo nie wiedzą, o co chodzi w bankowości. Przejdźmy do mennicy, dobrze?
Moist ruszył przez halę krętą ścieżką, wymijając kolejki.
— A pan wie, o co chodzi w bankowości? — spytał Bent, idąc za nim swym szarpanym krokiem flaminga.
— Uczę się. Dlaczego przed każdym okienkiem mamy osobną kolejkę? — zapytał Moist. — To znaczy, że jeśli któryś klient zajmuje dużo czasu, reszta za nim musi czekać. Potem zaczną przeskakiwać na boki, z jednej kolejki do drugiej, i zanim się człowiek obejrzy, ktoś skończy z paskudnie rozbitą głową. Ustawcie wszystkich w jedną wielką kolejkę i niech każdy podchodzi do pierwszego wolnego stanowiska. Ludziom nie przeszkadzają długie kolejki, jeśli widzą, że się przesuwają… Przepraszam pana.