Świat finansjery [Making Money - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-201-9
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat finansjery [Making Money - pl]». Краткое содержание книги:
Główny kasjer jest prawie na pewno wampirem. W piwnicy kryje się coś bezimiennego (a i sama piwnica jest raczej bezimienna). Okazuje się też, że Królewska Mennica przynosi straty. Trzystuletni mag zaczepia jego dziewczynę, a jemu samemu grozi ujawnienie mrocznej przeszłości, choć Gildia Skrytobójców może załatwić go wcześniej. Prawdę mówiąc, bardzo wielu ludzi chciałoby widzieć go martwym. Aha... I codziennie musi wyprowadzać prezesa na spacer. Gdzie nie spojrzy, pojawiają się nowi wrogowie.
Czy znajdzie swoje miejsce w tym nowym ŚWIECIE FINASJERY?
I wtedy tłum zobaczyłby swoją egzekucję. W tej chwili, przy odrobinie szczęścia, Bellyster dostał robotę przy myciu spluwaczek i dokonała się sprawiedliwość, a w każdym razie coś mniej więcej zbliżonego. No i do wszystkich chyba dotrze przekaz, że przestępstwa przeciwko miastu powinni rozważać tylko ci, którzy mają szyje z lanego żelaza, a i to może nie wystarczyć.
Moist uświadomił sobie, że dotyka własnej szyi. Czasami jeszcze teraz budził się nocą, w chwilę po tym, jak pod jego nogami otwierała się pustka…
Patrycjusz patrzył na niego, z nie tak całkiem uśmiechem na twarzy. Kiedy Moist usiłował myśleć jak Vetinari, miał niepokojące wrażenie, że jego lordowska mość wślizguje się na tych myślach niczym jakiś wielki czarny pająk na kiści bananów, a potem biega dookoła tam, gdzie nie powinien.
I nagle nabrał pewności: Owlswick i tak by nie zginął. Nie z takim talentem. Spadłby przez klapę w podłodze szafotu prosto w nowe życie, tak jak kiedyś Moist. Obudziłby się i otrzymał anielską ofertę, która — w jego przypadku — obejmowałaby przytulny i jasny pokój, trzy posiłki dziennie, nocnik opróżniany na żądanie i tyle tuszu, ile tylko zapragnie. Z punktu widzenia Owlswicka byłby to raj. A Vetinari… miałby najlepszego fałszerza na świecie, pracującego dla miasta.
Niech to… Jestem już jak on. Myślę jak Vetinari…
Pomarańczowozłota kulka wzgardzonego żółtka jaśniała na talerzu.
— Pańskie wspaniałe plany wprowadzenia papierowych pieniędzy postępują naprzód? — zapytał jego lordowska mość. — Tak wiele o nich słyszę.
— Co? A tak. Ehm… Chciałbym umieścić pańską głowę na banknocie dolarowym, jeśli wolno.
— Ależ oczywiście. To dobre miejsce dla umieszczenia głowy, biorąc pod uwagę liczne inne miejsca, gdzie można ją umieścić.
Na przykład na włóczni, tak… Potrzebuje mnie, myślał Moist, kiedy ta absolutnie nie groźba dotarła do jego świadomości. Ale jak bardzo?
— Wie pan…
— Być może, pański płodny umysł pomoże mi w pewnej zagadce, panie Lipwig. — Vetinari otarł wargi serwetką i odsunął się od stołu. — Proszę za mną. Drumknott, przynieś sygnet. I szczypce, oczywiście, na wszelki wypadek.
Wyprowadził Moista na balkon i oparł się o balustradę, plecami do zamglonego miasta.
— Wciąż mamy chmury, ale myślę, że słońce przebije się lada chwila. Jak pan uważa?
Moist spojrzał w niebo. Wśród ciemnych kłębów widoczna była bladozłocista plama, niczym żółtko jajka. Do czego zmierza ten człowiek?
— Rzeczywiście, już niedługo — przyznał.
Sekretarz podał Vetinariemu nieduże pudełko.
— To szkatułka na sygnet herbowy — zauważył Moist.
— Brawo, panie Lipwig. Spostrzegawczy jak zawsze. Proszę go wziąć.
Moist ostrożnie sięgnął po pierścień. Był czarny, a w dotyku sprawiał dziwne, jakby organiczne wrażenie. Zdawało mu się, że V na niego patrzy.
— Wyczuwa pan w nim coś niezwykłego? — spytał Vetinari, obserwując go uważnie.
— Jest ciepły.
— Tak, bo został zrobiony ze stygium. Uważa się je za metal, ale osobiście podejrzewam, że to stop, w dodatku stworzony magicznie. Krasnoludy znajdują je czasem w regionie Loko i jest niewiarygodnie kosztowne. Pewnego dnia napiszę może monografię o jego niezwykłej historii, dzisiaj jednak powiem tyle, że zwykle jest interesujące dla tych, którym inklinacje lub styl życia każą poruszać się w mroku… oraz oczywiście dla tych, którzy życie bez niebezpieczeństwa nie uważają za warte przeżywania. Bo ono może zabijać, wie pan. W bezpośrednim świetle słońca w ciągu kilku sekund rozgrzewa się do temperatury, w której topnieje żelazo. Nikt nie wie dlaczego.
Moist spojrzał na zamglone niebo. Żółtkowe lśnienie słońca zniknęło za kolejnym zwałem chmur. Pierścień ostygł.
— Niekiedy wśród skrytobójców pojawia się moda na pierścienie ze stygium. Tradycyjnie skrytobójcy za dnia noszą na nich ozdobne czarne rękawiczki. Chodzi o ryzyko, panie Lipwig. Chodzi o życie ze śmiercią w kieszeni. Przysięgam panu, są ludzie, którzy dla zabawy pociągną tygrysa za ogon. Oczywiście ci, których interesuje raczej styl niż niebezpieczeństwo, noszą samą rękawiczkę. Ale to dygresja. W każdym razie niecałe dwa tygodnie temu jedyny człowiek w mieście, który miał zapas stygium i potrafił je obrabiać, został nocą zamordowany. Zabójca rzucił potem bombę miętową. Jak pan myśli, kto to zrobił?
Nie spojrzę w górę, myślał Moist. To tylko gra. Chce, żebym się spocił.
— Co zginęło? — zapytał.
— Straż nie wie, ponieważ widzi pan, tego, co zginęło, de facto tam nie było.
— No dobrze. A co pozostało?
On też nie patrzy w niebo, pomyślał Moist.
— Parę klejnotów i kilka uncji stygium w sejfie — odparł Vetinari. — Nie zapytał pan, w jaki sposób zginął.
— A w jaki…
— Strzał z kuszy w głowę, kiedy siedział. Czy to nie ekscytujące, panie Lipwig?
— Czyli zawodowy zabójca — stwierdził desperacko Moist. — Zbrodnia była zaplanowana. Nie spłacał długów. A może był paserem i próbował oszukać dostawcę. Mamy za mało informacji!
— Zawsze jest ich za mało — zgodził się Vetinari. — Moja mycka wraca z pralni nieco odmieniona, a młody człowiek, który tam pracował, ginie w bójce. Były ogrodnik zjawia się tutaj w środku nocy, by kupić parę dość znoszonych butów Drumknotta. Po co? Może nigdy się nie dowiemy. Dlaczego jeden z moich portretów został w zeszłym miesiącu skradziony z Królewskiej Galerii Sztuki? Kto na tym skorzystał?
— Um… Dlaczego w sejfie zostało stygium?
— Dobre pytanie. Klucz był w kieszeni ofiary. Więc jaki jest nasz motyw?
— Brakuje informacji. Zemsta? Milczenie? Może zrobił coś, czego nie powinien zrobić? Czy można z tego wykuć sztylet?
— Aha, cieplej, panie Lipwig. Nie mogło chodzić o broń, gdyż nagromadzenia stygium nieco większe od tego pierścienia mają skłonność do nieprzewidywalnych eksplozji. Ale był człowiekiem raczej zachłannym, to prawda.
— Kłótnia o coś? — zgadywał Moist.
Tak, jest mi cieplej, jasne. I po co te szczypce? Żeby go podnieść, kiedy już przepali się przez moją rękę?
Światło nabierało intensywności. Widział już na ścianach słabe cienie, czuł pot ściekający po plecach…
— Interesująca myśl. Ale niech mi pan już odda ten sygnet. — Vetinari podsunął mu szkatułkę.
Ha! Czyli jednak chciał mnie tylko przestraszyć, uznał Moist, wrzucając ten przeklęty pierścień do pudełka. W życiu nie słyszałem o żadnym stygium! Musiał je sobie wymyślić…
Wyczuł gorąco i zobaczył, że spadający do szkatułki pierścień rozgrzewa się do białości. Zatrzasnęło się wieczko, pozostawiając fioletową dziurę w polu widzenia.
— Niezwykłe, prawda? — rzekł Vetinari. — A przy okazji, myślę, że niepotrzebnie i nierozsądnie trzymał go pan przez cały czas. Nie jestem potworem, wie pan.
Nie, potwory nie robią sztuczek z czyimś mózgiem, pomyślał Moist. Przynajmniej dopóki wciąż tkwi wewnątrz głowy.
— Wie pan, co do Owlswicka, to nie chciałem… — zaczął, ale Vetinari uniósł dłoń.
— Nie wiem, o czym pan mówi, panie Lipwig. Szczerze mówiąc, zaprosiłem tu pana jako de facto wiceprezesa Królewskiego Banku. Chcę, żeby pan mi pożyczył… to znaczy, pożyczył miastu… pół miliona dolarów na dwa procent. Oczywiście nie ma przeszkód, by pan odmówił.